Fronda.pl: Od kilku dni wiele emocji wywołuje sprawa 24-letniej dziś Mariki, która w 2020 roku, w czasie Marszu Równości, wspólnie z innymi osobami usiłowała wyszarpać kobiecie torbę w kolorach ruchu LGBT o wartości 15 zł. To oczywiście wyjątkowo haniebny sposób na wyrażenie swojej dezaprobaty wobec postulatów głoszonych przez uczestników tego marszu. Polską opinię publiczną, a przynajmniej jej część, zszokowała jednak surowość sądu. Młoda kobieta została skazana na 3 lata bezwzględnego pozbawienia wolności za usiłowanie rozboju. Na wczorajszej konferencji prasowej minister Zbigniew Ziobro wskazywał, że wątpliwa jest już sama kwalifikacja czynu, tym bardziej tak dotkliwy wyrok. W ocenie sądu okolicznością obciążającą Marikę był jej negatywny stosunek do ruchu LGBT. Można więc stwierdzić, że została tak surowo ukarana przez swoje poglądy i sprzeciw wobec postulatów tego ruchu?

Marcin Warchoł, wiceminister sprawiedliwości, dr hab. nauk prawnych, karnista: Sądy powinny kierować się literą prawa, a nie swoimi politycznymi uprzedzeniami, bo prawo jest równe dla wszystkich. W tym wypadku niestety było inaczej. Z analizy podobnych do tej spraw wynika, że nawet w przypadkach, w których było znacznie większe nasilenie agresji, zapadały o wiele łagodniejsze wyroki.

Mamy tu do czynienia z realizacją zasady „dajcie mi człowieka, a znajdę paragraf". Do przestępstwa rozboju potrzeba dwóch elementów: przemocy wobec osoby i zaboru mienia w celu jego przywłaszczenia. Tutaj były wątpliwości co do użycia przemocy wobec osoby. To było szarpanie torby. Wprost przyznaje to pokrzywdzona i jej koleżanka, o czym dowiadujemy się z upublicznionej przez Ordo Iuris analizy. Cała sytuacja trwała kilkadziesiąt sekund, po czym obie strony się rozeszły. Nie było bicia, popychania, kopania. Są też poważne wątpliwości co do drugiego elementu. Przecież celem sprawców nie było zabranie torby w barwach LGBT, żeby paradować z nią po mieście albo powiesić na ścianie. Oni chcieli w ten sposób wyrazić swoją dezaprobatę wobec ideologii, z którą się nie zgadzają.

Stanowczo potępiając wszelką agresję i wszelką przemoc, trzeba jednak stosować literę prawa, a nie swoje polityczne uprzedzenia.

Trudno nie dostrzec, że znacznie mniej surowo sądy podchodzą do przemocy, której dopuszczają się reprezentanci drugiej strony światopoglądowego sporu.

Tak bywa w sytuacjach, w których dochodzi do dużo brutalniejszych ataków na obrońców życia. Przywołajmy choćby sprawę ataku na kierowcę ciężarówki pro-life przez pracownika Ringier Axel Springer Polska, którą umorzono. W sprawie Mariki mamy 3 lata ciężkiego więzienia, a tutaj umorzenie sprawy z uwagi na niską szkodliwość czynu. Jest różnica? Jest. W innym przypadku, kiedy działacz LGBT „Margot" zaatakował samochód tej samej fundacji, skończyło się na karze ograniczenia wolności z obowiązkiem pracy w wymiarze 30 godzin miesięcznie. I znowu mamy porównanie - 3 lata ciężkiego więzienia i przez rok prace po 30 godzin miesięcznie. Ewidentnie są to podwójne standardy, których absolutnie nie wolno akceptować.

Dodajmy do tego uniewinnienie osoby, która w czasie wyborów Mr Gay Poland w Poznaniu w 2019 roku nawoływała do zabójstwa abp. Marka Jędraszewskiego, symulując podcinanie gardła metropolicie krakowskiemu. Z kolei Sąd Rejonowy w Poznaniu uniewinnił 32 osoby, które dokonały profanacji, przerywając mszę świętą w poznańskiej katedrze w lipcu 2020 roku. To są przypadki umorzeń, uniewinnień albo łagodnych kar dla sprawców ataków skierowanych w obrońców życia, osoby duchowne i katolików.

Co ze sprawami niezwiązanymi ze sporami światopoglądowymi? Wówczas wyroki również są rażąco niższe od tego wymierzonego za próbę wyrwania torby LGBT?

Tak. Sąd Okręgowy w Bydgoszczy skazał sześciu sprawców oskarżonych o pobicie studentów. Trzej najbardziej agresywni – podkreślam: za pobicie – zostali skazani na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Dla pozostałej trójki wyrok był łagodniejszy.

Mamy niestety do czynienia z podwójnymi standardami stosowanymi przez niektórych sędziów, którzy kierują się w orzekaniu politycznymi uprzedzeniami. Takie podwójne standardy zastosowano w sprawie Mariki. Świadczy o tym już to, ile miejsca sędzia poświęciła związkom oskarżonej z Młodzieżą Wszechpolską i jej poglądom. Nie karze się za poglądy! Od Rzymian przejęliśmy zasadę: cogitationis poenam nemo patitur. Nikt nie ponosi odpowiedzialności za myśli. Mamy pluralizm światopoglądowy. Sprawa Mariki przywodzi na myśl czasy komunistyczne, kiedy ludzie byli skazywani za poglądy.

Sprawa Mariki dowodzi więc, że problem upolitycznienia sędziów w Polsce istnieje?

Istnieje problem sędziów, którzy kierując się swoimi uprzedzeniami, szukają nieadekwatnych paragrafów, byle znaleźć podstawę do ukarania. W podobnych sprawach do tej, nawet kiedy doszło do znacznie agresywniejszych zachowań, sądy stosowały wypadek mniejszej wagi, gdzie jest kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Sięgały po przepis art. 283 Kk. Można było w tej sprawie zastosować też art. 124 Kw, który mówi o usiłowaniu zniszczenia cudzej rzeczy. Można było zastosować art. 127 Kw, mówiący o użyciu cudzej rzeczy. Ostatecznie, jeżeli już chciano iść w przestępstwo, można było zastosować art. 191 Kk, czyli zmuszenie do określonego zachowania, bo oni zmuszali tę kobietę do oddania im torby. Te wszystkie czyny są zagrożone zdecydowanie mniejszymi karami niż rozbój. Celowo i z premedytacją sięgnięto po najsurowszy paragraf. Mało tego, zaostrzono jeszcze kwalifikację, sięgając po występek chuligański, obligatoryjnie zwiększając karę. Zrobiono wszystko, żeby tę dziewczynę wtrącić do więzienia. Polityczne uprzedzenia wzięły górę nad potrzebą sprawiedliwego stosowania prawa. Sędzia ma być ustami ustawy, a nie wykonawcą jakiejkolwiek ideologii, ma stosować prawo równo dla wszystkich. Ktoś, kto stosuje podwójne standardy, nie jest sędzią, jest politycznym przebierańcem.

To problem jedynie poglądów konkretnych sędziów, czy jednak polskie sądy przesiąkają pewnymi nastrojami społecznymi, poprawnością polityczną, wedle której to aktywiści LGBT mają być ofiarami a ich oponenci sprawcami przemocy, a kiedy ci pierwsi stosują przemoc, to jedynie „w słusznej sprawie"?

Piewcy tej ideologii chcą zawłaszczyć sądy i chcą, aby orzekały zgodnie z ich oczekiwaniami. Kreują się na ofiary i mówią o równych prawach, ale w rzeczywistości chcą wszystkich praw tylko dla siebie. Mówią o wolności, a sięgają po opresję. Mówią o miłości, a szerzą nienawiść. Mówią o tolerancji, a wykluczają wszystkich, którzy myślą inaczej. Widać to wyraźnie po wściekłym ataku liberalno-lewicowych mediów i środowisk LGBT na decyzję Prokuratora Generalnego w sprawie, o której mówimy.

Sam Pan Minister doświadczył aspiracji środowisk LGBT do zajmowania uprzywilejowanej pozycji, kiedy za krytykę promowania tych środowisk na antenie Telewizji Publicznej domagano się usunięcia Pana z uczelni. Leszek Kołakowski pisał o „tolerancji nieograniczonej", która „zwraca się przeciwko sobie i niszczy warunki, które czynią ją możliwą". W 1997 roku również przywoływał w tym kontekście działania mniejszości seksualnych, które w imię tolerancji atakowały w Wielkiej Brytanii kościoły. Wczoraj nagrania takich ataków w Polsce zaprezentowano na konferencji w Prokuratorze Krajowej. W Polsce możemy już mówić o dyktacie ruchu LGBT i tolerancji, która „zjada samą siebie"?

Tak, zdecydowanie! Pamiętajmy, że to jest marsz przez instytucje i pamiętajmy, co jest celem tego marszu. Spójrzmy za naszą zachodnią granicę, gdzie rodzice są wsadzani do więzień za to, że nie zgadzają się na przymusową edukację seksualną swoich dzieci. Odwołam się do sprawy z 2019 roku. Wówczas na własnej skórze tego, czym jest dyktat LGBT, doświadczyli Irene i Heinrich Wiens. Są baptystami i nie zgodzili się na udział swoich dzieci w obowiązkowych zajęciach edukacji seksualnej. Zostali skazani na grzywnę, której nie zapłacili. W związku z tym matka czwórki dzieci spędziła 43 dni w więzieniu. Wcześniej, przez kilka miesięcy za kratami był jej mąż. Poskarżyli się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ale ten nie uznał ich argumentów. A takich spraw jest wiele...

W Polsce taką edukację chce wprowadzać tęczowa lewica i jej sojusznicy. Przykład zachodnich państw pokazuje jednak, że nauczanie „różnorodności" prowadzi do znanego z totalitarnych czasów zamykania chrześcijan w więzieniach. Taki jest kierunek - absolutny dyktat. Jeżeli te środowiska wygrają wybory, też wprowadzą w Polsce więzienie za odmowę uczestnictwa w edukacji seksualnych. Już to zapowiadają.

Wracając do sprawy Mariki, dlaczego zajęto się nią dopiero teraz, po roku odbywania kary? Politycy opozycji podnoszą, że temat ma służyć jedynie kampanii wyborczej.

Ponieważ dopiero teraz Ordo Iuris tę sprawę podniosło. Trzeba by o to zapytać Marikę, która nie korzystała ze środka odwoławczego, nie wnosiła apelacji. Ani ona, ani jej rodzice się do nas nie zwracali. Kiedy zapytałem prawników z Ordo Iuris, wyjaśnili, że dopiero niedawno jej rodzice zwrócili się do nich o pomoc. Można by podnosić takie zarzuty, gdyby sprawa leżała gdzieś na półkach ministerialnych od roku. Ale tak nie było. Ta sprawa trafiła do nas w ostatnim czasie i minister Ziobro, niezwłocznie po zapoznaniu się z nią, podjął decyzję o zarządzeniu przerwy w odbywaniu kary do zakończenia procedury ułaskawieniowej.

Minister Ziobro zapowiedział wyciągnięcie konsekwencji wobec zajmujących się tą sprawą prokuratorów. Sąd również dopuścił się jakichś formalnych nadużyć, które powinny być elementem postępowania dyscyplinarnego?

Dotykamy kwestii ingerencji Komisji Europejskiej w polskie sądownictwo. Potrzeba sprawnego systemu dyscyplinarnego, żeby prawo wobec sędziów było egzekwowane. Sędzia nie stoi ponad prawem, jest związany jego przepisami. Obecnie jest to przedmiotem sporu z Komisją Europejską, której bezprawny szantaż doprowadza do tego, że sądownictwo dyscyplinarne w Polsce w tej chwili skutecznie działać nie może. Miejmy nadzieję, że po wygranych wyborach reforma sądownictwa będzie kontynuowana i sędziowie łamiący prawo spotkają się ze stosownymi konsekwencjami. 

Odchodząc jeszcze na koniec od tej sprawy. NSA uchylił postanowienie warszawskiego WSA o wstrzymaniu wykonania decyzji środowiskowej ws. Turowa. Mówimy o kompletnie różnej postawie polskich sądów wobec przemocy, zależnie od tego, która strona sporu się nią posługuje. Co natomiast w ocenie Pana Ministra o polskich sądach mówi ten wyrok WSA z maja, będący jednak pewnym ukłonem w stronę niemieckich i czeskich organizacji ekologicznych.

Wojewódzki Sąd Administracyjny chciał odciąć 3,7 mln gospodarstw domowych od prądu. Kopalnia Turów zapewnia energię znacznej części kraju. Tutaj też mieliśmy do czynienia z polityczną decyzją, podjętą tym razem na użytek obcych Polsce i Polakom interesów. Jak w soczewce wyrok WSA pokazuje problemy polskiego sądownictwa, tej jego upolitycznionej części. Ten problem to stawianie polityki ponad prawem. Dla poklasku Platformy Obywatelskiej sądy podejmują tego typu decyzje, żeby podłożyć nogę rządzącym. W rzeczywistości jednak podkładają nogę nie rządzącym, a Polakom. Wszyscy widzą, że tego typu decyzje nie mają nic wspólnego ze sprawiedliwością. Na szczęście wczoraj NSA uchylił to postanowienie.