W najnowszym „Newsweeku” pojawił się wywiad z byłym działaczem Prawa i Sprawiedliwości Markiem Zagrobelnym, który opowiedział o rzekomych fałszerstwach wyborczych przekonując, że osobiście brał w nich udział. Mężczyzna rozstał się z obecnie rządzącą partią w 2015 roku. Obecnie próbuje swoich sił w Ruchu Marka Materka, rozważając start w wyborach parlamentarnych.
Zagrobelny wyraził swoje zaniepokojenie tzw. korpusem ochrony wyborów.
- „Byłem kilka razy w takich korpusach ochrony wyborów w latach 2007-2014 i powiem z pełną odpowiedzialnością: członkowie tych korpusów byli zawsze gotowi do tego, by fałszować pojedyncze głosy”
- powiedział działacz.
Opowiedział też, w jaki sposób sympatycy PiS mieli „fałszować wybory” w poprzednich latach.
- „Po prostu dostawia się krzyżyki na kartach do głosowania lub fałszuje się podpisy wyborców. To się robi dyskretnie”
- stwierdził.
- „Nadchodzi godzina 21, przewodniczący komisji zarządza koniec głosowania, zamyka się lokal, następuje wysypywanie” kart do głosowania z urny. Członek komisji wyborczej bierze dyskretnie długopis, maluje krzyżyk na opuszce palca i przy kontakcie ręki z kartą wyborczą chucha na palec tak, by ten atrament był wilgotny i stawia krzyżyk, jakby odbijał pieczęć na karcie. Jeśli to karta, na której jest oddany głos na Koalicję Obywatelską, to dostawia drugi krzyżyk na liście innej partii, a wiadomo, że jak są krzyżyki na dwóch różnych listach, to głos jest nieważny”
- dodał.
Przyznał przy tym, że sam brał udział w takim procederze. Nie zaprezentował jednak żadnych dowodów.
Publikacja została okrzyknięta „skandalem” przez przedstawicieli wszystkich stron sceny politycznej. Przede wszystkim dlatego, że jest absurdalna. Prezes Ogólnopolskiej Grupy Badawczej i Instytutu Badań Spraw Publicznych Łukasz Pawłowski zauważa, że tygodnik oparł swoją relację na jednej osobie spośród około pół miliona osób pracujących w komisjach wyborczych w ostatniej dekadzie. Ekspert wskazuje również na inne przesłanki, które absolutnie dyskredytują postawioną w tekście tezę.
- „Pod lokalami wyborczymi od lat przeprowadza badanie IPSOS. W 2019 roku różnica w wyniku PiS podana przez PKW a badaniem exit poll wyniosła 0,01 p.p. Czy w fałszowaniu wyników wyborów bierze udział IPSOS?”
- pyta.
Podkreśla też, że w Polsce „z wyborów na wyboru” maleje liczba głosów oddanych nieważnie.
- „W 2011 było to 4,52 proc., w 2015 - 2,53 proc. a w 2019 - 1,11 proc. Za czasów PO było ich 3x więcej. Czy oznacza to, że za PO się bardziej fałszowało wybory?”
- zwraca uwagę Pawłowski.
Dodaje też, że „większy odsetek nieważnych głosów znajdziemy na zachodzie i północy Polski, gdzie przewagę mają wyborcy opozycji”.
(4/10) Dostawianie krzyżyków: Teorie można obalić w 5 minut sprawdzając dane PKW. Liczba głosów nieważnych z wyborów na wybory maleje. W 2011 było to 4,52%, w 2015 - 2,53% a w 2019 - 1,11% Za czasów PO było ich 3x więcej. Czy oznacza to, że za PO się bardziej fałszowało wybory? pic.twitter.com/hkwnFoRmnc
— Łukasz Pawłowski (@LukasPawlowski) February 12, 2023
Skandaliczne sugestie „Newsweeka” krytykuje w mediach społecznościowych nawet Roman Giertych.
- „Opowieści, że ktokolwiek fizycznie fałszuje wybory są nie tylko szkodliwe, ale zupełnie fałszywe. Są pewnie pojedyncze przypadki, lecz nie ma to wpływu na wyniki, gdyż w Polsce zasadniczo exit poll zgadza się z ostatecznym rezultatem. Inna rzecz, że za PiS wybory nie są równe”
- napisał prawnik.
Opowieści, że ktokolwiek fizycznie fałszuje wybory są nie tylko szkodliwe, ale zupełnie fałszywe. Są pewnie pojedyncze przypadki, lecz nie ma to wpływu na wyniki, gdyż w Polsce zasadniczo exit poll zgadza się z ostatecznym rezultatem. Inna rzecz, że za PiS wybory nie są równe.
— Roman Giertych (@GiertychRoman) February 12, 2023
