Fronda.pl: Zaledwie trzech Polaków uwzględniono w rankingu stu najbardziej wpływowych europosłów przygotowanym przez EU Matrix. Uplasował się Pan Poseł najwyżej z tej trójki. Wedle autorów analizy, spośród polskich eurodeputowanych miał Pan największy wpływ na politykę Unii Europejskiej w kończącej się kadencji. Co udało się w tym czasie osiągnąć i co uważa Pan za największych sukces tych pięciu lat?

Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: To była bardzo ideologiczna kadencja. Szereg kluczowych decyzji politycznych i gospodarczych podejmowano w cieniu ideologii. Tak było z Zielonym Ładem czy polityką imigracyjną.

Bardzo się cieszę z tego pierwszego miejsca wśród Polaków. Jako jedyny Polak znalazłem się w pierwszej pięćdziesiątce, mimo że Ewa Kopacz pełni funkcję wiceprzewodniczącej PE. Poza mną, w rankingu uwzględniono jeszcze w szóstej dziesiątce Marka Belkę i Ewę Kopacz właśnie w siódmej dziesiątce.

To prestiżowy, realizowany od 15 lat ranking. Autorzy biorą pod uwagę pełnione przez europosłów funkcje oraz ich aktywność. Myślę, że o mojej pozycji zdecydował fakt pracy w kilku komisjach. Byłem przewodniczącym delegacji UE-Rosja, co siłą rzeczy oznaczało intensywną pracę. Poza tym byłem też koordynatorem ważnej komisji monitorującej wydatki unijnych instytucji i zastępcą koordynatora w podkomisji praw człowieka. Wreszcie, pełniłem funkcję wiceprzewodniczącego komisji petycji. To komisja o tyle szczególna, że to do niej kierują swoje monity obywatele państw członkowskich. Wobec tego jest najważniejszą komisją, jeśli chodzi o kontakt z obywatelami. Zaznaczę tutaj, że w moim przekonaniu zbyt mało korzystają z niej Polacy. To ważna struktura, która może kierować pytania do rządów państw członkowskich i wywierać na nie presję. Warto więc, aby nasi obywatele z tego korzystali. Działałem również w komisji rozwoju. Reprezentowałem PE na różnych misjach, m. in. monitorując wybory w wielu krajach świata. Te aktywności najpewniej zdecydowały o tym, że zostałem pierwszym Polakiem na tej liście.

Za sukces uważam fakt, że będąc pierwszym Polakiem kierującym delegacją UE-Rosja, udało mi się zmienić nastawienie wielu posłów. Przyczyniła się do tego oczywiście inwazja na Ukrainę. Pamiętam jednak pierwsze posiedzenia, kiedy w delegacji tej uczestniczyło wielu przyjaciół Rosji. Później podważali oni sens sankcji. Z czasem to się na szczęście zmieniło. W ramach spokojnej, merytorycznej dyskusji, udało się przekonać tych posłów do naszego stanowiska, przynajmniej na jakiś czas.

Europejscy konserwatyści mają nadzieję, że ich wpływy staną się po tych wyborach silniejsze. Na ile realny jest dziś scenariusz odsunięcia liberalno-lewicowych frakcji od dominacji w Parlamencie Europejskim?

Jedno jest pewne – w kolejnej kadencji PE będzie skierowany znacznie bardziej na prawo niż obecnie. Będzie znacznie bardziej eurosceptyczny i eurorealistyczny. Możemy spodziewać się bardziej sceptycznego podejścia wobec imigrantów i Zielonego Ładu. Czy natomiast konserwatystom uda się stworzyć największą frakcję? Na papierze jest to możliwe. Przy połączeniu ECR i ID mielibyśmy największą frakcję w historii PE. Zobaczymy, czy to się wydarzy. Nie wszystkie partie rządowe mogą chcieć łączyć się z partiami antyestablishmentowymi. Stworzenie nowej większości nie będzie więc łatwe. W naszym zasięgu na pewno jest jednak stworzenie silnej mniejszości blokującej, mającej istotny wpływ na decyzje Parlamentu. To jest realne. Stworzenie większości jest niełatwe, ale never say never.

Realnym jest obsadzenie przez ECR stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej. Jacek Saryusz-Wolski może zastąpić Ursulę von der Leyen?

Trzeba o to walczyć. Pięć lat temu Prawo i Sprawiedliwość chyba nie doceniło wyborów na kandydata. W polskiej delegacji mówiono wówczas, że powinien być to Polak. Po latach mogę ujawnić, że wymieniano nazwisko prof. Zdzisława Krasnodębskiego i moje. Podjęto jednak decyzję, że umywamy od tego ręce. Wzięli to Czesi i naszym kandydatem został Jan Zahradil. Zapewniło to darmową reklamę partii ODS i samemu kandydatowi. Teraz może być inaczej.

Obecnie Europejską Partię Ludową tworzy aż dwanaście partii rządzących. Jeszcze kilka lat temu było takich tylko siedem. Teoretycznie więc to oni mają pole position do szefostwa w Komisji. Z drugiej jednak strony, musi to być decyzja jednogłośna czy niemal jednogłośna. Znaczenie będą więc miały również głosy związanych z nami rządów: włoskiego, czeskiego czy fińskiego.

W ostatnich sondażach PiS odnotowuje pewne spadki poparcia, ustępując Koalicji Obywatelskiej miejsce lidera polskiej sceny politycznej. W czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego uda się Zjednoczonej Prawicy odwrócić ten stan rzeczy i przejąć prowadzenie?

Eine gute frage – mówiąc językiem pani Ursuli von der Leyen. Swoistym fenomenem jest – a mówią to obiektywnie, nie chcąc kogoś pocieszać – że pierwszy raz w III RP zdarzyło się, iż oddająca władzę partia po wyborach pozostawała liderem sondaży. Dotychczas partia przejmująca władzę zyskiwała w sondażach, a partia ją oddająca traciła. Teraz tak nie było. To zmieniło się dopiero w lutym. Obecnie różnice pomiędzy Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością są minimalne.

Zobaczymy, jak będzie, ale wydaje mi się, że PiS ma szanse powalczyć o dobry wynik w wyborach europejskich. Zależy to m. in. od frekwencji, która zabiła nas w wyborach parlamentarnych. Stąd sądzę, że premier Tusk świadomie podgrzewa dziś atmosferę i cały czas zarządza przez konflikt. Robi igrzyska, żeby utrzymać elektorat w gotowości. Jest też wiele innych czynników. Niełatwo będzie wygrać wybory samorządowe. Ewentualna przegrana również może wpłynąć na rezultat wyborów europejskich. Przede wszystkim trzeba pracować, bo wynik wyborów zależy od pracy poszczególnych partii i kandydatów. Warto zwrócić uwagę, że są to wybory, w których – poza wyborami prezydenckimi - startuje najmniej kandydatów. Każda partia wystawia maksymalnie 130 kandydatów, po dziesięciu w każdym z trzynastu okręgów. To również sprawia, że teoretycznie wybory te mogą interesować mniejszą część społeczeństwa niż wybory parlamentarne czy samorządowe.

Lubelska prokuratura wystąpiła o uchylenie Panu immunitetu w ramach śledztwa dot. „kilometrówek”. W swoim oświadczeniu zwrócił Pan uwagę na fakt, że wniosek ten śledczy kierują w momencie ustalania list wyborczych do Parlamentu Europejskiego. Dopatruje się Pan tutaj jakichś motywów politycznych?

Przede wszystkim jestem bardzo zaskoczony, że nie zostałem przesłuchany. Dobrym obyczajem jest, że przed postawieniem zarzutów przesłuchuje się osobę, którą się oskarża. Zwracam jednak uwagę, że ostatnio uchylono immunitety czworgu eurodeputowanym PiS. Taki wysyp wniosków o uchylenie immunitetów jest w moim przekonaniu co najmniej dziwny. Można więc posłużyć się powiedzeniem, że nie ma przypadków, są tylko znaki.

Przygotowania do europejskich wyborów upływają pod znakiem rolniczych protestów. Premier Donald Tusk oburzał się w czasie wczorajszej konferencji prasowej na antyunijne hasła pojawiające się na manifestacji w Warszawie. Tymczasem w całej Unii Europejskiej rolnicy stanowczo wyrażają swoje niezadowolenie z funkcjonowania unijnych instytucji. Jakich reform Unia dziś potrzebuje, aby minimalizować ten coraz szerszy eurosceptycyzm? 

Trzeba zauważyć, że w porównaniu z rolnikami z innych unijnych państw, Polacy prezentują Wersal. W Belgii czy Francji rolnicy się nie patyczkują. Niejeden radiowóz puścili z dymem, dochodzi do starć z policją. Przed budynkiem PE zniszczono pomnik Johna Cockerilla. U nas takie rzeczy są nie do pomyślenia. Polskim rolnikom należy zatem podziękować, że są umiarkowani, jeśli chodzi o formy wyrażania protestu.

Hasła antyunijne są bardzo powszechne. Może skłoni to do myślenia rządzących UE i euroentuzjastyczne elity poszczególnych krajów. Powinni pomyśleć, że to nie ludzi są winni, tylko ci, którzy ciągle chcą „więcej Unii w Unii”. Ci, którzy w przypadku jakichś problemów za słuszne uważają jeszcze szybciej pedałować na tym unijnym rowerku. Warto czasem spojrzeć krytycznie w lustro.

Komisja Europejska ogłosiła dziś odmrożenie 10 proc. środków polskiego KPO. Tym samym uznała za spełniono tzw. kamienie milowe, również te dot. sądownictwa. Jak odnosi się Pan do tej decyzji?

Zauważmy, że decyzja ta została podjęta na nieco ponad miesiąc przed wyborami samorządowymi. KE zrobiła wszystko, żeby pomóc obecnie rządzącej koalicji wygrać wybory parlamentarne. Teraz robi wszystko, aby pomóc jej wygrać wybory samorządowe. To w stu procentach polityczna gra. Pieniądze się oczywiście należą Polsce jak psu zupa. Decyzja KE to jednak robienie prezentu rządzącym. Pani von der Leyen chciałaby zostać wybrana na drugą kadencję, więc przy okazji robi też własną kampanię. To po prostu kampania, trzeba to widzieć i nazwać po imieniu.