Fronda.pl: Jeszcze w 2016 roku ludzie zgromadzeni w Warszawie skandowali: "Donald Trump!". Wydawało się wówczas, że Donald Trump to idealny prezydent z perspektywy polskich interesów. Tymczasem przyjaciel i protegowany Trumpa Ron De Santis wprost mówi, że wsparcie Ukrainy z Rosją nie leży w interesie USA. Jak wygląda postrzeganie tej kwestii przez Partią Republikańską?

Ryszard Czarnecki (europoseł PiS, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego): Wypowiedź Rona De Santisa nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Już od kilku miesięcy wyraźnie było widać, że nastroje w elektoracie, ale przede wszystkim wśród elit Republikanów przesuwają się. Zwycięża powoli pokusa bądź izolacjonizmu, który skupia się na wewnętrznych sprawach Stanów Zjednoczonych, bądź też przeniesienia głównego ciężaru prowadzonej przez USA polityki do Azji, w odniesieniu do Chin. Inna sprawa, że trudno powiedzieć o De Santisie, że jest przyjacielem ani protegowanym Donalda Trumpa - raczej jego głównym i właściwie jedynym poważnym konkurentem w tej chwili wewnątrz obozu republikańskiego. Podkreślić również należy, że Ron De Santis w tym, co powiedział nie jest osamotniony, bowiem w ostatnim czasie także inni politycy republikańscy, wymieniani w kontekście kandydowania na urząd prezydencki, jak choćby Vivek Ramaswamy czy też gubernator Teksasu Greg Abbott - mówili podobne rzeczy.  Oczywiście są też i politycy, którzy wciąż bronią tej oficjalnej linii, czyli wspierania Ukrainy w walce z Rosją. Do nich należy choćby były wiceprezydent USA w gabinecie Trumpa - Mike Pence, również wymieniany jako potencjalny kandydat na prezydenta były gubernator New Jersey - Chris Christie, a także senator Tim Scott.

Musimy to zatem traktować bardzo poważnie. Nie tylko dlatego, że tego typu narrację prowadzą Republikanie, którzy mogą wygrać najbliższe wybory prezydenckie w listopadzie przyszłego roku. Pamiętajmy bowiem, w jaki sposób dynamika kampanii wyborczej wpłynęła jakiś czas temu na narrację polityczną choćby we Francji. Tam sceptyczna wobec NATO postawa Marine Le Pen natychmiast spowodowała przesunięcie się w kierunku pozycji NATO-sceptycznych jej kontrkandydata - Emmanuela Macrona. I niestety przewiduję, że podobny proces nastąpi również w Stanach Zjednoczonych, a zbliżoną do Republikanów narrację w sprawie wojny na Ukrainie zaczną prezentować także Demokraci. A wspomniani Demokraci w sytuacji, gdy sondaże pokazują jak wyrównany jest wyścig wyborczy, nie mogą pozwolić sobie na to, by w sposób znaczący różnić się od Republikanów w sprawie wojny w Europie Wschodniej. W przeciwnym bowiem razie. ów, stopniowo rosnący elektorat niechętny amerykańskiemu zaangażowaniu w tę wojnę, może poprzeć Republikanów, co z kolei mogłoby zadecydować o końcowym wyniku wyborów. Demokraci będą więc się tu nieuchronnie przesuwali na pozycje sceptyczne, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej.

Kto może wygrać prawybory? Czy ponownie będzie to Trump?

Donald Trump według rankingów wrócił na pozycję lidera. Jeszcze kilka miesięcy temu tym liderem z przewagą 2 proc. nad Trumpem był wspomniany gubernator Florydy De Santis. Natomiast machina wyborcza Donalda Trumpa i to, że przeforsował on wielu  swoich kandydatów do Senatu i do Izby Reprezentantów - trochę przesunęło nastroje w Partii Republikańskiej. I w tej chwili to nie Trump traci trochę do De Santisa, ale De Santis traci trochę do Trumpa. Natomiast podkreślić należy, że według niemal wszystkich sondaży, które można uznać za wiarygodne - Ron De Santis wygrywa z prezydentem Joe Bidenem, a Donald Trump z nim przegrywa. Zresztą w tego typu symulacjach gubernator Florydy wygrywa z każdym z kandydatów Demokratów, a Trump z nimi przegrywa. Być może nastąpi więc jakiś proces przesuwania głosów na De Santisa, ale na razie jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Zresztą Ron De Santis nie zgłosił jeszcze oficjalnie swojej kandydatury.

Czy ewoluowały poglądy Trumpa w przedmiocie Polski, NATO i Europy? Czy jeśli nowy prezydent USA będzie Republikaninem, zapowiada to zmianę kursu USA wobec wojny na Ukrainie i wobec Polski?

Niektórzy eksperci twierdzą, że agresja Rosji na Ukrainę w ogóle by nie nastąpiła, gdyby Donald Trump nadal był prezydentem USA. Według tych głosów Trump po prostu na pewne rzeczy by nie pozwolił. I to nie dlatego, że jest antyrosyjskim "jastrzębiem". Ma on za to niesłychanie rozbudzone ego i nie pozwoliłby sobie na doznanie tego rodzaju upokorzenia, jakie stało się udziałem Joe Bidena podczas szczytu w Genewie w 2021 roku, w trakcie rozmów Putin-Biden. Wspomniany genewski szczyt został totalnie wygrany przez Władimira Putina. Pamiętajmy, że zarzucano Trumpowi, że będzie on prorosyjskim prezydentem, podczas, gdy jak się później okazało, było zupełnie inaczej, bo Donald John Trump bardzo mocno Rosję stopował.

Natomiast Biden próbował dokonać resetu w relacjach z Federacją Rosyjską. Czyli powrócił do wykonania manewru, jaki został już przecież uczyniony za pierwszej kadencji tandemu Barack Obama-Joe Biden w latach 2009-2013. Myślę więc, że w konsekwencji wybór Bidena na urząd prezydenta USA w 2021 roku oraz jego miękkie stanowisko wobec Rosji, mogły zachęcić Władimira Putina do zaatakowania Ukrainy. Wracając natomiast do Trumpa pamiętajmy, że przecież on również, choć może nie w sposób tak otwarty, jak De Santis, ale jednak sugerował, że niektóre rosyjskojęzyczne terytoria Ukrainy mogłyby stać się częścią Rosji. W domyśle chodziło tu przede wszystkim o Krym. Musimy zatem mieć świadomość, że Donald Trump nie jest w tej chwili politykiem, którego można by określić mianem „jastrzębia” w odniesieniu do relacji na linii: USA-Rosja.

Czy Pana zdaniem w interesie Polski leży reelekcja Joe Bidena?

Bardzo przestrzegam przed mówieniem o tym, co leży w interesie Polski, jeśli chodzi o wybór prezydenta Stanów Zjednoczonych. Polska powinna i musi współpracować z każdym prezydentem USA. Nie powinniśmy się ustawiać w roli tych, którzy trzymają kciuki za tego, czy innego spośród kandydatów. Zresztą, o którym Bidenie właściwie mówimy? O tym Joe Bidenie, który jedzie do Kijowa odwiedzić stolicę kraju zmagającego się z rosyjską inwazją kraju czy też o tym, który jeszcze parę miesięcy temu mówił, że trzeba z Rosją negocjować, ale "pod pewnymi warunkami". O Bidenie, który mówił, że Putin to bandyta, czy też o tym, który wraz z Obamą był twarzą resetu w relacjach z putinowską Rosją, który to reset oddał de facto cały nasz region w strefę rosyjskich wpływów i pozbawił Polskę czy choćby Czechy tarczy antyrakietowej. Joe Biden jest więc politykiem niezwykle chwiejnym i nie mamy żadnej gwarancji, że już za rok nie przejdzie on na pozycje, które prezentuje dziś wspomniany wcześniej Ron De Santis czy w jakiejś mierze również Donald Trump.

A czy polskie władze mogą bądź powinny podjąć działania, które umożliwią wybór prezydenta USA najbardziej sprzyjającego Polsce? W końcu Polonia w USA liczy miliony członków, a z ich głosami liczył się np. Trump.

Odpowiedź jest krótka - Boże broń! Polska w żaden sposób nie powinna ingerować w wybory w Stanach Zjednoczonych. A polski rząd nie powinien mówić Polakom w USA, czy też Amerykanom polskiego pochodzenia - jak mają głosować. Choć z drugiej strony jednak pamiętajmy, że to Polacy przesądzili w 2016 roku o wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA. W tych bowiem stanach, w których struktura wyborcza jest dynamiczna i raz wygrywają w nich Republikanie, a raz Demokraci, czyli takich, jak choćby Michiagan, to właśnie polskie głosy zadecydowały o końcowym zwycięstwie Trumpa. Zresztą jako ciekawostkę możemy tu przypomnieć fakt, że również młody Joe Biden, kandydując w 1972 roku ze stanu Delaware, również dzięki głosom Polaków został po raz pierwszy członkiem Kongresu, a konkretnie jego izby wyższej, czyli Senatu. 29-letni wówczas Biden oraz jego republikański  oponent J. Caleb Boggs toczyli bardzo wyrównany bój o końcowe zwycięstwo. Komisja, z której jako ostatniej zliczano głosy umiejscowiona była przy polskim kościele i te 4 tysiące głosów oddane przez Polaków - zadecydowały o końcowym wyniku wyborczym !  Podkreślmy zresztą, że Polacy w Stanach Zjednoczonych przez całe lata gremialnie głosowali na Demokratów, ponieważ kojarzyli się oni z tymi siłami politycznymi, które bronią mniejszości  etnicznych. Zmieniło się to właściwie dopiero we wspomnianym 2016 roku, kiedy to Polacy wsparli Republikanów i  Donalda Trumpa. A więc tej siły polskich głosów może nie należy przeceniać, ale ona niewątpliwie jest i ma swoje znaczenie. Raz jeszcze jednak chciałbym podkreślić :  nie jest rolą polskiego rządu, by wpływać w jakikolwiek sposób na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych, a z każdą administracją Białego Domu musimy budować dobre relacje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.