Fronda.pl: Przewodniczący PO Donald Tusk jeszcze kilkadziesiąt godzin temu chętnie powoływał się na zeznania Marcina W. w kontekście rosyjskiego wątku w aferze podsłuchowej. Gdy jednak minister Ziobro ujawnił te zeznania, w których tenże Marcin W. mówi o łapówce 600 tys. euro, jaką miał przyjąć Michał Tusk, szef PO mówi o ataku na jego osobę.

Ryszard Czarnecki (europoseł PiS, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego): Donald Tusk jest człowiekiem, który uwielbia grać w piłkę nożną, zatem używając terminologii futbolowej można powiedzieć, że właśnie strzelił on sobie najbardziej spektakularnego gola samobójczego w całej swojej historii politycznej. Wyciągnął zeznania Marcina W., które uznał za wiarygodne, a nikt z jego zaplecza nie powiedział mu, że przecież już 2 lata temu „Gazeta Polska” opublikowała zapis zeznania wspomnianego Marcina W., z którego wynikało, że Michał Tusk miał przyjąć tego rodzaju łapówkę. Cała sytuacja jest więc po prostu wręcz niebywała. W tym wszystkim dodatkowo niezmiernie zastanawiający jest fakt tak długiego milczenia Donalda Tuska w tej sprawie, tak, jakby gorączkowo z prawnikami oraz specjalistami od wizerunku zastanawiał się, co ma teraz powiedzieć i jak z tego wszystkiego wybrnąć, by w jak najmniejszym stopniu wpłynęło to na polityczne straty dla niego i całej jego formacji. I nawet jeśli ta sprawa nie wpłynie w bardzo istotny sposób na spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej to jednak z całą pewnością przełoży się ona na ograniczony przypływ do PO zarówno nowych członków, jak i nowego elektoratu. Konsekwencją może być również zniechęcenie potencjalnych koalicjantów do wchodzenia w ewentualny przyszły sojusz polityczny z Donaldem Tuskiem i Platformą Obywatelską. Natomiast w szerszym, międzynarodowym kontekście przypomnijmy, że był już w przeszłości aresztowany były premier jednego z krajów członkowskich Unii Europejskiej. Mowa tu o Bojko Borysowie, będącym łącznie przez kilkanaście lat szefem bułgarskiego rządu. Borysow jako założyciel i przewodniczący partii GERB znajdował się wraz z Tuskiem w unijnej frakcji - Europejskiej Partii Ludowej (EPP), a w marcu tego roku został zatrzymany w związku z przyjęciem łapówki i sprzeniewierzeniem środków unijnych. Pamiętam, jak w Parlamencie Europejskim niemiecki przewodniczący EPP Manfred Weber zaczął publicznie ubolewać nad tym, że można było aresztować byłego premiera kraju członkowskiego UE. Pytanie czy Weberowi  znów przyjdzie niebawem ubolewać nad aresztowaniem kolejnego premiera innego już państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Jeśli mam być szczery to na miejscu Donalda Tuska zareagowałbym jednak na całą tę sytuację zupełnie inaczej niż to uczynił. Przede wszystkim powinien w trybie natychmiastowym zwołać konferencję prasową oraz zapowiedzieć proces sądowy, który zresztą należałoby wytoczyć już 2 lata temu po publikacji prasowej, gdyby Tuskowi rzeczywiście zależało na oczyszczeniu się z tej sprawy. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej jednak tego typu działań nie podjął, uciekł w milczenie tak, jakby bał się konfrontacji z zeznaniami Marcina W. Trzeba przyznać, że to dziwne.

Czy jednak wewnątrz Platformy Obywatelskiej i szerzej - w całym obozie opozycyjnym, pozycja Donalda Tuska wciąż jest na tyle silna, że ten spektakularny polityczny samobój, jak pan go nazwał, nie zachwieje tu skutecznie pozycją szefa PO?

Spodziewam się postępującej erozji przywództwa Donalda Tuska wewnątrz Platformy Obywatelskiej. Jednak to się absolutnie nie musi przełożyć na zmianę lidera w tej formacji na przestrzeni najbliższych miesięcy. Wydaje mi się, że PO dotrwa raczej do wyborów z Tuskiem na czele tej partii. Natomiast znacznie już silniejsza erozja dotknie zapewne pozycji Tuska w ramach szerszego obozu opozycyjnego. To, co się stało, ewidentnie zmniejsza szansę na to, aby np. Nowa Lewica czy Polska 2050 zdecydowały się na wspólny start w wyborach z jednej listy z Donaldem Tuskiem i Platformą Obywatelską, bo mogłoby to wpłynąć na zwiększenie się elektoratu negatywnie nastawionego do tych formacji politycznych. Pokłosiem więc całej tej sytuacji z udziałem Tuska może być fakt, że wspólna lista wyborcza opozycji, o której tyle się mówiło, może okazać się ostatecznie wyłącznie mrzonką. 

Liz Truss po zaledwie 45 dniach rezygnuje z funkcji premiera, tłumacząc, że nie jest  wstanie zrealizować mandatu. Przechodzi tym samym do historii jako najkrócej urzędująca premier w całych dziejach Wielkiej Brytanii. Jakie są, pana zdaniem rzeczywiste przyczyny tej dymisji?

Trawestując słynnego, brytyjskiego skądinąd dramatopisarza Williama Szekspira - źle się dzieje w państwie brytyjskim. A niestabilność, która w ostatnim czasie dotknęła brytyjskie sfery rządowe jest niewątpliwie na rękę Rosji. Zwłaszcza, że nie wiadomo, kto będzie następcą Liz Truss. Na pewno cała ta sytuacja osłabi konserwatystów, których notowania sondażowe są w ostatnim czasie wyraźnie słabsze. Oczywiście z polskiego punktu widzenia z każdym politykiem, który w miejsce Truss  obejmie funkcję premiera Wielkiej Brytanii będziemy musieli współpracować. Oczywiście zdecydowanie lepiej, nie tylko dla Polski, ale i dla całego naszego regionu byłoby, gdyby przywództwo na Wyspach objęła osoba, która gwarantowałaby kontynuację polityki prowadzonej wobec Europy Wschodniej przez Borisa Johnsona oraz niezakwestionowaną przez Liz Truss. Uważam, że tego typu gwarancję daje choćby była minister obrony - Penny Mordaunt, która w lipcu tego roku w związku z ogłoszeniem rezygnacji z funkcji premiera Wielkiej Brytanii oraz lidera Partii Konserwatywnej przez Borisa Johnsona zgłosiła swoją kandydaturę na lidera partii i nieznacznie przegrała w głosowaniu. Podobne gwarancje daje też moim zdaniem Suella Braverman, która całkiem niedawno zrezygnowała z funkcji ministra spraw wewnętrznych w wyniku faktu, że wysłała ze swojego prywatnego adresu mailowego dokument rządowy.

Czy jednak powrót do władzy Johnsona zaledwie kilka tygodni po jego ustąpieniu to realny scenariusz?

Uważam, że raczej nie. Wydaje mi się że jest jeszcze za wcześnie na tego rodzaju powrót. Pamiętajmy, że Johnson opuszczał jednak fotel premiera Wielkiej Brytanii w atmosferze skandalu. Żegnając się w Izbie Gmin z funkcją szefa brytyjskiego rządu Boris Johnson co prawda zapowiadał swój powrót, ale chyba jednak jest jeszcze na to za wcześnie, a okoliczności jego rezygnacji są jeszcze zbyt świeże. Przypomnijmy, że na pożegnanie Johnson wygłosił słynny filmowy cytat z odgrywanego przez Arnolda Schwarzeneggera „Terminatora”, mówiąc: „Hasta la vista, baby!”.

Wewnątrz partii konserwatywnej jest jednak pewna kandydatura, której szczerze mówiąc naprawdę się obawiam. Mowa tu o polityku, który w prawyborach dotarł aż do finałowego głosowania, w którym zmierzył się wówczas z Liz Truss. Rishi Sunak to człowiek, którego teściem jest miliarder Nagavara Murthy, prowadzący duże interesy z Rosją. Okoliczność ta mogłaby się okazać dla Sunaka, jako ewentualnego brytyjskiego premiera, pokusą, by łagodzić twardy do tej pory brytyjski kurs wobec putinowskiej Rosji.

Czy aż dwie dymisje premierów na przestrzeni zaledwie kilku tygodni sprawiają, że możemy już mówić, iż mamy do czynienia na Wyspach z dość niepokojącym chaosem politycznym?

Myślę, że jednak źle to świadczy o pewnej odporności brytyjskiego systemu politycznego. Nie ma co ukrywać, że jednym ze źródeł siły państwa jest jego stabilność, czyli również stabilność jego rządów. Obecne zamieszanie na scenie politycznej w Wielkiej Brytanii jest więc niewątpliwie niepokojącym sygnałem. Konserwatyści tracą poparcie i w konsekwencji być może czeka nas zmiana władzy na Wyspach oraz sytuacja, w której polityk rządzący Wielką Brytanią był w przyszłości marksistą. A Wielka Brytania jest przecież niewątpliwie ważnym sojusznikiem Polski i dlatego powinniśmy życzyć jej zdecydowanie większej stabilności.

Osiągnięto porozumienie na szczycie w Brukseli w sprawie planu energetycznego, który ma doprowadzić do obniżenia wysokich cen prądu i gazu. Ustalenia obejmują tymczasowe wprowadzenie limitów cenowych na gaz. Grupa 15 krajów, z Polską w składzie, przeforsowała swoje postulaty, a Niemcy i Holandia ustąpiły i odblokowały drogę do prac nad przepisami w tej sprawie. Jaka jest waga i znaczenie tego porozumienia i czy zagrożenie, że na kolejnym szczycie, przed ostatecznym zatwierdzeniem tego pakietu energetycznego, Niemcy i tak go zawetują - jest poważne?

To ważna chwila w historii Unii Europejskiej. I nie chodzi tu wyłącznie o kwestie związane z energetyką. Niemcy, które do tej pory pełniły rolę playmakera wewnątrz UE teraz jednak przegrały, nie będąc w stanie przeforsować swojej koncepcji i to pomimo poparcia szeregu krajów spośród dawnej piętnastki w ramach dawnej EWG. Co więcej, wszyscy tę porażkę Niemiec publicznie zobaczyli i dostrzegli. Okazało się, mówiąc Andersenem, że król jest nagi. Sytuacja ta zapewne przekonała również wszystkich, iż jest możliwe takie stworzenie koalicji wewnątrz Unii Europejskiej, by z tym dotychczasowym głównym rozgrywającym wewnątrz UE, w jakiejś istotnej sprawie po prostu wygrać. Jest to niewątpliwie bardzo ważny sygnał na przyszłość,  przekonujący o tym, że Niemcy wcale nie muszą pełnić roli dominującej w Unii Europejskiej. A zarazem wielka lekcja pokory dla Berlina. Oczywiście Niemcy mogą teraz pójść twardo w kierunku weta. Pytanie tylko czy tak bezwzględne, uporczywe i wręcz rozpaczliwe trzymanie się własnych koncepcji wyjdzie im na dobre oraz czy ich autorytet wskutek tego rodzaju postępowania nie będzie nadal stopniowo malał, co niewątpliwie obserwujemy od momentu rozpoczęcia przed niespełna ośmioma miesiącami rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Bardzo dziękuję za rozmowę.