Fronda.pl: Najwyraźniej nie będąc w stanie porozumieć się co do stanowiska drugiej osoby w państwie, w chcących stworzyć nowy rząd ugrupowaniach opozycji powstał pomysł rotacyjnego marszałka Sejmu. W ocenie Pana Posła, to rzeczywiście symbol koalicyjnej współpracy, w ramach której wszystkie cztery główne formacje będą miały czas na pokierowanie pracami Sejmu, czy jednak ostateczny dowód, że ugrupowań tych nie łączy nic poza hasłem „anty-PiS"?

Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: To jest sprytny pomysł Donalda Tuska, który w ten sposób chce skłócić partie mające wejść w przyszłą koalicję rządową. To sposób na osłabienie potencjalnych rywali. Jeżeli on sam będzie premierem, to nie jest mu potrzebny silny marszałek Sejmu, na przykład Szymon Hołownia. Marszałek Sejmu formalnie jest drugą osobą w państwie, a więc jest wyżej od premiera. W związku z tym Tusk chce osłabić funkcję marszałka, rotując tym urzędem. Teraz też napuszcza Lewicę na to stanowisko i uruchamia wojnę między Lewicą a Polską 2050. Sam tymczasem kupuje popcorn i patrzy, jak tamci biją się o kość.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku Senatu. Wiadomo już, że marszałkiem izby nie zostanie Tomasz Grodzki. Podział tych funkcji służy również temu, aby ugrupowania mające za mało stanowisk w rządzie, otrzymały funkcje w Senacie albo w Sejmie. Dzięki temu Tusk tych stanowisk ugra więcej. To znowu sprytne posunięcie, ponieważ Tusk pokaże, że „odchudza rząd po PiS-ie", a jednocześnie zagwarantuje tym partiom więcej stanowisk dzięki rotacji.

Zdawałoby się jednak, że jeśli opozycja ma stworzyć rządzącą większość, to dla funkcjonowania Sejmu lepiej byłoby, gdyby jego marszałkiem został przedstawiciel Platformy Obywatelskiej. Opozycja radykalnie różni się w kwestiach programowych. Kiedy marszałkiem Sejmu będzie Hołownia, do zamrażarki będą trafiać rozwiązania Lewicy, a kiedy zostanie nim Czarzasty, taki los spotka inicjatywy PSL-u. W połączeniu z reprezentującym inny program prezydentem, potencjalne rządy opozycji zapowiadają się jako rządy z zerową sprawczością.

Opozycja to przede wszystkim „anty-PiS”. Oni się jednoczą w niechęci, w nienawiści do kogoś, a nie we wspólnym programie. Spektakularnie widać to w tych kłótniach, które nie dotyczą nawet programu, a podziału stanowisk. Pomysł na rotacje, to pomysł na to, aby dać tych koralików personalnych więcej. Ponadto to pomysł na osłabianie tych, którzy mogliby stać się jakąś alternatywą dla Tuska. Jeżeli Szymon Hołownia nie ukrywa, że ponownie chce kandydować na prezydenta, to w naturalny sposób będzie zagrożeniem dla Tuska, który też o tym myśli.

Politycy opozycji powołują się na Parlament Europejski, gdzie również obowiązuje niepisana zasada, wedle której stanowisko przewodniczącego w trakcie jednej kadencji obejmują dwie osoby. Mając doświadczenie zarówno pracy w Sejmie, jak i w Parlamencie Europejskim, uważa Pan, że przenoszenie mechanizmów funkcjonujących w unijnych instytucjach do polskiego parlamentu może przynieść coś dobrego?

Specyfika narodowa jest specyfiką narodową. Nie wiem, czy import tych rozwiązań jest rzeczą dobrą. Dobrym byłoby zagwarantowanie posłom na Sejm warunków pracy, które mają europosłowie. To by się przydało. W przypadku rotacyjnego marszałka natomiast warto pamiętać, że w Parlamencie Europejskim ta zasada nie przeszkodziła Martinowi Scholzowi być przewodniczącym przez dwie 2,5-letnie kadencje. Można więc jak widać tak rotować, żeby siebie nie wyrotować.

Realny jest więc cały czas scenariusz, w którym PO obsadza swojego marszałka, a potem wycofuje się z planu rotacji?

To będzie zależało od kalendarza prezydenckiego. Myślę, że Tusk zadba o to, aby Hołownia nie był marszałkiem przed wyborami prezydenckimi, bo mógłby budować na tym swoją kampanię.

Podobny pomysł na współpracę szerokiej koalicji w Izraelu mieli Bennet i Lapid, którzy w „rządzie zmiany" podzielili się stanowiskiem premiera.

Mamy też przykład Bułgarii. Wałęsa chciał zrobić z Polski drugą Japonię, a Tusk robi z Polski drugą Bułgarię. To w Bułgarii grający rządem prezydent Radew ustanowił 9-miesięczną rotację na stanowisku premiera. Teraz rządem kieruje Nikołaj Denkow, a po dziewięciu miesiącach przejmie to stanowisko była europejska komisarz Marija Gabriel. Można więc powiedzieć, że Tusk dokonuje bułgaryzacji Polski.

Bennet i Lapid władzą się jednak długo nie nacieszyli i po spędzeniu półtora roku w opozycji rządy ponownie przejął Netanjahu. Zapowiedź rotacyjnego marszałka Sejmu może być zwiastunem powtórzenia się w Polsce scenariusza izraelskiego i rychłego powrotu do władzy Prawa i Sprawiedliwości?

Mogę tylko powiedzieć, że w rozmowach prywatnych politycy obecnej opozycji przyznają, iż nie wierzą, aby kadencja Sejmu i nowego rządu trwała cztery lata. To odpowiedź na Pańskie pytanie.