Tydzień temu w „Faktach” na antenie TVN pokazano reportaż poświęcony pani Joannie. Wedle narracji dziennikarzy, policja podejmowała wobec kobiety opresyjne działania, ponieważ ta przyjęła środki poronne. Interwencję policjantów miało wywołać hasło „aborcja”. Okazało się jednak, że policjanci interweniowali po zgłoszeniu lekarza psychiatrii. Zajmująca się panią Joanną lekarka zaalarmowała służby obawiając się, że kobieta może targnąć się na swoje życie. Sprawę natychmiast postanowiła wykorzystać opozycja i lewicowe środowiska. Wczoraj tzw. Strajk Kobiet zorganizował w Krakowie manifestację „w geście solidarności z Joanną”, w której udział wzięła sama pani Joanna. Kobieta wskazała na policjantów strzegących wejścia do komendy stwierdzając, że to oni podejmowali wobec niej czynności.

- „Ci policjanci, którzy tutaj stoją, to ci sami, którzy wzięli udział w tym wszystkim”

- mówiła, a zebrani zareagowali na jej słowa wyzwiskami kierowanymi w stronę funkcjonariuszy.

Później kobieta powtórzyła swoją wersję na antenie TVN24.

- „Na proteście przed komisariatem w Krakowie policja ustawiła tych samych funkcjonariuszy, którzy podejmowali wobec mnie interwencję. Nawiązywałam z nimi kontakt wzrokowy, a oni chyba mieli z tym problem. Jednemu puściłam oczko”

- przekonywała.

Okazuje się jednak, że kobieta nie mówiła prawdy. Portal wPolityce.pl potwierdził w Komendzie Głównej Policji, że wczorajszej manifestacji nie ochraniał żaden z policjantów, którzy wcześniej mieli styczność z panią Joanną.

- „Jej nieodpowiedzialny happening mógł też sprowadzić niebezpieczeństwo na tych funkcjonariuszy, którzy mogli zostać wczoraj zaatakowani przez wzburzony tłum uczestniczących w demonstracji”

- zauważa wPolityce.pl.