Pod koniec kwietnia przypadkowi przechodnie natknęli się na obiekt wojskowy w lesie pod Bydgoszczą. Wedle przekazanych wczoraj przez media informacji, to prawdopodobnie rosyjski pocisk powietrze-ziemia Ch-55, zdolny do przenoszenia ładunku jądrowego. Prawdopodobnie pocisk przyleciał zza wschodniej granicy. Śledztwo w sprawie sprowadzenia zagrożenia dla życia i zdrowia wielu osób prowadzi prokuratura.

Znaleziony obiekt najpewniej ma związek ze zdarzeniem, do którego doszło w grudniu ub. roku. Wówczas to, w czasie zmasowanego ostrzału terytorium Ukrainy przez rosyjskie siły, w pobliżu natowskiej przestrzeni powietrznej pojawił się wielozadaniowy bombowiec taktyczny Su-34. NATO zareagowało poderwaniem samolotów bojowych. W czasie działań na polskich radarach odnotowano obiekt, który wleciał znad Białorusi do Polski. Służby śledziły ten obiekt, jednak w okolicy Bydgoszczy straciły go z oczu. Już wcześniej RMF FM dzieliło się nieoficjalnymi ustaleniami, wedle których po tym zdarzeniu przeprowadzono poszukiwania w okolicy, ale zrezygnowano z nich przez trudne warunki atmosferyczne.

Dziś szef resortu obrony podzielił się ustaleniami zleconej w tej sprawie kontroli. Wyjaśnił, że 16 grudnia podlegające dowódcy operacyjnemu Centrum Operacji Powietrznych zostało poinformowane przez stronę ukraińską o zbliżającym się w stronę polskiej przestrzeni powietrznej obiekcie, mogącym być rakietą. Uruchomiono wówczas procedury współpracy sojuszniczej.

- „Działania Centrum Operacji Powietrznych były prawidłowe”

- zapewnił wicepremier.

Wskazał, że o sytuacji zameldowano dowódcy operacyjnemu. Z jego strony doszło jednak do pewnego zaniechania.

- „Zgodnie z ustaleniami kontroli, dowódca operacyjny zaniechał swoich instrukcyjnych obowiązków, nie informując mnie o obiekcie, który pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej ani nie informując Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i innych przewidzianych w procedurach służb”

- przyznał Błaszczak.

Kontrola wykazała też zaniedbania dowódcy operacyjnego w zakresie poszukiwań obiektu.

- „Na miejsce wysłano jedynie patrol policji, a poszukiwania za pomocą śmigłowca przeprowadzono dopiero w dniu 19 grudnia. Do poszukiwań nie włączono żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej”

- wyjaśnił.

Później zaniechano poszukiwań.

- „Stanowczo dementuję informacje, które pojawiły się w mediach, że odmówiłem zlecenia poszukiwania obiektu oraz skierowania na miejsce dodatkowych żołnierzy WOT”

- zaznaczył szef MON.

Wyjaśnił, że wyraziłby zgodę, gdyby skierowano do niego prośbę w tej sprawie. Zaznaczył przy tym, że do samodzielnego uruchomienia poszukiwań zobowiązany był dowódca operacyjny.

Wicepremier wskazał, że o ustaleniach tych poinformowany zostanie prezydent oraz premier. W konsultacji z prezydentem właśnie zostaną podjęte ewentualne decyzje personalne i dyscyplinarne.