Minister Barbara Nowacka podpisała w marcu nowelizację rozporządzenia w sprawie oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych. Dokument wszedł w życie 1 kwietnia. Na jego mocy nauczyciele w klasach I-III szkół podstawowych nie mogą zadawać pisemnych oraz praktyczno-technicznych prac domowych. Wyjątkiem są ćwiczenia usprawniające motorykę małą. W klasach IV-VIII zadania te nie mogą być natomiast obowiązkowe ani oceniane.
Resort edukacji przekonywał, że taka zmiana da dzieciom więcej czasu na odpoczynek, realizowanie swoich pasji i budowanie relacji z rówieśnikami. Miała też odciążyć samych rodziców. Okazuje się jednak, że niekoniecznie takie efekty przynosi w praktyce.
- „Są pierwsze sygnały od rodziców. Część z nich deklaruje zadowolenie i ulgę, cieszą się, że nie będą musieli robić prac domowych z uczniami. Jednak zadaje się je przecież dzieciom, a nie mamom i tatom. Brakuje zrozumienia dla ich istoty”
- powiedział Interii Marek Pleśniar, dyrektor Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.
Wskazał, że uczniowie niekoniecznie wykorzystują czas wolny na rozwój swoich zainteresowań. W większości „samorozwój kończy się” na spędzanie czasu w kontakcie ze „sferą cyfrową”.
Dyrektor Zespołu Szkół w Świerzowej Polskiej Małgorzata Frączek opowiada natomiast o „buncie” niezadowolonych rodziców.
- „Mądry rodzic chce domowych zadań dla dzieci”
- podkreśla rozmówczyni Interii.
W ocenie ekspertów, słuszny był pomysł odciążenia polskich uczniów. Gorzej jednak wyszło z jego realizacją.
