Popularna w lewicowo-liberalnej propagandzie teza, że „Putinowi zależy na rozbijaniu jedności europejskiej” (służąca jako retoryczna pała do okładania każdego, kto chce się bratnim nakazom płynącym z Brukseli i Berlina przeciwstawiać), jest całkowitym zaprzeczeniem rzeczywistości. Owszem, gdyby Unia była wciąż unią Schumana i De Gasperiego, „Europą Ojczyzn”, jednomyślność narodów byłaby sprzeczna z interesami Kremla i Putin zapewne robiłby wszystko, aby je ze sobą skłócić. Ale Unia obecna, mocno zaangażowana w proces „pogłębionej integracji”, wręcz przeciwnie, jest mu więcej niż na rękę – jest warunkiem spełnienia planów odbudowy rosyjskiej mocarstwowości. Jeszcze więcej – jest warunkiem, który musi zostać spełniony, żeby resztki rosyjskiej mocarstwowości, choćby już tylko na miarę regionu, nie legły w gruzach i żeby upadłe imperium Romanowów nie zostało rozsadzone przez budzące się do życia narody dokładnie tak samo, jak sto lat temu stało się to z imperium wiedeńskiej linii Habsburgów.
Wróćmy do geopolitycznych uwarunkowań, szczegółowo opisanych w rozdziale pierwszym, i dodajmy dwa do dwóch.
Niemcy nie potrafią wymyślić siebie jako innych niż prymus narodów, „biorący odpowiedzialność” za całą Europę. Warunkiem niemieckiej dominacji nad Europą jest przewaga gospodarcza. Warunkiem utrzymania przewagi gospodarczej jest tania produkcja, a tej z kolei – tania energia, tanie surowce, tanie podzespoły. Rosja natomiast nie potrafi wyobrazić sobie siebie inaczej niż jako imperium. Warunkiem utrzymania tego imperium jest zdławienie aspiracji rozsadzających go narodów, aspiracji do samostanowienia i „życia jak na Zachodzie”. Warunkiem zdławienia narodów jest posiadanie siły, a do posiadania siły niezbędne są rządzącym Rosją zachodnie technologie, produkty i pieniądze, które uzależnione od rosyjskiej surowcowej taniochy Niemcy są chętne dostarczać.
Propozycja Władimira Władimirowicza złożona drugiemu „wielkiemu narodowi” była logiczna, dobrze przemyślana i obopólnie korzystna i takie samo było też jej przyjęcie przez „Mutti” Angelę. Dodatkową korzyścią, jaką obiecywała Berlinowi pogłębiona współpraca z Kremlem, była pomoc w stopniowym wypychaniu z Europy Amerykanów i emancypowanie się przez Niemcy spod ich wpływu, niezbędne, by przejąć całkowitą „odpowiedzialność” za broniony dotąd przez sojusznika zza oceanu kontynent. Dodatkową korzyścią, jaką z kolei Kremlowi obiecywało sfederalizowanie Europy przez Niemcy, była perspektywa skutecznego obezwładnienia Polski, postrzeganej przez obie strony układu za zagrożenie, zarówno ze względów historycznych, jak i ze względu na szybko rosnący potencjał gospodarczy.
Sprawą, której Niemcy nie wzięli pod uwagę, a która ostatecznie postawiła tak świetnie się zapowiadający sojusz pod znakiem zapytania, była owa „cywilizacyjna wyjątkowość” Kacapii, jej narodowy mental, kulturowe DNA, będące amalgamatem pruskiej chytrości Katarzyny II, bizantyjskiego samodzierżawia Piotra I i dzikiego okrucieństwa Czyngis-chana.
Wyjątkowość, z której tak dumna jest mocarstwowa putinowska propaganda, a która wedle kryteriów naszej cywilizacji śródziemnomorskiej każe uznać Rosję za barbarię i państwo bandyckie.
Niemcy wyobrażały sobie realizację nowego porządku na sposób bismarckowski. Drobnymi krokami, z zachowaniem pozorów, z kamuflowaniem prawdziwych, głęboko skrywanych celów, troską o ratowanie planety, o zapewnienie praw niedoreprezentowanym mniejszościom i o zrównoważony rozwój. Dla rosyjskich czekistów taki sposób działania jest jednak tylko jednym z etapów wojny, tym „podprogowym”, porównywalnym z cichym podkradaniem się przez drapieżnika do stada antylop. To niezbędna część polowania, ale tylko jako przygotowanie. Nakazana przez rozsądek i doświadczenie lwa, ale sprzeczna z jego naturą. Swojej naturze daje lew upust dopiero wtedy, gdy uzna, że jest już wystarczająco blisko. Wtedy wreszcie zrywa się do spektakularnego skoku, by dopaść ofiarę, zatopić w niej zęby i zgruchotać kark.
W styczniu 2022 roku, naoglądawszy się w telewizji lub internecie obrazów kompromitującej ucieczki USA z Afganistanu, ich zdemenciałego prezydenta, gubiącego się na korytarzach hotelu goszczącego szczyt G7 i przysypiającego podczas spotkania z premierem Izraela, oraz murzyńskich i lewackich rozpierduch na ulicach amerykańskich miast, Putin uznał, że może już przestać się podkradać i pozwolić Rosji dać upust jej prawdziwej, imperialnej naturze: podbijać, mordować, gwałcić, niszczyć i kraść, co pod rękę wpadnie, aż do wyrywania ze ścian umywalek i sedesów.
Dopiero wtedy światowi analitycy zdumieli się, jak mogli dotąd nie dostrzec, że już od wielu lat wszystkie posunięcia Putina układały się w logiczny ciąg przygotowań do wielkiej konfrontacji z Zachodem: uruchomiony w 2014 roku program uniezależniania rosyjskiej gospodarki od kontaktów z Zachodem, masowe zakupy technologii wojskowych z Niemiec i Francji, włącznie z zamówieniem u tych pierwszych supernowoczesnego poligonu, pozwalającego dzięki technologiom komputerowym i laserom symulować działania bojowe, z ostrzałem i bombardowaniem, na szczeblu całej dywizji, wyciskanie z gospodarki kosztem konsumpcji nadwyżki budżetowej i jej tezauryzowanie w powiększanej stale rezerwie złota, przygotowawcze wojny w Gruzji, Syrii i Donbasie. Przecież aż się prosiło, żeby „połączyć kropki”, jak to się teraz mówi, a wszyscy woleli się oszukiwać, że to tylko udający budowniczego imperium złodziej.
Ktoś jednak, nieznany nam bliżej, ale wpływowy, musiał te kropki połączyć, skoro w decydującej chwili okazało się, że Ukraina jest dobrze przygotowana do wojny, a USA do wsparcia jej w tym.
Ale fakt, że Putin popełnił błąd, nie oznacza bynajmniej, że spajające sojusz „wielkich narodów” interesy zmieniły się choć na jotę. Nie widać także, żeby rządząca Niemcami korporacyjno-polityczna oligarchia uświadomiła sobie bodaj to, że pomagając Putinowi odbudowywać imperialną siłę, wytwarzają długofalowo zagrożenie dla własnego państwa, bo przecież gdyby udało się Rosji odzyskać siły, nie uszanowałaby obecnych ustaleń, oddających Polskę i kraje bałtyckie do strefy wpływów rozbrojonych i przeżartych „wokeizmem” Niemiec.
Dlatego Niemcy znalazły się w trudnej sytuacji. Parafrazując słowa poety: z Ameryką i Ukrainą są w sojuszu, a z Rosją w pakcie. Nie mogą otwarcie wystąpić po stronie Rosji, ale na ile mogą, sabotują wysiłki NATO, nie ukrywając przekonania, że przecież prędzej czy później Zachód i tak będzie musiał Putinowi ustąpić i zmusić Ukrainę do kapitulacji. Alternatywy, czyli pokonania Rosji i jej radykalnego osłabienia, Niemcy ani nie uznają za możliwą, ani, przede wszystkim, za pożądaną. W oczekiwaniu na nieuchronny ich zdaniem „reset” w stosunkach Zachodu z Rosją starają się lawirować pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, ociągając się ze spełnianiem swoich zobowiązań wobec obu.
Jednocześnie Niemcy starają się nawet z tak trudnej sytuacji wyciągnąć dla siebie korzyści – o co zresztą trudno mieć pretensje, tak zawsze powinni postępować przywódcy państwa. Polska, osłabiona napływem milionów uchodźców (tym razem prawdziwych uchodźców), kosztami pomocy dla walczącego sąsiada, kryzysem surowcowym i inflacją, a w bliskiej perspektywie wywołanymi tym wszystkim niepokojami społecznymi, staje się łatwiejszym celem. Taka okazja do rzucenia jej na kolana i powtórzenia operacji wykonanej już raz we Włoszech, z Donaldem Tuskiem w roli Mario Montiego bis, wydaje się dogodniejsza niż kiedykolwiek.
Na przełomie marca i kwietnia przeprowadził Tusk, ze wsparciem Lewicy, PSL i efemerycznego ruchu Hołowni oraz oczywiście związanych z nimi mediów, histeryczną kampanię wzywającą do natychmiastowego przerwania importu do Polski rosyjskiego węgla, kampanię skuteczną, bo PiS z tą samą gorliwością, z jaką zapewniło, że nie dopuszcza myśli o wyjściu z Unii Europejskiej, wybiegło przed szereg, wprowadzając natychmiastowe embargo na import rosyjskiego węgla, podczas gdy inne kraje UE zapowiedziały je dopiero na sierpień. Doprowadziło to w czerwcu do paniki na ogołoconym z surowca rynku, wykorzystanej do kolejnej histerycznej kampanii „proeuropejskiej” opozycji, tym razem oskarżającej rząd o brak węgla i straszącej społeczeństwo perspektywą spędzenia zimy w nieogrzewanych domach. Rząd poczuł się zmuszony do rzucenia kolejnych miliardów z budżetu na dopłaty do węgla, które oczywiście nie mogą w niczym pomóc (wysokie ceny towaru są skutkiem niewystarczającej podaży, której fakt zasilenia chętnych do zakupu dodatkowymi pieniędzmi w żaden sposób nie zwiększa, więc jedynym skutkiem może i musi być dalszy wzrost cen i zmniejszenie wartości pieniądza).
Nie wiem, czy opozycji, która od haseł „obrony praworządności” przeszła płynnie do zapowiedzi „zorganizowania się na ulicy” i „wyprowadzania z gabinetów przez silnych ludzi” wysokich urzędników państwowych wybranych przez PiS, zwłaszcza tych, których kadencje są chronione konstytucyjnie, uda się braki rynkowe i drożyznę wykorzystać do skutecznego rozhuśtania nastrojów i wywołania zamieszek – wiem jednak, że tym, co jak na razie ochroniło Polskę przed polskim Montim, była nasza silna gospodarka i stabilność budżetowa. Jednoczesne wymuszanie na Morawieckim szafowania miliardami na kolejne „tarcze”, „osłony” i wszelkiego rodzaju zasiłki ze słowem „plus” w nazwie oraz blokowanie funduszy KPO i strukturalnych, zapowiedziane przez „kontrolerkę” Hohlmeier, mogą się okazać skutecznym sposobem pozbawienia nas tej ochrony.
Z licznych antypolskich działań Unii Europejskiej szczególnie ważna wydaje mi się „procedura naruszeniowa” prowadzona przez Komisję Europejską przeciwko Polsce za – uwaga – wyrok Trybunału Konstytucyjnego RP orzekający, że na terenie Rzeczypospolitej Polskiej najwyższym i rozstrzygającym prawem jest jej konstytucja, a nie decyzje organów UE, z wyjątkiem tych konkretnych obszarów, w których delegowaliśmy do organów wspólnotowych kompetencje w podpisanych traktatach. Jakim prawem „naruszeniem”, skutkującym potencjalnie nałożeniem na Polskę sankcji politycznych i finansowych, może być orzeczenie Sądu Konstytucyjnego wynikające logicznie z trzech wcześniejszych, nigdy niekwestionowanych orzeczeń z lat 2005–2014, jednobrzmiące z wielokrotnymi orzeczeniami sądów konstytucyjnych Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii i kilku mniejszych krajów „starej Unii”? Tylko prawem wojny.
Być może to przypadek, że wszczęcie „drugiego etapu procedury naruszeniowej w tej sprawie zbiegło się z nasileniem w kraju przez „proeuropejską” opozycję ataków na Trybunał Konstytucyjny oraz jego straszoną przez Tuska „odkuciem od stanowiska” przewodniczącą. Być może przypadkiem są inne symetrie pomiędzy działaniami organów unijnych a kampaniami podejmowanymi przez lewicowo-liberalną opozycję od czasu, kiedy – co być może było czystą retoryką – europejska ludowa „międzynarodówka” skróciła mu kadencję przewodniczącego i odesłała do Polski słowami przewodniczącej Ursuli von der Leyen: „Wracaj, Donaldzie, do swojego kraju, znowu walczyć o jego wolność”.
Być może również przypadkiem było szczególne nasilenie nacisków na Polskę i na przyśpieszenie procesu „pogłębiania integracji europejskiej” po tym, jak Gazprom, wstrzymując całkowicie przesył gazu dla Niemiec rurociągiem Nord Stream w ramach „dorocznej technicznej przerwy dla kontroli połączenia”, zasugerował, że kontrola wypadnie negatywnie i dostawy nie zostaną przywrócone. W Niemczech, kto pamięta, wybuchła wtedy lekka panika, władza z niemiecką przezornością zaczęła już przygotowywać obywateli na surowe reżimy oszczędnościowe (ogrzewanie pomieszczeń mieszkalnych do nie więcej niż 16 stopni, ograniczenie dostaw ciepłej wody do wyznaczonych godzin, restrykcje co do częstotliwości i długości zażywania kąpieli etc.) i wzywać ich do zbierania na zimę chrustu (w Polsce podobny apel ministra Jacka Sasina dał lewicowo-liberalnym mediom asumpt do lawiny niewybrednych kpin). I zaraz po tym apelu padła cytowana już „pokontrolna” zapowiedź pani Hohlmeier, Komisja Europejska otworzyła „drugi etap procedury naruszeniowej”, komisarz Didier Reynders przestrzegł Polskę, żeby nie liczyła na żaden „wojenny rabat” (z kontekstu jasno wynikało, że nie chodziło o rabat finansowy, tylko o zelżenie nacisku na „praworządność” i „kamienie milowe”), no i przede wszystkim to właśnie wtedy kanclerz Scholz ogłosił, że trzeba uniemożliwić państwom członkowskim UE „egoistyczne blokowanie europejskich decyzji”, oraz zapowiedział „przejęcie odpowiedzialności” za całą Europę przez Niemcy.
I – no co za przypadek – następnego dnia po tej ostatniej wypowiedzi Rosja puściła przeciek do Reutersa, że przesył gazu wznowi, jakkolwiek na razie tylko na ileś tam procent, i kilka dni później rzeczywiście to zrobiła.
Cóż, jeśli to był przypadek, to trudno wyjaśnić dwie rzeczy. Dlaczego Rosja w momencie konfrontacji z Zachodem postanowiła przeczołgać i postraszyć akurat to z państw Zachodu, które stanowi najsłabszy element NATO i najbardziej stara się jej w agresji nie przeszkadzać? I dlaczego kanclerz Scholz wybrał na złożenie buńczucznej deklaracji o przejęciu władzy nad sfederalizowaną Europą akurat ten moment, kiedy właśnie, nawet zdaniem wielu Niemców, powinien się raczej gdzieś schować, przymknąć i poczekać, aż Europa choć trochę zapomni o kompromitacji z „niezrozumiałym” uzależnieniem całej Unii od rosyjskiego gazu?
Przepraszam, jeśli to urazi zwolenników teorii o decydującej w międzynarodowej polityce roli przypadków, ale uważam ich za frajerów. Geopolityczne uwarunkowania Niemiec i Rosji układają się w logiczną całość z ich działaniami i z wielokrotnie składanymi, niekoniecznie wprost, deklaracjami co do intencji. Dyktator rosyjski wysłał do Niemiec jasny sygnał: rozumiemy, że w obecnej sytuacji nie możecie otwarcie nas popierać, gdy po swojemu obejmujemy w posiadanie swoją strefę wpływu, ale wywiązujcie się z tej części dilu, która dotyczy waszej strefy. A kanclerz Niemiec odpowiedział mu równie jasnym sygnałem: robimy to i przyśpieszamy.
Narracja lewicowo-liberalna, jakoby „rząd PiS został tu zainstalowany przez Putina”, żeby „rozbijać jedność europejską”, co Putina jakoby „cieszy”, zakłada, że władca Rosji jest krótkowzrocznym, złośliwym gnomem, który czyni zło dla samego czynienia zła, po prostu po to, żeby mieć „fun” z patrzenia, jak się Polska kłóci z Niemcami i Europą. Nie sądzę, by mogło to przekonać kogokolwiek poza z góry przekonanymi do wszystkiego, co usłyszą w „swoich” mediach lewicowo-liberalnej „bańki”.
Narracja PiS, że te coraz dalej idące naciski na Polskę to tylko wybłagane przez tutejszą opozycję u zachodnich przyjaciół działania piarowskie, taki gombrowiczowski pojedynek na miny, ale przecież kiedy dojdzie co do czego, zadecyduje litera traktatów i dobrze rozumiany interes Unii Europejskiej – wydaje mi się równie głupia.
Podczas gdy ruski niedźwiedź po mużycku, bandyckimi metodami usiłuje zdławić aspiracje narodu ukraińskiego, sekundujący mu niemiecki szakal korzysta z tej okazji, by obezwładnić zagrażającą wspólnym niemiecko-rosyjskim planom Polskę. Nie działają metodami symetrycznymi, ale ich działania są równoległe i obie strony mają wspólną wizję nowego ładu, który „wielkie narody” stworzą pod takim czy innym przywództwem po tym, jak awantura na Ukrainie się zakończy.
Ten ład jest dla Polski nie do przyjęcia. Dla Ukrainy i Białorusi tym bardziej. Nasze szczęście w tym, że jest także nie do przyjęcia dla Ameryki.
W żadnych czasach i żadnym kraju nie brak głupców, którzy w obliczu zagrożenia agresją głoszą, że trzeba się pilnie rozbroić, aby agresora nie prowokować. Nie mogło ich oczywiście zabraknąć i u nas. Nie pomagajmy Ukrainie, to wtedy ruskie nas nie napadną. Zwykle towarzyszy temu mające zracjonalizować taką postawę wyliczanie win Ukrainy wobec Polaków, począwszy od otaczania przez jej władze kultem – nawet już po napaści Putina i okazanej przez Polskę pomocy – zbrodniarzy z Wołynia i uporczywego odmawiania prawa do godnego pochówku wciąż leżącym w dołach śmierci ofiarom, a skończywszy na przypadkach nadużywania polskiej pomocy czy nawet kradzieży i sprzedawania na lewo przekazywanych walczącemu państwu darów, a nawet broni.
W żadnych czasach i w żadnym kraju jednak taka tchórzowska postawa nie przyniosła oczekiwanych skutków – w Polsce też inaczej nie będzie. Tak samo jak w czasach Katarzyny II i Starego Fryca, tak samo jak w czasach Stalina i Hitlera, grzechem pierworodnym Polski i przyczyną agresji nie jest to, że coś zrobiła, ale to, że istnieje. Ponieważ zagraża swym potężniejszym od niej sąsiadom i ich mocarstwowym urojeniom nie przez to, co robi, ale przez to, co kiedyś zrobić może, jeśli ci jej zawczasu nie spacyfikują i nie eksterminują.
Mówiąc inaczej: Niemcy i Rosja mają wspólny interes w pozbawieniu nas „sprawczości”, niepodległości i zasobów nie dlatego, że budujemy Wielką Polskę, lecz tylko dlatego, że możemy ją zbudować.
Uchylanie się od obowiązku zadbania o zapewnienie własnemu państwu należnej siły i sprawności nie uchroni nas w najmniejszym stopniu od prześladowania przez tych, w których strategicznym interesie leży, aby Polska pozostała słaba i niesprawna – tak samo dziś, jak było to w czasach przedrozbiorowego paktu trzech czarnych orłów.
Przez trzydzieści parę lat, które minęło od wytargowania w Magdalence limitowanej wolności, poddawani byliśmy dwojakiego rodzaju masowej pedagogice – antypatriotycznej i patriotycznej. Paradoksalnie obie one w jednym punkcie się zbiegały.
Antypatriotyczna „pedagogika wstydu” wmawiała Polakom, że jesteśmy, wbrew naszym romantycznym legendom, narodem podłych sprawców, a zarazem narodem nieudacznym, któremu nigdy nic nie wyszło i musieli nas ostatecznie wyciągnąć z barbarzyństwa i ucywilizować zaborcy oraz okupanci, a my to wszystko „prześniliśmy”.
Patriotyczna pedagogika „Chrystusa narodów” uczyła nas natomiast, że jesteśmy narodem niewinnych ofiar, a zarazem narodem wiecznych przegrywów, których lał, mordował i rozstrzeliwał każdy, kto chciał, narodem, który zawsze wszystko przegrywał, aż nauczył się w tym właśnie wiecznym przegrywaniu znajdować powód do dumy i dowód swojej moralnej wyższości nad resztą świata.
Wskutek synergii obu tych narracji o polskim, mówiąc z angielska, „luzerstwie” współczesny Polak przyjmuje każdą sugestię o tym, że nasi potężni sąsiedzi mogliby uważać nas, słabeuszy i luzerów, za zagrożenie dla siebie, tak, jak przyjęto przed kilkunastu laty zapowiedzi amerykańskiego futurologa, że Polska stanie się regionalnym mocarstwem – śmiechem pustym.
Tymczasem nasi zmawiający się ponad naszymi głowami sąsiedzi pamiętają rzeczy, które my, pogrążeni w kolonialnych kompleksach, zupełnie z pamięci wyparliśmy. Czy pamiętają Państwo, kiedy wypada dziś święto narodowe Rosji, zwane oficjalnie Dniem Jedności Narodowej, czczone defiladami wojskowymi i innymi imprezami? Czwartego listopada. Na pamiątkę tak zwanej rewolucji październikowej (która ani nie była rewolucją, tylko zwykłym zamachem stanu, ani nie zdarzyła się w październiku, tylko w listopadzie – jak to w Kacapii, wszystko zawsze jest zakłamane)? Nie, na pamiątkę odbicia z rąk Polaków Kremla w roku 1612. Nam wydaje się to wydarzenie czymś równie obcym i dalekim jak potop szwedzki (czy ktoś umie sobie wyobrazić polskie święto państwowe, jedno z głównych, w rocznicę wypędzenia z Warszawy Szwedów?), w polityce historycznej Rosjan zaś polska okupacja pozostaje wciąż punktem odniesienia dla współczesności. Świadczy o tym nie tylko wyznaczenie takiej, a nie innej daty święta „jedności narodowej”, ale choćby nakręcenie pod najwyższymi putinowskimi auspicjami filmowej superprodukcji „1612” („a film jest najważniejszą ze sztuk”, jak uczył Władimir Iljicz Uljanow „Lenin”).
Uczestniczyłem kiedyś w próbach – bezskutecznych, niestety – upamiętnienia setnej rocznicy przełomowej dla całej Europy Bitwy Warszawskiej budową w Warszawie łuku triumfalnego. Łuk nie powstał, uwalony ostatecznie, jak dano grupie inicjatywnej do zrozumienia, osobistą i dla mnie zupełnie niezrozumiałą decyzją samego Jarosława Kaczyńskiego, ja natomiast mogłem się dzięki tym staraniom przekonać, jak czujnie dbała o zapobieżenie postawieniu takiego pomnika ambasada rosyjska, jak uważnie śledziła nasze działania i z jakim rozmachem uruchomiła wszystkie wpływy i agentury, by im zaszkodzić. Również w tym wypadku, wielkiego lania spuszczonego przez Polaków bolszewikom, gdy szykowali się do tego, by podpalić całą Europę, wydaje się ono pamiętane lepiej przez tych, którym je spuszczono, niż przez tych, którzy spuścili.
Z drugiej strony kto w Polsce pamięta o tym, że w latach dwudziestych Polska, słaba, dopiero podnosząca się z ogromnych wojennych zniszczeń i mozolnie lepiąca się z trzech żyjących przez ponad sto lat w odmiennych systemach zaborów, wygrała wojnę celną, wojnę gospodarczą, z Niemcami, których najsilniejsza na kontynencie gospodarka bynajmniej nie została po wojnie zredukowana tak jak niemiecka armia, przeciwnie – do czasów wielkiego kryzysu była intensywnie zasilana przez kapitał amerykański? Kosztem wielkich wyrzeczeń zdołali pogardzani Polacy poradzić sobie z niemiecką blokadą polskiego węgla, budując port w Gdyni i wiodącą do niego magistralę węglową ze Śląska. My o tym nie pamiętamy, Niemcy tak, i gdy od czasu do czasu pojawiają się w ich gazetach pełne zdumienia analizy niespodziewanie szybkiego rozwoju polskiej gospodarki, jak już pisałem, drugiego w skali światowej w ciągu ostatnich trzydziestu lat, gdzieś tam w tyle głowy czai się pytanie, jak mocno mogą kiedyś zagrać Polacy, mając potencjał o tyle większy niż w latach dwudziestych.
W polskich szkołach uczy się na lekcjach historii, co to była Hakata, ale jakoś wyłącznie celem podkreślenia pruskiej perfidii w „parciu na wschód” (nie wiem zresztą, czy w imię unijnej politycznej poprawności i tego już z podręczników nie usunięto). Pomija się natomiast w tej historii fakt, że cała działalność tej organizacji, mająca na celu wyrugowanie z niemieckiego zaboru Polaków, ich obezwładnienie i germanizację, jak również synergiczna działalność państwa niemieckiego skończyły się fiaskiem, którego symbolami stały się z jednej strony fabryka Cegielskiego i Targ Poznański, a z drugiej sprytny polski chłop, który wyonacył pruskich biurokratów, mieszkając w domu na kołach.
Ogłupieni panicznym lękiem przed rosyjską potęgą, nie zauważamy nawet, że jesteśmy dla Niemiec trzy razy większym partnerem w handlu zagranicznym niż Rosja. Co ważniejsze, nie dość, że obroty handlowe między nimi a Polską są trzy razy większe, to z Rosją mają Niemcy deficyt handlowy – to znaczy importują z niej znacznie więcej, niż eksportują, podczas gdy w obrocie z nami jest odwrotnie. To oznacza, że gdyby Polsce trafił się rząd z prawdziwego zdarzenia (a tego Niemcy mimo wszystkich pieniędzy zainwestowanych w stypendia, granty i inne sposoby budowania tu swojego lobby nie mogą wykluczyć) i zdobył się na odwagę wykorzystania tych atutów, strasząc zmianą partnera handlowego z tą samą bezwzględnością, z jaką Putin postraszył „technicznym” zamknięciem Nord Streamu, Niemcy musieliby się z nami zacząć liczyć trzy razy bardziej niż z Kremlem.
A gdyby taki z prawdziwego zdarzenia polski rząd, jako rząd największego z nich, zdołał zbudować wokół siebie blok państw środkowoeuropejskich? Według danych z roku 2020 obroty handlowe między Niemcami a krajami Grupy Wyszehradzkiej są o jedną trzecią większe niż obroty handlowe z Chinami – z tendencją rosnącą. A gdyby do państw Grupy Wyszehradzkiej doszedł gospodarczy potencjał Ukrainy? I Białorusi?
Niemal identycznie układają się analogiczne proporcje w przypadku europejskiego mocarstwa numer dwa – Francji.
Polskie media przegapiły list otwarty zaniepokojonych działaczy niemieckiej izby gospodarczej, ogłoszony na początku 2022 roku w tygodniku „Der Spiegel”, w którym apelowali oni do władz niemieckich o szybkie przyznanie Polsce funduszy na „odbudowę” po pandemii, ponieważ każdy miesiąc zwlekania z ich uruchomieniem to wymierne straty dla niemieckiego biznesu. W rzeczy samej, wielokrotnie pojawiała się w przestrzeni publicznej informacja, że z każdego przekazanego Polsce w ramach unijnej łaskawości euro więcej niż połowa trafia do Niemiec. Ile konkretnie – tutaj szacunki nieco się różnią. Niemiecki komisarz europejski do spraw budżetu Günther Oettinger twierdził, że jest to 86 eurocentów. Jego austriacki kolega Johannes Hahn mówił o 89 centach. Wypromowana przez Donalda Tuska na europejską komisarz do spraw rynku wewnętrznego i usług, przemysłu, przedsiębiorczości oraz małych i średnich przedsiębiorstw (fantastyczne są nawet same nazwy unijnych resortów) Elżbieta Bieńkowska jeszcze jako polska minister obliczyła nawet (przedstawiła te obliczenia na spotkaniu zespołu europarlamentu w Strasburgu w kwietniu 2012 roku), że z każdego 1 euro przekazanego krajom Grupy Wyszehradzkiej Niemcy uzyskują więcej, niż wpłacają, aż 125 eurocentów. Bardzo ciekawe obliczenie w świetle głoszonej przez jej partię narracji, że unijne fundusze to wielka łaska, za którą winniśmy się odwdzięczać uniżonością i posłuszeństwem.
Swoją drogą, w świetle tych danych trudno zrozumieć, jak może coraz bardziej niemiecka Unia obwarowywać nam uczestnictwo w tak bardzo dla niej korzystnej inżynierii finansowej dodatkowymi warunkami z dziedziny polityki. Wygląda to tak, jakby wędkarz stawiał warunki rybie, żeby łaskawie pozwolić jej chwycić robaka wraz z haczykiem, na którym zamierza wyciągnąć ją z wody, by przerobić na filety.
Cóż, jak mawiał Kazimierz Górski: „Tak się gra, jak przeciwnik pozwala”. Należało podnosić alarm (ja to robiłem, ale kto się przejmuje publikacjami prasowymi jakiegoś pisarza?) już w momencie, gdy Niemcy i Rosja ogłosiły plan budowy pierwszego podmorskiego gazociągu. Zaraz, zaraz – pisałem wtedy – jaki jest sens kłaść rurę na dnie morza za 10 miliardów euro, skoro taki sam rurociąg puszczony lądem, jak stary rurociąg jamalski, kosztowałby pięć razy mniej, byłby dużo prostszy w budowie i nie stwarzałby zagrożenia ekologicznego? Oczywiście, że nie może to mieć sensu ekonomicznego, ale wyłącznie polityczny i dla naszego regionu złowrogi: ominięcie Estonii, Łotwy, Litwy i Polski, czterech krajów sojuszniczych i członków Unii Europejskiej, aby uczynić je bardziej podatnymi na szantaż energetyczny, zagrażający ich suwerenności. W dodatku nie było żadną tajemnicą, iż rzekome wspólne finansowanie inwestycji przez Niemcy i Rosję jest fikcją, bo rosyjska część kapitału inwestycyjnego to korzystny dla Rosjan niemiecki kredyt gwarantowany przez rząd w Berlinie. Już wtedy należało twardo stawiać na każdym możliwym forum pytania: w co Niemcy grają? Z kim tak naprawdę są w sojuszu? Co to ma wspólnego z „europejską solidarnością”, którą mydlą nam oczy? Zamiast tego nasze „elity” udawały, że nic się nie dzieje, a pytane o rurę (z rzadka, bo mediów Kraśki, Durczoka, Olejnik i Lisa ten temat wybitnie nie interesował) powtarzały w oczywisty sposób kłamliwe niemieckie tezy, że „to projekt czysto biznesowy” i „prywatny”.
Trudno sobie wyobrazić coś bardziej bezczelnego niż zachowanie Niemiec po tym, gdy po rozpoczęciu „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie bratni „wielki naród” nagle pogroził, że im ten kurek zakręci. Państwo, które w imię swojego imperialnego „über alles” wciągnęło całą Europę w ruskie bagno i nawet nie próbuje tego wyjaśnić inaczej niż głupkowatym „ups”, bez cienia zażenowania zażądało natychmiast unijnego prikazu, aby wszystkie kraje Unii ograniczyły swoje zużycie gazu i podzieliły się z nimi w imię europejskiej solidarności tym, co w ten sposób zaoszczędzą.
Tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Mając w Polsce pierdołowatą, z przeproszeniem, władzę, która nie wyobraża sobie, że można się Unii tak na serio postawić, bo nas jeszcze, nie daj Boże, wyrzucą, i jawnie zaprzedaną zagranicznym ośrodkom lewicowo-liberalną opozycję, „Europejczycy” mieli prawo się rozbezczelnić. „Zwrotka” z funduszy unijnych, nie obawiają się o to, może trafi do Niemiec z pewnym opóźnieniem, ale trafi na pewno, bo przecież ostatecznie Polacy nie mogą zrobić nic poza polexitem, którego nie zrobią. A to opóźnienie zrekompensują Niemcom z nawiązką dodatkowe, polityczne zyski.
Do wojny nie trzeba dwóch stron – wystarczy, że jedna zdecydowana jest dokonać napaści, a ta, która mieczem wojować nie chce, i tak od miecza zginie. Nie trzeba włamywać się do żadnych ruskich sejfów i jak Kloss czy Stirlitz obfotografowywać lejką tajnych dokumentów, żeby przekonać się, że w rosyjskiej myśli geostrategicznej Polska i Ukraina – to jedno. Nie od dziś. Strategicznego sojuszu Polski i Ukrainy bał się już towarzysz Stalin i w imię zapobieżenia mu nakazał eksterminację obu naszych narodów. Eksperci Putina mówią zaś i piszą jasno: Polska jest strategicznym zapleczem, jak to się nazywa w ich języku, „małorosyjskich nazistowskich renegatów” oraz inspiratorem ich antyrosyjskiej dywersji – na dowód czego przywołują liczne wypowiedzi polskich polityków różnych opcji popierających ukraińską niepodległość (z punktu widzenia „Wielkorosjan” już to jest samo w sobie zbrodnią) jako warunek zachowania niepodległości przez Polskę. Ergo: żeby skutecznie zdławić Ukrainę, trzeba raz na zawsze obezwładnić wspierającą jej antyrosyjskie aspiracje Polskę.
Rosja w tej chwili nie jest w stanie tego zrobić. Ale są w stanie zrobić to Niemcy, dysponujące odpowiednią narracją (pogłębianie integracji, ratowanie planety, inkluzywność i całe to pierdzielenie), odpowiednimi narzędziami (europejskie dyrektywy, rezolucje i fundusze) oraz mające w tym oczywisty interes. Nawet bez przyjacielskiego napominania przez Putina przykręcaniem nordstreamowego kurka.
Polski polityk, który w tej sytuacji wmawia sobie i innym, że możemy nie wchodzić z nikim w konfrontację, że „nasza chata z kraja” i póki my nikogo nie zaczepimy, to i nas nikt nie zaczepi, że naciski Unii Europejskiej to tylko piarowska ściema, przyjacielskie usługi zachodniej lewicy dla lewicy polskiej, w najgorszym wypadku nieporozumienia, które się w końcu wyjaśni – jest, w najlepszym razie, idiotą, naiwnym niczym przysłowiowe dziecko we mgle.
Fragment książki „Wielka Polska” autorstwa Rafała Ziemkiewicza
Publikacja za zgodą wydawnictwa Fabryka Słów
