Fronda.pl: Donald Trump wygrał prawybory w stanie Iowa. Powoli wykruszają się także jego kontrkandydaci, jak Vivek Ramaswamy czy też przede wszystkim uważany za największego rywala gubernator Florydy Ron de Santis. Czy start Trumpa w wyborach prezydenckich jest już przesądzony?
Ryszard Czarnecki (b. wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, europoseł PiS): W Iowa to nawet nie było zwycięstwo tylko nokaut. Trump uzyskał tam przeszło 50 proc. głosów, co zdarza się naprawdę rzadko. Do tego zrezygnował ze startu w prawyborach jego największy konkurent - gubernator Florydy Ron de Santis, który przecież jeszcze przed tym, jak zaczęto przeciwko Trumpowi wytaczać ciężkie sądowe działa, prowadził pośród wszystkich amerykańskich polityków w rankingu popularności z kilkuprocentową przewagą właśnie nad Donaldem Trumpem. Wycofanie się więc teraz z wyścigu wyborczego de Santisa to trochę tak, jakby Trump wykupił bilet na autostradę do Białego Domu. I już tylko jakieś machinacje sądowo-prawne mogą zablokować powrót Donalda Trumpa do Waszyngtonu, a przynajmniej do decydującego starcia o Biały Dom za nieco ponad 9 miesięcy z urzędującym prezydentem Stanów Zjednoczonych Joe Bidenem.
A co do owych spraw sądowo-prawnych pamiętajmy, że dwa amerykańskie stany - Colorado oraz Maine ogłosiły, że Trump nie może brać udziału w prawyborach republikańskich w tych właśnie stanach, ponieważ stany te oskarżają Donalda Trumpa o to, że to właśnie były prezydent miał stać za słynnym wdarciem się na Kapitol ze stycznia 2021 roku. Już na początku lutego przed amerykańskim Sądem Najwyższym stanie właśnie ta sprawa w odniesieniu do stanu Colorado i wówczas zadecyduje się to, czy Trump będzie w ogóle mógł w tym stanie kandydować na urząd prezydenta USA.
Boris Johnson opublikował w brytyjskiej prasie felieton, w którym wskazuje, że jeśli Trump wygra to ostatecznie pomoże militarnie Ukrainie. Za największą zaletę byłego prezydenta USA, Johnson uznał jego „nieprzewidywalność”. Zgadza się Pan z tymi twierdzeniami?
Lubię i znam eks-premiera Jej Królewskiej Mości, a obecnie szefa MSZ Borisa Johnsona, o którego tureckich korzeniach zresztą mało kto wie. Natomiast odwołałbym się w tym kontekście po prostu do przeszłości, bo przecież Donald Trump sprawował już urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych i prowadził wówczas politykę międzynarodową bardzo racjonalną, przewidywalną i uwaga - antyrosyjską, o czym zresztą jego krytycy jakoś dzisiaj zapominają. A po drugie powiedzmy sobie dość otwartym tekstem, że rola Pentagonu, jeśli chodzi o politykę zagraniczną w kontekście militarnym - jest kluczowa. I obojętnie, kto rządzi, to wpływ Pentagonu na decyzje prezydenta Stanów Zjednoczonych z takiej czy innej opcji politycznej - jest fundamentalny. Co więcej, jest nawet takie powiedzenie w Ameryce, że wybory prezydenckie w USA wygrywa ten, którego poprze lobby zbrojeniowe. I właśnie to lobby zbrojeniowe sprawia, że właściwie żaden z kolejnych głównych lokatorów Białego Domu nie ma pełnej swobody w kształtowaniu polityki międzynarodowej.
Musimy też pamiętać, że również amerykański Kongres w kwestiach związanych z prowadzeniem polityki międzynarodowej ma do wtrącenia zdecydowanie więcej, aniżeli przysłowiowe trzy grosze. Uważam więc, że to wieszczenie katastrofy związanej z tym, że Trump będzie prowadził znacznie przyjaźniejszą wobec Rosji politykę, a zaprzestanie za to wspierania militarnego Ukrainy - są znacznie przesadzone. Tym bardziej przecież. że na udzielaniu tej pomocy gigantyczne pieniądze zarabiają amerykańskie fabryki zbrojeniowe. Nie jest to więc takie proste, jak by niektórzy krytycy Trumpa chcieli.
A jeśli jednak Trump porzuci Ukrainę, a wszystkie środki Amerykanów skupi na konfrontacji z Chinami na Pacyfiku?
Odpowiem na to pytanie innym pytaniem: A jaka jest gwarancja, że prezydent Joe Biden nadal będzie kontynuował na taką skalę jak obecnie pomoc dla Ukrainy? Społeczeństwo amerykańskie, podobnie zresztą jak społeczeństwa Europy Zachodniej, jest już coraz bardziej zmęczone tą wojną. Zresztą w coraz większym stopniu zaczyna to dotyczyć również krajów naszego regionu, o czym świadczą chociażby wyniki wyborów na Słowacji czy też świetna pozycja sondażach partii ANO, byłego premiera Czech Andreja Babisza. Więc przy obecnym zmęczeniu amerykańskiego społeczeństwa wojną na Ukrainie, nie tylko Trump, ale każdy inny wybrany prezydent Stanów Zjednoczonych może tę pomoc dla Kijowa w sposób bardzo istotny zmniejszyć.
A co do Chin to one oczywiście będą zawsze priorytetem dla Stanów Zjednoczonych. Zwracam uwagę na fakt, że choć Joe Biden nienawidzi Donalda Trumpa to jednak wszedł on w jego buty w polityce prowadzonej w odniesieniu do Pekinu. Przecież ogłoszona przez prezydenta Trumpa zasada, że Chiny są strategicznym konkurentem USA - nadal w polityce amerykańskiej obowiązuje. Moim zdaniem do tej pory Stany Zjednoczone w swej polityce międzynarodowej grały na dwóch fortepianach, czyli właśnie na tym chińskim oraz na tym związanym z Europą Wschodnią. I to wszystko się udawało. Natomiast kilka miesięcy temu doszedł jednak nowy fortepian - ten bliskowschodni, związany z Izraelem i Autonomią Palestyńską. I to jest problem. O ile bowiem amerykańska klasa polityczna dość zgodnie chce niesienia pomocy Izraelowi, to jednak już w przypadku Ukrainy absolutnie nie jest to tak jednoznaczne. Nie jest więc to kwestia personalna związana z Donaldem Trumpem. Po prostu w ogóle amerykańska polityka międzynarodowa może ulec pewnej metamorfozie w kierunku bardziej pomarańczowego aniżeli zielonego światła w stosunku do niesienia pomocy Ukrainie.
Jakiej postawy prezydenta Stanów Zjednoczonych w odniesieniu do relacji z Polską możemy się spodziewać, gdyby wskutek zwycięskich wyborów doszło do reelekcji Donalda Trumpa?
Uważam, że jeśli chodzi relacje bilateralne to dla Polski zwycięstwo Donalda Trumpa będzie krokiem naprzód. Myślę, że przełoży się ono również na fakt, iż będziemy mieli w Warszawie innego, mniej aroganckiego ambasadora USA. Poza tym nowy prezydent Stanów Zjednoczonych, którym zostałby Trump, nie pochwalałby zapewne poczynań nowej władzy w Polsce, jak uczynił to de facto prezydent Biden. Dostrzegam więc pewne pozytywy tej potencjalnej zmiany. Choć jest to oczywiście decyzja pozostająca w rękach amerykańskich wyborców i my z każdym prezydentem Stanów Zjednoczonych będziemy współpracować, bez względu na to, czy będzie to Donald Trump czy Joe Biden.
A czy jest w ogóle możliwe, że Demokratów w nadchodzących wyborach będzie reprezentować ktoś inny, aniżeli urzędujący 82-letni prezydent Biden, który pod koniec swej drugiej kadencji miałby już przecież 86 lat?
Czasu na ewentualną zmianę kandydata jest coraz mniej. Co prawda już 5 lat temu pisałem o tym, że właśnie w tych nadchodzących wyborach byłaby możliwa kandydatura Michelle Obamy i nadal zresztą podtrzymuję, że gdyby to ona kandydowała - byłaby faworytem tych wyborów. Niemniej jednak każdy tydzień, a nawet każdy dzień, kiedy to nie ma w obozie Demokratów kandydata innego niż Biden - na pewno takiemu potencjalnemu kandydatowi nie służy.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
