Fronda.pl: Minęła niedawno 20. rocznica przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. I niezmiennie od tych 20 lat mógł Pan tej unijnej rzeczywistości przyglądać się z bardzo bliska na przestrzeni kilku kolejnych kadencji prac Parlamentu Europejskiego. Chyba trudno polemizować z faktem, że 20 lat temu Polska wchodziła jednak do zupełnie innej UE aniżeli wygląda ona obecnie?

Ryszard Czarnecki (b. wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, eurodeputowany ostatnich 4 kadencji):  Jest oczywistym faktem, że Polska wstępowała do Unii Europejskiej, która była zupełnie inna niż dziś. I to pod każdym względem. Była na z pewnością inna nie tylko w wymiarze ideologicznym, ale również, o czym się zdecydowanie rzadziej mówi - w gospodarczym. Obecna liczba regulacji składających się na swoisty gorset nałożony przez Brukselę na gospodarki państw członkowskich jest bez porównania większa, aniżeli była jeszcze w momencie naszej akcesji dwie dekady temu. Dzisiejszą Unię Europejską dzieli też zdecydowanie większy dystans gospodarczy od Stanów Zjednoczonych, Ameryki czy Azji, niż miało to miejsce przed dwudziestu laty. Bruksela obecnie w znacznie większym stopniu pożera kompetencje państw członkowskich, a Unia Europejska jest słabsza gospodarczo i zdecydowanie przeregulowana -w porównaniu do stanu z momentu przystąpienia Polski do unijnych struktur.

Wczoraj w Polsce odbył się spory protest rolniczy, przeciwko polityce rolnej Unii Europejskiej. Czy będący poważnym zagrożeniem nie tylko dla polskiego rolnictwa Zielony Ład, coraz powszechniej nazywany ideologicznym szaleństwem, to dla brukselskich eurokratów pewien imperatyw czy też możemy tu jednak mieć nadzieję na jakąś korzystną dla państw członkowskich dynamikę, również w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego?

Uczestniczyłem jako osoba prywatna w tym wspomnianym, ważnym rolniczym proteście. Z pewnością Zielony Ład jest projektem dramatycznie złym. I to nie tylko dla rolnictwa, ale również dla przemysłu, gospodarki, stanowiącym zagrożenie dla miejsc pracy, a w konsekwencji również dla rozwoju Europy. Jest tu jednak szansa na pewną korzystną dynamikę w tej sprawie. Po najbliższych eurowyborach będziemy bowiem mieli do czynienia z najbardziej prawicowym Parlamentem Europejskim od 45 lat, czyli od momentu, od kiedy jest on wybierany w wyborach bezpośrednich. 

Dodatkowo w istotnym stopniu zmieni się również Komisja Europejska. Nie będzie tam już czeskiej komisarz Very Jourovej, chcącej przyjmować tysiącami nielegalnych migrantów szwedzkiej socjalistki Ylvy Johansson, czy też dość niechętnie nastawionych do Polski: włoskiego socjalisty Paolo Gentiloniego oraz Belga Didiera Reyndersa. Ta Komisja Europejska będzie na pewno dużo bardziej na prawo aniżeli obecnie. Będzie też od tej obecnej zdecydowanie bardziej normalna, zdroworozsądkowa i przewidywalna, a za to mniej ideologiczna. Natomiast jeśli chodzi o sam Parlament Europejski to trawestując Karola Marksa można powiedzieć, że „widmo” prawicy „krąży nad Europą”. Będzie to bowiem najbardziej prawoskrętny europarlament w historii. 

Jakiś czas temu, jeszcze przed ogłoszeniem przez rząd Tuska decyzji o de facto zamrożeniu realizacji projektu budowy CPK, poseł Jan Dziedziczak przekonywał w wywiadzie dla Frondy, że nie ma najmniejszych szans na to, by CPK za obecnej władzy w Polsce powstało ze względu na zobowiązania w tej kwestii, jakie Donald Tusk ma do „spłacenia” wobec Berlina. Jak ocenia Pan decyzję odsunięcia realizacji CPK, projektu, co do którego istnieje jednak dość szeroki konsensus w polskim społeczeństwie?

Przez pięć miesięcy rządów Donalda Tuska nie zrobiono właściwie kompletnie nic, by realizację projektu powstania CPK kontynuować. Tymczasem badania pokazują jak spore jest poparcie społeczne w Polsce dla budowy tego portu komunikacyjnego. Czas niestety ucieka. A ci, dla których potencjalna konkurencyjność CPK mogłaby być stanowić zagrożenie, w najlepsze zacierają ręce. Fakty są niestety takie, że zarówno w sprawie CPK, jak i elektrowni atomowej nie zrobiono w ostatnich miesiącach zupełnie nic. Musimy jednak pamiętać, że jeszcze przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi wszystkie formacje polityczne tworzące obecną koalicję rządzącą w sposób dość jednoznaczny deklarowały się jako niechętne wobec projektu powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego. Teraz tę niechęć wcielają po prostu w życie, nie robiąc kompletnie nic w kwestii kontynuacji realizacji tego projektu.

Mamy już za sobą pierwsze dymisje w rządzie Donalda Tuska oraz dość bezprecedensowy exodus ministrów do Brukseli. Czy mieliśmy tu od początku do czynienia z pewnym świadomym planem Donalda Tuska, by ministrów takich, jak choćby Bartłomiej Sienkiewicz czy Marcin Kierwiński wcielić w rolę pewnego rodzaju „zderzaków” podczas tych najbardziej brutalnych działań rządu, choćby w odniesieniu do mediów publicznych, po to, by później ów rząd z tego balastu wizerunkowego oczyścić poprzez eksmisję wspomnianych ministrów do Brukseli?

W przypadku Bartłomieja Sienkiewicza niewątpliwie tak właśnie było. Doskonale wiem, że istniał pewien układ pomiędzy Donaldem Tuskiem a Bartłomiejem Sienkiewiczem. Ten ostatni, uczyniony przez Tuska ministrem kultury i dziedzictwa narodowego miał za zadanie przyjąć na siebie rolę walca, który rozwali, nawet za pomocą metod bezprawnych, media publiczne. Minister Sienkiewicz to zadanie na oczach nas wszystkich wykonał, więc w nagrodę został pozbawiony swej ministerialnej funkcji, a obdarzono go za to numerem pierwszym na liście wyborczej koalicji Obywatelskiej w nadchodzących, czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym samym Sienkiewicz otrzymał właściwie niemal gwarancję uzyskania mandatu eurodeputowanego.

Natomiast w przypadku Marcina Kierwińskiego mamy chyba jednak do czynienia z zupełnie inną historią. Z tego, co wiem, Tusk wcale nie przewidywał zmian na stanowisku szefa ministerstwa spraw wewnętrznych i administracji. Gdy jednak dowiedział się o tym, że Kierwiński miał zawrzeć układ z Rafałem Trzaskowskim, polegający na tym że będą się oni wzajemnie popierać na urząd, odpowiednio - prezydenta Warszawy oraz prezydenta Polski - Donald Tusk uznał to za spisek wymierzony przeciwko niemu. Dodatkowo musimy też  pamiętać i o tym, że Marcin Kierwiński dysponował władzą nad partią, gdyż był sekretarzem generalnym Platformy Obywatelskiej. Więc Donald Tusk doszedł do wniosku, że nie może sobie pozwolić na funkcjonowanie u jego boku nowego Grzegorza Schetyny. Stąd decyzja o tzw. kopie w górę - do Brukseli, który jest w istocie dokonaniem pewnej politycznej kastracji na instrumentach politycznych posiadanych do tej pory przez Kierwińskiego, jako polityka funkcjonującego w kraju. 

A jak ocenia Pan główne kierunki polskiej polityki zagranicznej, zarysowane w niedawnym expose ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego?

Przede wszystkim nie przywiązywałbym specjalnej wagi do tego expose, ponieważ było ono wygłoszone przez polityka, który jest już myślami i jedną nogą w Brukseli. Najprawdopodobniej bowiem Sikorski będzie już od września pełnił funkcję jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej.

Natomiast sama polityka zagraniczna Polski pod rządami obecnego obozu władzy sprowadzać się będzie do tego, aby z naszego kraju uczynić membranę polityki Berlina czy Brukseli. To bardzo wygodne dla ekipy rządzącej Donalda Tuska. Nie będzie ona bowiem musiała boksować się na arenie międzynarodowej w obronie polskich spraw i interesów, jak starała się robić to poprzednia polska władza, a jeszcze w nagrodę za taką postawę dostanie od unijnych elit pochwały oraz atrakcyjne nagrody i stanowiska. Niestety więc mówiąc o polskiej polityce międzynarodowej pod rządami Tuska musimy nazwać rzeczy po imieniu i cytując Józefa Mackiewicza stwierdzić, że jesteśmy „na drodze wielkiego ześlizgu”.

Bardzo dziękuję za rozmowę.