Fronda.pl: Wybory w Szwecji wreszcie wygrała prawica. Podobnie może być we Włoszech. Czy Europa przeobraża się na naszych oczach?

Prof. Zdzisław Krasnodębski (socjolog, filozof społeczny, nauczyciel akademicki, euro poseł PiS, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego): Niewątpliwie wybory w Szwecji, jak również wcześniejsze wybory w Czechach pokazują, że w Europie istnieją tendencje, które wzmacniają szanse partii prawicowych. Ale musimy  jeszcze poczekać, by móc mówić o przełomie. Wynik ostatnich szwedzkich wyborów jest rezultatem błędnej polityki imigracyjnej oraz związany jest z kryzysem odgórnego konstruowania społeczeństwa multikulturowego, które nie posiada tożsamości narodowej, lecz jest zupełnie „otwartym” społeczeństwem. A teraz obserwujemy ponadto w Europie rosnące niezadowolenie społeczne z powodu polityki energetycznej i klimatycznej prowadzonej przez Unię Europejską. Na pewno istotny wpływ na obecną sytuację wywierają też psychologiczne skutki trwającej wciąż na Ukrainie wojny. Załamała się wizja stosunków międzynarodowych, oparta na przekonaniu, że wszystko można wynegocjować. Mamy więc tu niewątpliwie do czynienia z bardzo istotną zmianą. Zobaczymy jeszcze, na ile okaże się ona trwała. Politycznie oczywiście nas to cieszy, bo zarówno Szwedzcy Demokraci jak i Fratelli d’Italia są w tej samej frakcji co PiS w Parlamencie Europejskim. Zatem należy to ocenić jako pozytywną wiadomość.

Czy istnieje możliwość, by podobne tendencje zaistniały w innych krajach skandynawskich albo w Niemczech?

Warto wspomnieć jeszcze, że w wyborach regionalnych inny nasz partner czyli hiszpańska partia Vox również odniosła duży sukces i że w Hiszpanii ewidentnie widać tendencję wzmacniania się tej partii. Pamiętajmy też o Francji, gdzie co prawda w wyborach prezydenckich triumfował urzędujący Emmanuel Macron, ale prawica uzyskała naprawdę dobry wynik. W Niemczech budowa rozsądnej opozycji prawicowej jest o wiele trudniejsza. Jednak nawet w tym kraju po raz pierwszy od dawna mamy do czynienia z naprawdę realną opozycją. Mówimy tu o CDU/CSU oraz ich nowym kierownictwie, które jest bez wątpienia bardziej konserwatywne i bardziej prawicowe aniżeli wówczas, kiedy szefem partii była Angela Merkel. Ona w zasadzie uczyniła z tej formacji partię liberalno-postępową, przesuwając ją bardzo na lewo. Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia z zapowiedziami dużych zmian na europejskiej scenie politycznej, że nie wszystko jest rozstrzygnięte i następuje zauważalne przesunięcie na prawo. W związku z tym siły, których hegemonia wydawała się być dotąd niezagrożona w Europie, tracąc jakąś część swego stanu posiadania zmuszone są przejść do pewnego rodzaju kontrofensywy. Jej wyrazem było chociażby zmienienie prawa o europejskich partiach politycznych czy próba ściślejszej kontroli ideologicznej mediów. Media amerykańskie podały także, iż amerykańskie służby sporządziły raport o przepływach pieniędzy ze strony Rosji do niektórych partii politycznych na świecie. I oczywiście natychmiast rozpoczęły się spekulacje, że może chodzić o włoskie partie prawicowe, czemu stanowczo zaprzeczył premier Draghi. A dzieje się to przecież niemal bezpośrednio przed wyborami we Włoszech. Więc cel jest tu oczywisty, należy zniechęcić wyborców do głosowania na te partie. Dla sił lewicowo-liberalnych w Europie szczególnym zagrożeniem byłoby bowiem zwycięstwo włoskiej prawicy w wyborach. Gdyby na czele włoskiego rządu stanęła Giorgia Meloni, kraj ten mógłby  nawiązać ściślejszą współpracę z Polską. I w efekcie mogłaby powstać blokująca mniejszość polsko-włoskiej  w Radzie Unii Europejskiej. Zarówno znaczenie obu tych krajów, jak i wpływ całej prawicy europejskiej na politykę Unii bardzo by więc wzrosły. 

Na czym właściwie swoją tożsamość buduje nowa prawica europejska?

Moim zdaniem nastąpiła pewna zmiana w samym pojmowaniu takich terminów jak „prawicowość” czy „konserwatyzm”. Jeszcze jakiś czas temu kojarzyły się one z takimi postulatami jak wolny rynek, oszczędność, krytyka polityki socjalnej - to takie klasyczne tematy niegdyś charakterystyczne nie tylko dla brytyjskich konserwatystów, ale również dla innych partii z zamożnych krajów po-protestanckich. To się jednak zaczyna zmieniać i już wyraźnie inne elementy zdają się wysuwać na pierwszy plan. Obserwujemy więc krytykę całego tego konstruktywizmu społecznego, dążącego do głębokiej transformacji kulturowej i społecznej. Jego wyznawcy są przekonani, że można rozmywając tożsamość dawnych narodów europejskich zbudować superpaństwo „narodu europejskiego”, narodu bez religii, historii i tożsamości, stanowiącego otwarte, bezgranicznie tolerancyjne, wieloetniczne i pro-imigracyjne społeczeństwo, którego jednym lepiszczem będzie prawo i ideologia unijna. Jednak mało-mobilne i mało elastyczne warstwy niższe, pracujące, jak również tradycyjna klasa średnia opierają się tym próbom wielkiej przebudowy.

Nowy prąd konserwatyzmu,  bardziej socjalnego i kulturowego, jest moim zdaniem zdecydowanie mocniejszy w krajach katolickich, czy postkatolickich, takich jak: Hiszpania, Włochy czy Polska.  Rozwija się on w obronie tożsamości, suwerenności  i wręcz zdrowego rozumu w obliczu ekspansywnego działania instytucji unijnych. Zjawisko to pojawia się teraz również w krajach anglosaskich, gdzie mówi się choćby o czerwonym toryzmie. Boris Johnson zwyciężył przecież w wyborach dzięki temu, że udało mu się uzyskać w poindustrialnych częściach Wielkiej Brytanii poparcie elektoratu, który niegdyś głosował na Partię Pracy. Natomiast sam Breixit był możliwy dlatego, że Brytyjczycy zdali sobie sprawę z utraty kontroli nad decyzjami politycznymi i gospodarczymi dotyczącymi ich kraju oraz z przeniesienia centrum podejmowania decyzji z Londynu do Brukseli. Są też oczywiście kraje, w których problemy polityki imigracyjnej, a także te związane z koncepcją wielokulturowości oraz zagrożeniem islamizmem będą zdecydowanie mocniej akcentowane niż gdzie indziej. Z kolei w państwach naznaczonych doświadczeniem opresji sowieckiej element obawy przed neoimperialnymi działaniami Rosji będzie zdecydowanie silniejszy aniżeli w tradycyjnie naznaczonych rusofilskimi nastrojami prawicowych formacjach we Francji czy we Włoszech.

Czy możliwy jest jeszcze powrót Europy do swych chrześcijańskich korzeni?

Taki powrót byłby bardzo trudny. I musimy zdawać sobie sprawę, że Polska, Litwa czy niektóre kraje katolickie, choć nie wszystkie, są wyjątkiem, gdyż nadal znaczna część ich ludności jest religijna i  związana z Kościołem. Natomiast społeczeństwa w innych krajach europejskich są już bardzo zsekularyzowane. Tożsamość narodowa niekoniecznie łączy się więc tutaj z tożsamością religijną. Na ostatnim Kongresie Polska Wielki Projekt, francuski filozof, dominikanin mówił bardzo ciekawie o tym, jak tożsamość francuska oddzieliła się od tożsamości katolickiej. Chrześcijaństwo ze swoim systemem wartości nie organizuje już duchowo całości życia społecznego w Europie. A jednak nawet w ramach bardzo zlaicyzowanych społeczeństw obserwować możemy wzmacnianie się poszczególnych środowisk, które moglibyśmy nazwać elitarnymi, a które organizują się wokół idei chrześcijańskich, czy mówiąc ściślej wokół katolicyzmu. Funkcjonują one niejednokrotnie nawet trochę poza głównym nurtem w samym Kościele. Możliwość odnowy sekularyzowanych społeczeństw w Europie przez takie elitarne środowiska i wspólnoty  wydaje mi się jak najbardziej możliwa, aczkolwiek najprawdopodobniej nie będzie ona przebiegać na drodze ożywienia się masowej religijności. Niestety współczesna, niezwykle agresywna kultura popularna nie daje wielkich nadziei, że tak się stanie. Jednak dzięki działaniom wspomnianych środowisk elitarnych skupionych wokół wartości chrześcijańskich odnowa wiary katolickiej w jej kształcie autentycznym chyba będzie możliwa. A co za tym idzie i wpływ na życie polityczne oraz społeczne może być większy. Katolicyzm wówczas być może przestanie być zjawiskiem niszowym i prywatnym, a stanie się rzeczywiście elementem - choć mniejszościowym i elitarnym – to jednak wpływającym na życie europejskich społeczeństw. Oczywiście nie mówimy tu o Polsce, w której ów potencjał, o którym wcześniej wspominałem, wciąż pozostaje na wysokim poziomie.

Czy „nowy rosyjskich konserwatyzm” ogłoszony w ubiegłym roku przez Putina może być kuszącym zagrożeniem ideologicznym dla nowej europejskiej prawicy zwiedzionej wizją Rosji jako strażnika wartości podeptanych czy zagubionych w ogromnym stopniu przez świat zachodni?

Zgadzam się, że jest to realne zagrożenie. I jeśli można sobie pozwolić na pewne analogie historyczne to niewątpliwie warto pamiętać, że prawica europejska skompromitowała się w latach 30. i 40. kolaboracją z III Rzeszą. Pamiętamy chociażby francuskie Vichy, które wciąż zdaje się ciążyć na tamtejszej prawicy. Dziś wydaje się, że mamy na prawej stronie do czynienia z nieco podobną słabością - wobec putinowskiej Rosji. Na szczęście jest ona teraz już chyba nieco mniejsza niż była jeszcze przed napaścią Rosji na Ukrainę. Przecież trudno powiedzieć, by chrześcijaństwo było w jakikolwiek sposób do pogodzenia z mordowaniem bezbronnych ludzi, napadaniem na suwerenny kraj oraz z prowadzeniem wojny w ten sposób, w jaki robi to Rosja. Może nie u wszystkich, ale następuje jednak pewne otrzeźwienie. Nikt rozsądny raczej nie odważy się już dziś chwalić Władimira Putina oraz wartości, które Rosja reprezentuje pod jego rządami. My staramy się to wyperswadować narodom, społeczeństwom i ludziom, którzy zniechęceni nieciekawą kondycją moralną Zachodu, a podbudowani lekturą Fiodora Dostojewskiego i innych pisarzy rosyjskich skłonni byli widzieć w Rosji kuszące alternatywy. Obrazy z Ukrainy czynią to jeszcze lepiej. Wiadomo bowiem, że Rosja nie jest żadną alternatywą cywilizacyjną.  My, Polacy, naznaczeni własnym tragicznym doświadczeniem z Rosją, wiemy o tym dobrze - od wieków i od pokoleń. Dziś łatwiej jest nam to tłumaczyć Francuzom czy Niemcom, niż miało to miejsce jeszcze przed rosyjską agresją na Ukrainę. Jednocześnie trzeba też mocno zaznaczyć, że wpływy rosyjskie są zauważalne nie tylko na wspomnianej europejskiej prawicy. Są one bardzo mocne również zarówno w centrum, jak i na lewicy. Przypomnijmy sobie choćby politykę prowadzoną wobec Rosji przez kolejnych niemieckich kanclerzy: Helmuta Kohla, Gerharda Schroedera i Angeli Merkel. Pamiętajmy również i o tym, że dzisiejsza przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przez kilkanaście lat pełniąc funkcje ministerialne w niemieckim rządzie, w dość istotny sposób przyczyniła się do kształtowania tej tak przyjaznej wobec Rosji niemieckiej polityki. Reasumując więc, wydaje mi się, że wspomniane niebezpieczeństwo rzeczywiście istnieje, ale jest ono już mniejsze niż było jeszcze ponad pół roku temu. A  najbardziej niebezpieczna prorosyjskość to ta uprawiana w gabinetach Olafa Scholza i Emmanuela Macrona.

Politycy o prawicowych poglądach są nazywani w mainstreamowym przekazie – „populistami”. Jak Pan ocenia tego typu zabiegi językowe?

To oczywiście próba stygmatyzowania i zdyskredytowania konkurenta politycznego. Samo to pojęcie jest instrumentem walki politycznej oraz próbą marginalizacji kogoś określanego tego rodzaju mianem. Populizm rozumiany jako odwoływanie się do bardzo prostych haseł oraz do emocji szerokich mas ludzkich jest przecież zjawiskiem charakterystycznym dla demokracji współczesnej, dla wszystkich partii, które zapewne we własnym mniemaniu tenże populizm zwalczają. Moglibyśmy powiedzieć, że ruchem populistycznym była swego czasu „Solidarność”, która doprowadziła do głębokich przemian demokratycznych i geopolitycznych w całej Europie Środkowej. Zawsze więc musimy się zastanowić, co się kryje za danym pojęciem i w jakim celu ktoś go używa.

Najczęściej tego typu stygmatyzowanie przeciwnika politycznego ma na celu dążenie do monopolizacji swojej władzy oraz obronę istniejącego układu sił politycznych, wykluczającego właśnie te formacje, którym zarzuca się ów populizm. Oczywiście mamy w dzisiejszej polityce do czynienia z pojęciami stygmatyzującymi jeszcze silniej. Stosuje się dziś przecież, najczęściej kompletnie bezsensownie, pojęcie „faszyzmu”. Przypomnijmy jednak, że za „faszystę” uchodził choćby generał De Gaulle w 1968 roku, człowiek, który ocalił honor Francuzów, kolaborujących przecież masowo z faszystami. Obecnie można zauważyć, że takim instrumentem nieuczciwej walki politycznej staje się przyklejanie łatki prorosyjskości czy oskarżenie o wspierania Putina. Bardzo często chodzi przy tym o to, aby zatrzeć ślady własnej pro-putinowskiej polityki w przeszłości. Czy Angela Merkel nie była politykiem populistycznym  w wielu swoich decyzjach i czy nie była politykiem wzmacniającym Putina?  A polscy twórcy „pojednania polsko-rosyjskiego” za czasów rządów PO i PSL?