Moskwa w tym samym czasie, kiedy prowadziła swoje wojny na zachodzie, dokonała także podboju Syberii. Nie dodało jej to od razu wielkich sił, bo przecież były to w większości dzikie i puste tereny, ale fakt, że zhołdowani Kozacy stanęli na początku XVII wieku na brzegu Oceanu Spokojnego, że sięgnęli aż po Kamczatkę i ustanowili trwałą granicę z Chinami, spowodował, że Moskwa zyskała głębię strategiczną nieporównywalną z żadnym innym państwem. Wcześniej można z nią było walczyć jak równy z równym, nawet mając nieco mniejsze siły. Zyskała przewagę nad wszystkimi swoimi zachodnimi sąsiadami. Przewagi tej będzie musiał doświadczyć nie tylko władca ze stolicą w Warszawie, ale też Karol XII w czasie wojny północnej, Napoleon w 1812 roku i kolejni przeciwnicy Rosji. Nie bardzo sobie jeszcze w drugiej połowie XVII wieku zdawano sprawę z tej przemiany, zwłaszcza na zachodzie Europy. O tym, jak mało ważna wydawała się Rosja w ówczesnych stosunkach europejskich, świadczy najlepiej taki oto fakt. Największy konflikt w XVII wieku, wojnę trzydziestoletnią, zakończono w 1648 roku traktatami pokojowymi zawartymi w dwóch miastach westfalskich, Münster i Osnabrück. Dołączono do nich listę państw europejskich, które uznane zostały za swoistą wspólnotę nowego porządku pokojowego w Europie. Moskwa jest tam wymieniona na przedostatnim, 48. miejscu na 49 państw wymienionych w traktacie. Za nią był tylko Siedmiogród – lenno tureckie. Moskwa wydawała się wówczas leżeć na marginesie polityki europejskiej. Jedynym jej pomostem do zachodu była Rzeczpospolita Obojga Narodów. Jednak już w drugiej połowie XVII wieku Moskwie udało się wykonać ogromny skok imperialny w kierunku Europy. Nie tylko zdobycie połowy Ukrainy było tego dowodem, ale również oparcie się ofensywie szwedzkiej: Moskwa podpisała pokój ze Szwecją w 1661 roku.

Na koniec tej siedemnastowiecznej opowieści warto dodać, że aż do czasów Piotra I (1672–1725) Rzeczpospolita była w perspektywie zagranicznej polityki Moskwy-Rosji absolutnie najważniejszym rywalem, przeciwnikiem, wrogiem numer jeden na horyzoncie strategicznych celów tworzącego się imperium rosyjskiego. Mamy w tej kwestii wskaźnik jeszcze bardziej wymierny niż spis państw traktatu westfalskiego. Otóż w archiwum rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych do dnia dzisiejszego przechowywane są księgi Posolskogo prikazu – tak się wtedy nazywało to ministerstwo. Rzeczpospolita wypełnia aż 256 takich ksiąg z XVII wieku, Szwecja 129, Krym 90, Austria 49, Turcja 28, Dania 24, Anglia 20, Francja 15, Prusy 7. Pokazuje to wymownie z punktu widzenia Rosji skalę zmagań polsko-rosyjskich w XVII wieku. To była walka o mocarstwową pozycję Rosji. I Rosja zdecydowanie przechyliła szalę tej rywalizacji na swoją stronę. Rzeczpospolita jeszcze trzymała się na nogach, potrafiła się bronić, czego dowiodła w końcowej fazie „potopu”, a potem raz jeszcze – ku podziwowi całej Europy, w sposób budzący również wielki respekt w Moskwie – poprzez triumf Jana III Sobieskiego pod Wiedniem w 1683 roku.

Dzisiaj, ponieważ nie dbamy o nasz image zagraniczny, lekceważy się datę 12 września 1683 roku, ale wtedy w Europie zwycięstwo to było odbierane jako coś niesłychanie ważnego i świadczącego o wciąż niewygasłych możliwościach Rzeczypospolitej, o jej mocarstwowym potencjale – którego jednak nasi przodkowie nie wykorzystali. Armia, która stanęła do walki z Turkami, składała się także z wojsk cesarskich, ale nikt nie miał wówczas wątpliwości, że to było zwycięstwo głównodowodzącego Jana III Sobieskiego i polskiej husarii, niezrównanej wciąż jazdy w Europie. Bezpośrednio po wiktorii wiedeńskiej i po części zapewne nie bez związku z jej rozgłosem, otwarł się w latach osiemdziesiątych XVII wieku jedyny bodaj w historii stosunków polsko-rosyjskich czas, kiedy na dworze rosyjskim zapanowała moda na polszczyznę, na polską kulturę. Zaczęto tam mówić po polsku, przyjęto styl malowania portretów na wzór portretów polskiej szlachty, nabywano drukowane w Polsce powieści awanturnicze, wzorowano się na języku polskim, tworząc pierwsze próby wersyfikacji języka rosyjskiego. To był czas rządów regentki Zofii (1682–1689), po śmierci cara Aleksego. Ten krótki czas kończy się z chwilą przejęcia władzy przez ambitnego przyrodniego brata Zofii, Piotra, który przejdzie do historii z przydomkiem Wielki, a odegra rzeczywiście wielką rolę w podporządkowaniu Rzeczypospolitej wpływom Rosji.

Trzeba jednak wspomnieć jeszcze o jednym wydarzeniu, które miało miejsce, zanim Piotr zdobył realną władzę (formalnie współpanował od 1682 roku). W 1686 roku zawarty został pokój wieczysty, zwany inaczej pokojem Grzymułtowskiego. Zawarł go w negocjacjach w Moskwie wojewoda poznański Krzysztof Grzymułtowski (bogato zresztą wynagrodzony za swoją uległość w rokowaniach). Pokój ten kończył formalnie wojnę między carstwem rosyjskim a Rzecząpospolitą, wcześniej tylko przerwaną rozejmem. Oddawał już na stałe wschodnią Ukrainę, a także akceptował fakt trwałej utraty Kijowa na rzecz Moskwy. Przypomnijmy, że województwo kijowskie utworzone jeszcze przez Kazimierza Jagiellończyka trwało w ramach Rzeczypospolitej, choć bez swej naturalnej stolicy (faktyczną stolicą stał się w tej sytuacji Żytomierz) – aż do 1793 roku. Najbardziej brzemienny w skutki był punkt traktatu, który uznawał prawo Rosji do „opieki” nad prawosławną ludnością Rzeczypospolitej, co otwierało przed carską dyplomacją nieograniczone niemal możliwości ingerencji w wewnętrzne sprawy zachodniej sąsiadki i wykorzystywanie czynnika religijnej „tolerancji” do obezwładnienia suwerenności naszego kraju. I te możliwości Rosja wkrótce zacznie trwale wykorzystywać.

U schyłku XVII wieku król Jan III Sobieski, wspaniały zwycięzca spod Wiednia, stawał się cieniem samego siebie. W starciu z opozycją magnacką, której obce stały się sprawy państwa, zaczął także realizować własne, prywatne interesy dynastyczne, nie zawsze zbieżne niestety z interesem Rzeczypospolitej. Król walczył o koronę dla bardzo niegodnych swoich następców, z Jakubem Sobieskim na czele, by zdobyć jakiś „przyczółek” dla swojej dynastii. Liczył, że będzie nim Mołdawia, wyrwana z rąk tureckich. Dlatego też najważniejsze dla niego było kontynuowanie wojny z Turcją. Warunkiem niezbędnym, z punktu widzenia sojuszników Wenecji, czyli Rzymu, był jednak udział Rosji w tej wojnie. Ceną za ten udział był stały nacisk na Polskę ze strony dyplomacji tych państw, także Wiednia, by zawrzeć pokój wieczysty z Rosją. Jan III Sobieski zdecydował się na ten pokój, wbrew interesowi Rzeczypospolitej. Płacząc rzewnymi łzami – traktat Grzymułtowskiego podpisał. Rzeczpospolita nie ratyfikowała jednak tego pokoju aż do sejmu w 1764 roku. Był to ten sam sejm, na którym caryca Katarzyna II mogła usankcjonować władzę swojego byłego kochanka, stolnika wielkiego litewskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Niezależnie od tego, jak oceniamy poziom moralny polskich elit, trzeba wyraźnie powiedzieć, że była wśród nich świadomość, iż pokój zawarty przez Grzymułtowskiego jest bardzo niekorzystny dla Rzeczypospolitej. Choć jednocześnie był to czas, kiedy wydawało się, że możliwe jest względnie spokojne i wzajemnie korzystne trwanie Rzeczypospolitej obok Moskwy, bez większych konfliktów, a nawet z pewnymi oznakami zbliżenia kulturalnego. Owa krótka pauza geopolityczna została przerwana w momencie, kiedy imperium carów zaczęło wykorzystywać potencjał nagromadzony w drugiej połowie XVII wieku. Uczynił to Piotr, który zadebiutował politycznie i strategicznie zdobyciem (1696) twierdzy Azow nad Morzem Czarnym. Kierował zatem swoją ekspansję ku południowi, kontynuując politykę rosyjską jakby niesprzeczną z polityką polską. Wielu mówiło wtedy o możliwości trwałego sojuszu polsko-rosyjskiego, którego wspólną podstawą będzie walka przeciwko Półksiężycowi, przeciw imperium osmańskiemu i Tatarom. Polska nie odzyskała jeszcze ziem utraconych na rzecz Turcji haniebnym traktatem w Buczaczu w 1672 roku – miała więc powody, by nadal walczyć na tym odcinku.

Po osiągnięciu Azowa nad Morzem Czarnym Piotr zdecydował się jednakże na radykalną zmianę polityki rosyjskiej. Postanowił „wybić okno” Rosji ku Europie drogą północną, a nie południową: na tym polegała istota tej zmiany. Decyzja ta i wielka podróż Piotra na zachód Europy w 1697–1698 roku zbiegła się z wydarzeniem niezwykle ważnym dla Rzeczypospolitej. Car ruszał incognito z Rygi, by dotrzeć do portów holenderskich, brytyjskich, a w końcu przez kraje niemieckie do Wiednia. Zaczynał tę podróż, kiedy w Polsce dokonywała się elekcja po śmierci Jana III Sobieskiego, która dramatycznie pokazała słabość i rozbicie Rzeczypospolitej.

Piotr właśnie wtedy sformułował, jakby na gorąco, cele polityki rosyjskiej wobec elekcji. Wiedział już, że elekcja będzie podzielona, że będą różni kandydaci, ale wyraźnie opowiadał się przeciwko cieszącemu się największą popularnością i uważanemu powszechnie za faworyta księciu Contiemu, kandydatowi francuskiemu. Zdawał sobie bowiem sprawę, że jego zwycięstwo oznacza oparcie Rzeczypospolitej o silnego sojusznika francuskiego i złagodzenie konfliktu z Turcją, a zatem umocnienie Rzeczypospolitej w stosunku do Rosji, a także wobec Prus. Uznając to za niekorzystne, Piotr zrobił rzecz na przyszłość charakterystyczną, która będzie się powtarzała przy kolejnych elekcjach. Otóż wysłał list nie tylko do swojego posła w Warszawie, ale za jego pośrednictwem także do wyborców zgromadzonych w Warszawie, którzy mieli wybrać nowego króla. Ostrzegał ich, by nie wybierali księcia Contiego, a na dodatek groził wojną, jeśli wybiorą „niewłaściwego”, czyli nie podobającego się Moskwie kandydata. Ten list nadszedł bardzo późno, tuż przed samym wyborem, więc nie wywarł prawdopodobnie decydującego wpływu na jego przebieg. Wybrany został książę Conti i ogłoszony królem przez prymasa Radziejowskiego. Znajdujący się w mniejszości i przeważnie przekupieni m.in. przez stronę rosyjską zwolennicy innego kandydata, elektora saskiego, późniejszego Augusta II Mocnego, przeprowadzili jednak konkurencyjną elekcję. Sas okazał się szybszy od Francuza; przybył do Krakowa, gdzie podstępem wydobyto ze skarbca katedralnego insygnia królewskie i koronowano Fryderyka Augusta Wettyna na króla Rzeczypospolitej. Elektor saski wygrał walkę o polski tron – ku zadowoleniu Piotra.

Młody car był, w odróżnieniu od Sasa, władcą nie tylko śmiałym, ale konsekwentnym. Miał jasną wizję mocarstwowej potęgi Rosji, którego częścią był sformułowany nader szybko program stałej interwencji w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej: program realizowany następnie, niemal nieprzerwanie, przez ponad trzy wieki. Jego podstawą było przekonanie, że car rosyjski ma prawo decydować o tym, kto będzie lub kto nie będzie rządził w Warszawie. Że może użyć w tym celu groźby, zastraszenia, w tym przypadku nawet groźby militarnej, która „niechcący” wydała się już w 1697 roku bardzo realistyczna. Dlaczego „niechcący”? Otóż tak się złożyło, że tuż przed elekcją rzeczywiście nastąpiła duża koncentracja wojsk rosyjskich na terenie Pskowa, miasta blisko granicy z Rzecząpospolitą. Były to jednak wojska powracające po prostu ze zwycięskiej kampanii azowskiej nad Morzem Czarnym. Szlachta tymczasem traktowała pogłoski o tym zgromadzeniu wojska jako potwierdzenie groźby Piotra, że sąsiedzka armia może wkroczyć na tereny Rzeczypospolitej, jeśli nie zachowamy się tak, jak życzy sobie tego młody imperator. Taka „opcja nuklearna”, a raczej straszak militarnej interwencji – jeszcze w stylu końca XVII wieku – jakże często będzie potem powtarzany nowszymi środkami postrachu…

Po powrocie z wielkiej i pouczającej podróży po krajach Zachodu w 1698 roku car Piotr nawiązał w Rawie Ruskiej bezpośrednie rozmowy z nowym królem polskim Augustem II Mocnym. To był w pewnym sensie pierwszy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, szczyt polsko-rosyjski. Pierwszy raz bowiem car rosyjski spotykał się z królem polskim w innej roli niż pokonany, jeniec – pamiętamy hołd carów Szujskich przed królem Zygmuntem III Wazą. W Rawie Ruskiej car i król spotykają się na pozór jako partnerzy, organizują turniej władców w… piciu. Mimo że Piotr był wielkim człowiekiem także wzrostem, przegrał, zdaje się, w tej konkurencji z Augustem Mocnym. Ale w innych dziedzinach – to Piotr był triumfatorem. Obaj przygotowywali wspólnie plany wojny przeciwko Szwecji, co definitywnie miało zmienić sytuację Europy Wschodniej. Po co ona była potrzebna Rzeczypospolitej, która formalnie do niej wszak nie przystępowała, ale stała się jej pobojowiskiem, największą ofiarą? Był to wyraz ambicji Wettyna i jego wdzięczności wobec cara, któremu zawdzięczał tron w Warszawie. Ta wojna, nazwana III wojną północną, zaczęła się w 1700 roku; Saksonia wkraczała do niej jako sojusznik Piotra. Szwedzi pod wodzą Karola XII błyskawicznie pobili armię rosyjską pod Narwą (1700), następnie wojska saskie pod Rygą i przenieśli działania wojenne na obszar formalnie neutralnej Rzeczypospolitej.

W zamęcie i zniszczeniu, wywołanym interwencją szwedzką, dochodzi do pierwszych, niezwykle ważnych w przyszłości przejawów bezpośredniego podporządkowania Rzeczypospolitej polityce rosyjskiej – jako „sojuszniczce” i „patronce”. Najpierw uwidoczniło się to na zrujnowanej już wcześniej wojną domową Litwie; tam przeciwnicy dominacji Sapiehów w Wielkim Księstwie zorganizowali się w potężną fakcję tzw. republikantów litewskich i rozbili sapieżyńców w puch w bitwie pod Olkienikami (18 listopada 1700 roku). Owi „republikanie”, obrońcy złotej wolności przed absolutyzmem – zwrócili się od razu o opiekę do despoty rosyjskiego, cara Piotra, przeciwko ewentualnemu rewanżowi opartych o Szwecję Sapiehów. Tak to republikanie litewscy stali się pierwszą, jak to opisuje najwnikliwszy badacz tej epoki, warszawski historyk Jacek Burdowicz-Nowicki, partią rosyjską na terenie Rzeczypospolitej. Zawarli w imieniu „rzeczypospolitej litewskiej” kolejno dwa układy z Rosją – w kwietniu 1702 roku w podmoskiewskiej wsi Preobrażenskoje, w której rezydował Piotr, a w lipcu roku następnego w carskim obozie w Nyenskans nad Newą, przemianowanym przez Rosjan na Schlotburg. Za subwencje finansowe zobowiązali się faktycznie do przyjęcia na siebie roli politycznego i zbrojnego ramienia planów Piotra I na terenie Rzeczypospolitej – w walce ze Szwecją i jej wpływami, ale w rzeczywistości zarazem w walce o ustanowienie trwałych wpływów rosyjskich.

Dla Piotra był to tylko etap w dążeniu do celu, jakim było wciągnięcie całej Rzeczypospolitej, a nie tylko Litwy, w krąg swojej politycznej dominacji. Król polski August II zgadzał się na taką grę, kosztem państwa polsko-litewskiego. Rzeczpospolita, popychana do tego postępowaniem króla, podpisała dobrowolnie traktat z carem w 1704 roku w Narwie (negocjatorem polskim był Tomasz Działyński). Na jego mocy stała się podporządkowanym w istocie sojusznikiem Rosji w wojnie ze Szwecją. Wojska rosyjskie otrzymały na mocy tego traktatu prawo wojowania bez ograniczeń na terenie Rzeczypospolitej. Tym samym to Rosja mogła decydować, kiedy jej oddziały nie tylko wejdą, ale i kiedy zechcą wyjść. Rosja także finansować miała stronę polską w dalszej walce przeciwko Szwedom. Piotr nie naciskał na wprowadzenie do układu narewskiego żadnych warunków aneksyjnych, nie domagał się żadnych terytoriów – zależało mu na tym, by związać całą Rzeczpospolitą układem, który uniemożliwi jej przejście na tory antyrosyjskie.

Początkowe wielkie sukcesy Szwedów doprowadziły w lipcu 1704 roku do wyboru pod muszkietami szwedzkimi nowego króla, a raczej antykróla – Stanisława Leszczyńskiego (1677–1766). Zawiązano wówczas dwie konfederacje: pierwszą proszwedzką i drugą proaugustowską (a w związku z tym i prorosyjską). Podsycana z zewnątrz wojna domowa w Rzeczypospolitej niszczyła jej suwerenność do reszty. Szwedzi pustoszyli Polskę, potem Saksonię. W końcu jednak car pokonał armię Karola XII, która zapuściła się aż w głąb Ukrainy. Przełomowa okazała się bitwa pod Połtawą, stoczona w lipcu 1709 roku. Pobity Karol XII ledwo uszedł z życiem, w towarzystwie wiernego mu hetmana kozackiego Iwana Mazepy oraz Stanisława Poniatowskiego (w przyszłości – ojca ostatniego króla Polski). Po bitwie pod Połtawą Piotr I stał się panem Europy Wschodniej.

Wielu wcześniejszych zwolenników Leszczyńskiego przeszło na stronę starego/nowego króla, którym ponownie został – dzięki militarnemu wsparciu cara – August II. Piotr I szybko już wcześniej zorientował się w skomplikowanej materii polskiego życia politycznego, dlatego utrzymywał nie tylko posła przy królu formalnie reprezentującego Moskwę, ale wiedział też, że trzeba mieć również swojego rezydenta przy każdym z czterech hetmanów (wielki i polny, na Litwie i w Koronie), bo każdy z nich prowadził swoją osobną politykę. Car tak to rozgrywał, aby każdy z jego rezydentów miał osobne instrukcje, jak manewrować, manipulować tą z pozoru skomplikowaną maszynerią w Rzeczypospolitej. Cel był prosty: żeby król i hetmani nigdy nie połączyli swoich sił, żeby Rzeczpospolita była zawsze wewnętrznie podzielona, skłócona i tym samym słaba. Ten cel przyświeca władzy rosyjskiej po wiek XXI, i to nie tylko w odniesieniu do Polski.

Można odbicie takiej polityki dostrzec w grze, jaką Moskwa prowadzi także wobec krajów zachodniej Europy i Ameryki. Odpowiedni „rezydenci”, agenci wpływu, urabiają opinię skrajnych formacji prawicowych, przedstawiając Putina jako „katechona”, ostatnią nadzieję na ratowanie porządku moralnego niszczonego przez zgniliznę moralną Zachodu, ostatniego obrońcę Krzyża itp., itd. Inni z kolei przedstawiają opinii lewicowej i lewackiej Rosję jako jedyny kraj, który przeciwstawia się skutecznie znienawidzonemu imperializmowi amerykańskiemu i zawsze jest gotów „wyzwalać” kolejne kraje od widma „faszyzmu”… Jedni agenci wpływu przemawiają do „kieszeni” partnerów handlowych – gdzież można robić tak wspaniałe interesy jak nie w Rosji? Stąd zatrudnienie na garnuszku rozmaitych Gaz promów, rosyjskich banków itp. znajdują kanclerz Schröder, ekspremier Francji, tamtejszy „republikant” Fillon, politycy Austrii (kanclerze Schüssel i Kern), Włoch i tylu innych krajów. Adresatami „oferty” dyplomacji Kremla są także ruchy separatystyczne (właśnie tak troszkę jak owi republikanci litewscy) – Katalończycy przeciw Hiszpanii, Korsykanie przeciw Francji, Szkoci przeciw Wielkiej Brytanii… Dla „realistów” z Departamentu Stanu w USA i wykupionych już przez Rosję wpływowych amerykańskich think-tanków z kolei, wręcz przeciwnie, obowiązuje sugestia, że tylko do spółki z Rosją można osiągnąć stabilizację świata, oczywiście jeśli uszanuje się strefę „naturalnych wpływów” jej imperium (z Ukrainą, ale też Litwą, Polską, Gruzją, krajami nadbałtyckimi itd.). Dla każdego coś miłego. Byle rozbijać i paraliżować od środka przeciwnika, ofiarę tej gry, byle umożliwiać nieustające imperialne działania Moskwy. W III RP też mamy niemało takich rezydentów. Polityka Piotra I sprawdza się nieustannie.

Jeśli chce się zrozumieć istotną część współczesnej historii Polski, aż po dzień dzisiejszy, to wiek XVIII dostarcza wyjątkowo pouczającej lekcji. Rzeczpospolita istniała jako osobne państwo, wciąż wielkie obszarem, ze swoim królem, instytucjami, wojskiem – ale nie była już suwerenna. To głos Rosji stał się w sprawach Rzeczypospolitej rozstrzygający. A wszystko to Piotr osiągnął nie jako wróg Polski, broń Boże! Uzyskał ten śmiertelny chwyt nad Polską jako jej sojusznik, albo lepiej powiedzieć: jako tzw. sojusznik.

Symbolem tej epoki stał się Sejm Niemy z 1 lutego 1717 roku. Doszło do niego wtedy, kiedy August II próbował wzmocnić swoją władzę nad Rzecząpospolitą poprzez faktyczną wojnę ze szlacheckim narodem, przy pomocy wprowadzonych w granice kraju wojsk saskich. Wtedy właśnie Piotr wystąpił oczywiście w roli rozjemcy: między obywatelami szlachtą a królem, między „wolnością” a „władzą”, manipulując cały czas stronami tego tragicznego konfliktu. Przy antykrólewskiej konfederacji rej wodził Aleksy Daszkow, a przy królu ambasador Grigorij Dołgoruki. Ten ostatni wystąpił w końcu w roli arbitra, doprowadzając do swoistego kompromisu na Sejmie Niemym. Przeszedł on do historii pod tą nazwą ze względu na formę obrad – nie dopuszczono na nim do głosu żadnego z posłów ani senatorów.

Sejm, jak nigdy, zaledwie jednodniowy, zatwierdzał wszystko niemo, wysłuchano tylko sprawozdawców odczytujących treść ustaw. Obawiano się zerwania obrad okrzykiem wciąż obowiązującego hasła liberum veto, więc jakakolwiek dyskusja została całkowicie zakazana. Pozwolono tylko ucałować rękę królewską i przyjąć wcześniej przygotowane prawa. Kto pozwolił? Oczywiście wojska rosyjskie zgromadzone wokół.

Najważniejszym z praw było to, które oznaczało dogodną dla Rosji równowagę między królem a opozycją, by mogła ona nadal balansować te dwie siły. Tragiczne było ograniczenie wojska Rzeczypospolitej do tzw. 24 000 porcji żołnierskich (a ponieważ nie przewidziano żadnego utrzymania dla oficerów, w istocie liczebność wojska musiała zostać ograniczona do ok. 10–12 tysięcy ludzi – podczas gdy Rosja mogła wyprowadzić w pole armię ponad 250 tysięcy, a Prusy, które właśnie ogłosiły się królestwem – blisko 150 tysięcy…). Oznaczało to oczywiście fundamentalne osłabienie państwa. Pojawiające się w ostatnich latach w historiografii dziwne próby przedstawienia Sejmu Niemego jako wyłącznie dobroczynnej dla Polski reformy ustroju nie są w stanie zmienić tych faktów. Rzeczpospolita wychodziła z wojny północnej jako kraj niezdolny do suwerenności, sparaliżowany rosyjskimi wpływami.

Stopniowo jednak następowało w części polskich elit otrzeźwienie. Nie było tak, że nikt się nad tym nie zastanawiał, nikt tego, co się dzieje, nie rozumiał. To był wielki wstrząs. Poczucie zagrożenia realną dominacją Rosji doprowadziło do chwilowego zbliżenia między dużą częścią opozycji a królem, który dokonuje wówczas zwrotu w stronę cesarstwa (Austrii). Ten zwrot był pierwszą bodaj próbą ratowania kraju przed władzą rosyjskich ambasadorów poprzez szukanie koalicji z zachodnimi (i nie tylko zresztą) sojusznikami. Układ w Wiedniu, zawarty w styczniu 1719 roku, został podpisany nie tylko przez cesarza Karola VI, ale także przez ambasadora króla brytyjskiego Jerzego I. Austria i Wielka Brytania, która była już największą potęgą na morzach i kluczowym mocarstwem europejskim, a także Turcja – gotowe były poprzeć Rzeczpospolitą, by ograniczyć ekspansję wpływów Rosji w centrum Europy.

Wojna północna wówczas wciąż jeszcze się toczyła, wojska rosyjskie wciąż stacjonowały w Polsce. W oparciu o nowy układ Rzeczpospolita miała szansę usunąć tę „opiekę” ze swojego terytorium. Wtedy jednak okazało się niestety, jak skuteczna była prowadzona przez wysłanników Piotra I polityka wewnętrznego rozkładu. Wszyscy czterej hetmani opowiedzieli się przeciwko układowi wiedeńskiemu; sejm, który miał go ratyfikować, został zerwany. Rzeczpospolita suwerenności nie odzyskała.

Car wygrał wielką wojnę. Symbolem nowej epoki potęgi rosyjskiej, która wchodzi do Europy, czerpie od niej wzory modernizacji, żeby tylko zwiększyć zdolności do dalszej ekspansji, w końcu do podporządkowania samej Europy – jest nowa stolica: Sankt Petersburg. Miasto założone z rozkazu cara w 1703 roku na błotach u ujścia Newy do Bałtyku, na kościach dziesiątków tysięcy niewolników, którzy je budowali (tak rosyjskich chłopów, jak tez jeńców z wojny północnej), ustanowione zostało w 1712 roku nową stolicą. Swoje imię wzięło nie od założyciela, jak się często mylnie uważa, ale od św. Piotra, patrona Rzymu. To miała być nowa stolica uniwersalnego imperium, nowy Rzym. Przypominało o tym również wezwanie, pod którym kazał zbudować car Piotr pierwszą murowaną świątynię w twierdzy będącej sercem nowego miasta: to był sobór świętych Piotra i Pawła, odtąd miejsce pochówku kolejnych carów.

Centrum nowego imperium światowego miała być Rosja; jej tradycja została z kolei przypomniana wezwaniem, pod którym zbudowano pierwszy klasztor w mieście: Aleksandra Newskiego. Święty patron wojny z Zachodem nie został porzucony przez Piotra. Jak miał powiedzieć sam car-reformator: „Europy potrzebujemy przez kilka dekad [żeby zmodernizować przy jej pomocy państwo, zwłaszcza armię], a potem odwrócimy się do niej tyłem [powierniomsia zadom]”. W 1721 roku, kiedy Piotr zakończył triumfalnie wojnę ze Szwecją, zdobywając dla Rosji Estonię, przyjął jednocześnie nowy tytuł i nową nazwę dla swojego państwa. Odtąd była to Rossijskaja Impierija – rosyjskie imperium, a car stawał się odtąd formalnie – imperatorem.

Innym złowróżbnym znakiem na przyszłość było zawarcie rok wcześniej szczególnego traktatu. 13 lutego 1720 roku w Poczdamie Fryderyk Wilhelm (1688–1740), samozwańczy król w Prusach, zawarł z carem Piotrem pierwszy w historii układ gwarantujący współpracę Petersburga z Berlinem: układ nie o rozbiorze, ale o „opiece” obu sąsiadów nad polskim bezwładem. „Obaj władcy teraz i na przyszłość będą strzegli, by Rzeczpospolita Polska zachowała w nienaruszonym stanie swoje wolności, zwyczaje, konstytucje, prawa i przywileje. A jeśli dwór królewski okaże w tej mierze jakieś wrogie zamiary albo będzie nakłaniał Rzeczpospolitą, by przystąpiła ona do zawartego w Wiedniu sojuszu między cesarzem, królem Wielkiej Brytanii i królem polskim, albo będzie dążył do uzyskania w Polsce powoli władzy suwerennej i absolutnej, to JKM w Prusach i JCWM sprzeciwią się temu nie tylko radą i czynem, ale silnie wesprą Rzeczpospolitą, aby do tego nie doszło i aby w Polsce wszystko pozostało jak dawniej”. Tak brzmiał najważniejszy punkt układu poczdamskiego, gwarantujący wsparcie Berlina i Rosji dla każdej opozycji w Polsce, która pomoże sparaliżować próby wzmacniających państwo reform.

Fragment książki Prof. Andrzeja Nowaka, Polska i Rosja. Sąsiedztwo wolności i despotyzmu X-XXI w., Wydawnictwo Biały Kruk

Publikacja za zgodą Wydawnictwa