Prigożyn ostatnio widziany był w sobotę, jak wyjeżdżał samochodem z Rostowa. Miał udać się następnie na Białoruś. Nie zostało jednak ujawnione, czy faktycznie do tego doszło.
W opublikowanej dzisiaj po południu wiadomości głosowej Prigożyn stwierdził, że zorganizowany przez niego marsz na Moskwę był wyrazem protestu, a nie próbą obalenia rosyjskich władz.
"Mimo że nie wykazaliśmy żadnej agresji, rozpoczęto na nas atak rakietowy" - powiedział. "To stało się impulsem do natychmiastowego natarcia" - dodał.
Prigożyn przekonuje, że w trakcie ataku rakietowego wojsk rosyjskich na obóz wagnerowców zginęło 30 najemników.
"Jedna z kolumn udała się do Rostowa, druga w kierunku Moskwy. (...) Żałujemy, że musieliśmy zaatakować (rosyjskie - red.) samoloty, ale zrzucili bomby. Przejechaliśmy 780 km. Zostało nam 200 km do Moskwy. Wśród pilotów Wagnera jest kilku rannych i dwóch zabitych - wśród nich pracownicy MON. Żaden z bojowników nie został zmuszony do marszu, a wszyscy znali jego cel" - mówił Prigożyn.
"Chcieliśmy pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy popełnili błędy podczas specjalnej operacji wojskowej" - dodał.
Ponadto Prigożyn wskazał, że jego marsz wykazał "poważne braki w bezpieczeństwie Rosji". Szef wagnerowców poinformował także, że w wyniku intryg prowadzona przez niego Grupa Wagnera ma przestać istnieć od 1 lipca 2023 r.
