„Niech oddźwięk syreny w godzinę „W” dotrze również na Kreml z przesłaniem, iż się nigdy nie poddamy! Chwała Bohaterom!” – apelował ukraiński ambasador w Polsce Vasyl Zvarych.

Jaśkowiak jednak postanowił wiedzieć lepiej niż ukraiński ambasador, co jest lepsze dla ukraińskiej ludności zamieszkującej Poznań i stwierdził, że nie będzie jej drażnić tymże dźwiękiem.

Dlatego też w Poznaniu po raz pierwszy od wielu lat zabrakło w godzinie „W” charakterystycznego oddania hołdu Powstańcom warszawskim dźwiękiem syren.

„Argumentacja kuriozalna, nie tylko w świetle apelu ambasadora Ukrainy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy syreny w Poznaniu wyły kilka razy w ramach „testów” i wówczas prezydenta Jaśkowiaka trauma uchodźców wojennych nie interesowała. Nie interesowała go też wtedy, gdy Poznań „zapłonął” tysiącami rac w dniu zdobycia tytułu mistrza Polski przez Lecha Poznań. Nic złego się wówczas nie stało, uchodźcy zostali uprzedzeni, że „Poznań świętuje” – skomentował na łamach „Głosu Wielkopolskiego” naczelny tej gazety Wojciech Wybranowski.

„Zakaz włączania syren w mieście - 1 sierpnia - to prymitywny zabieg socjotechniczny urzędującego prezydenta Poznania. Cel prosty - wywołanie politycznej awantury, sprowokowanie krytycznych reakcji i ataków polityków prawicy, które w konsekwencji spowodują, że obóz polityczny Jaśkowiaka zacznie go bronić” – skonkludował red. Wybranowski.