Fronda.pl: W sobotę rano Europa wstrzymała oddech. Wydawało się, że rzeczywiście w Rosji może dojść do jakiejś rewolucji. Wieczorem było już po „puczu”. W ocenie Pana Profesora, był to rzeczywiście zryw Prigożyna, czy jednak – jak twierdzi część komentatorów – była to operacja zorganizowana przez Kreml i od początku do końca kontrolowana przez Putina?

Prof. Romuald Szeremietiew (były wiceszef MON, ekspert ds. bezpieczeństwa): Zdecydowanie nie była to operacja kontrolowana przez Kreml. Wystarczy wspomnieć wystąpienie Putina w rosyjskiej telewizji, kiedy ta akcja się rozwijała. Putin był po prostu przestraszony. To na pewno nie była żadna inscenizacja. Pozostaje natomiast pytanie, dlaczego Prigożyn zrezygnował.

Jaka jest odpowiedź na to pytanie?

Być może doszedł do wniosku, że ma za małe poparcie. W tej sytuacji, aby mógł wygrać, na jego stronę musiałoby przejść wojsko. Bez wsparcia armii atakowanie przygotowanej do obrony Moskwy skończyłoby się dla Prigożyna katastrofą. Dlatego wolał się cofnąć.

To jednak oznacza tylko jedno – wewnętrzny kryzys w Rosji się rozwija. Jest już w takiej fazie, że zbrojne oddziały zaczynają maszerować po Rosji i nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. Porażką Prigożyna było to, że nie uzyskał oczekiwanego poparcia. Jednocześnie jednak obnażona została wyraźna słabość Putina, który nie miał sposobu, aby przez kilkaset kilometrów zatrzymać maszerujące na Moskwę oddziały. Oddziały, które przecież nie były aż tak wielkie i potężnie uzbrojone.

Mogłoby się jednak wydawać, że powstrzymanie rebelii w jeden dzień było jakimś sukcesem Kremla. Mimo to, to właśnie Putin jest tutaj przegranym?

Tak, oczywiście. Absolutnie! Sam Putin porównał w sobotę ten bunt do wydarzeń z 1917 roku. I rzeczywiście, wtedy imperium się rozsypało. Nie było w stanie prowadzić wojny z Niemcami i z czasem całe państwo się rozpadło. Zapomina się jednak, że bolszewicy nie doszli do władzy natychmiast. Zanim zburzyli carską Rosję, doszło do rewolucji lutowej. Car abdykował. Wydawało się, że wszystko wraca do normy - Rosja prowadzi działania na froncie, do władzy dochodzą różnego rodzaju ugrupowania, jest jakaś parademokratyczna formacja, rząd tymczasowy. Lenin wtedy musiał się ukrywać, bo był ścigany listem gończym. Później jednak stało się to, co się stało.

Dziś oczywiście sytuacja w Rosji jest inna niż w 1917 roku i działają inne siły. W mojej ocenie jednak kryzys i to wszystko, co może się wydarzyć, jest bardzo podobne.

Udało się coś zyskać samemu Prigożynowi? Wydaje się, że jego wielką wygraną jest przeżycie i uzyskanie gwarancji bezpieczeństwa. Te gwarancje ze strony Kremla mają jakąś wartość czy podziela Pan raczej ocenę byłego szefa CIA Davida Petraeusa, wedle którego Prigożyn „powinien bardzo uważać na otwarte okna na Białorusi”?

Nie wiem, czy są w ogóle jakieś gwarancje. Najzwyczajniej dwa bandziory „wzięły się za łby”. Jeden i drugi nie ma złudzeń co do tego, co należy zrobić z tym drugim.

Niektórzy jednak twierdzą, że Prigożyn wciąż może być przydatny Putinowi. Wskazują, że jest cenny z uwagi na korzystne dla Rosji działania Grupy Wagnera w Afryce. Pojawiają się też głosy, wedle których Putin może jeszcze potrzebować Prigożyna na Ukrainie. Były szef sztabu generalnego armii brytyjskiej gen. Richard Dannatt alarmuje, że teraz Grupa Wagnera może chcieć zaatakować Kijów z terytorium Białorusi. To realny scenariusz?

Bynajmniej. W mojej ocenie nie ma takiej możliwości.

Jak więc sobotnie wydarzenia w Rosji wpłyną na sytuację na ukraińskim froncie. Ten bunt może przysłużyć się w jakiś sposób ukraińskiej kontrofensywie?

Ten bunt nie pozostaje bez wpływu na sytuację na Ukrainie. Ukraińcy bardzo rozsądnie postępują. Powiedziałbym, że oszczędnie dysponują siłami. W moim przekonaniu mają na froncie przewagę strategiczną nad Rosjanami. Zgromadzili wystarczające siły do przeprowadzenia kontrofensywy. Czynią to jednak bardzo ostrożnie i nie chcą narazić się na jakieś ryzyko. Czekają, aż strona rosyjska się w widoczny sposób załamie. Jak się okazało, cała ta akcja Prigożyna jeszcze tym załamaniem nie była.

W czasie konferencji po naradzie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego premier Mateusz Morawiecki wskazał na pewien niepokój związany z niejasną rolą Aleksandra Łukaszenki w zakończeniu buntu Prigożyna alarmując, że może dojść do kolejnych napięć na granicy polsko-białoruskiej. Już kolejnego dnia premier odwiedzał strzegących tej granicy żołnierzy. Porozumienie Prigożyna z białoruskim dyktatorem i obecność Grupy Wagnera na Białorusi rzeczywiście może nieść za sobą jakieś dodatkowe zagrożenia dla polskiego bezpieczeństwa?

Łukaszenka rozgrywa własną grę. Pamiętajmy przy tym, że jego możliwości są bardzo ograniczone. Sytuacja na Białorusi, nastroje społeczne, są dla Łukaszenki bardzo niekorzystne. Widzimy to po manifestacjach, które miały tam miejsce i działalności opozycji, wprost wzywającej do obalenia dyktatora.

Łukaszenka, chcąc to rozegrać, musi zdawać sobie sprawę, że Putin się przewróci. W tym wypadku Prigożyn może okazać się bardzo cennym partnerem w prowadzonej przez niego grze. Z czasem zobaczymy jak to się rozwinie. Na pewno jednak nie w tym kierunku, aby popierać upadającego Putina.

W sobotę rano pojawiły się ze strony białoruskiej opozycji pewne sygnały wskazujące na jakieś przygotowania do zbrojnego obalenia Łukaszenki. Bunt Prigożyna może być dla Białorusinów sygnałem do rozpoczęcia działania?

Takie sygnały się pojawiły, bo niektórzy liczyli, że załamanie Rosji już się dokonało. Ono następuje, ale rozkłada się w czasie.

Rosyjska propaganda szybko oskarżyła Prigożyna o współpracę z CIA. Amerykańskie media donoszą tymczasem, że wywiad Stanów Zjednoczonych już w połowie czerwca wiedział o planach rebelii. Rzeczywiście zachodnie służby mogły mieć taką wiedzę a nawet w jakiś sposób kreować sobotnie wydarzenia w Rosji?

Proszę się tym nie przejmować. Tego typu oskarżenia mają niewielkie znaczenie w sensie poznawczym.