Mariusz Paszko, Fronda.pl: Rząd zapowiada podwyżki akcyzy na alkohol – 10% w 2026 roku i kolejne 15% w 2027. Panie Profesorze, jak Pan ocenia ten kierunek działań?
Prof. Krzysztof Koźmiński: Pozwoli Pan, że zacznę od szerszej uwagi konstytucyjnej. Mamy końcówkę sierpnia 2025 roku, a rząd nagle – bez wcześniejszych konsultacji, bez sygnałów, bez wysyłania informacji do branży – dowiadujemy się o tak daleko idących zmianach podatkowych. To z punktu widzenia zasady przyzwoitej legislacji jest, mówiąc delikatnie, nie fair. Możemy uważać, że alkohol to zło – bo wywołuje choroby i śmierć – ale to jednocześnie legalny biznes. Mówimy o tysiącach miejsc pracy i przedsiębiorcach chronionych prawem krajowym i unijnym. A tu nagle znienacka zapowiedź, która w praktyce daje im niemal zero czasu na przygotowanie. To działanie zaskakujące i nieprzemyślane.
Rząd tłumaczy podwyżki troską o zdrowie obywateli. Przekonuje to Pana?
Nie ukrywam, że jestem sceptyczny. Niezależnie od tego, czy rządzi ekipa liberalna czy konserwatywna, gdy słyszę, że chodzi o zdrowie, a w tle jest dodatkowy podatek, budzi to we mnie wątpliwości. Szczególnie teraz, gdy mamy fatalny stan finansów publicznych, deficyt rośnie, a pieniędzy po prostu nie ma. Wygląda to na czysto fiskalne uzasadnienie. Tymczasem gminy już dziś mają narzędzia, by realnie ograniczać spożycie alkoholu – np. skracając godziny sprzedaży. Tego typu mechanizmy istnieją. Tu mamy prosty ruch – podwyżkę akcyzy – ale ja nie widzę w nim troski o zdrowie, tylko desperację budżetową.
A sam mechanizm? Najpierw 15%, potem 10% – to dobre rozwiązanie?
Powiedziałbym, że raczej nieprzemyślane. Wymagałoby to głębszej refleksji. Miesiąc temu w Sejmie omawiano sprawozdanie z wykonania budżetu za 2024 rok. I proszę sobie wyobrazić: jedyną kategorią akcyzy, gdzie wpływy spadły, było… piwo. Najczęściej kupowany alkohol w Polsce! To pokazuje, że mechanizm nie działa. A rząd odpowiada: podwyższymy wszystkim. To proste, ale krótkowzroczne.
Jak można się dowiedzieć z mediów, podwyżka akcyzy do takich poziomów oznaczałaby, że butelka mocniejszego alkoholu kosztowałaby ok. 40 zł, a piwo średnio nawet 10 zł. Czy to nie doprowadzi do przemytu, czy nawet powrotu do szarej strefy
Dokładnie. Każda nadmierna restrykcja fiskalna w tej branży oznacza ryzyko wzrostu przemytu i czarnego rynku. Tak było zawsze w przypadku wyrobów tytoniowych, tak samo będzie z alkoholem. Alkohol zza wschodniej granicy, podróbki, bimber – to wszystko wróci. Do tego dochodzi import z krajów unijnych, np. Czech czy Niemiec. Paradoksalnie więc polscy producenci mogą stracić, a zyskają zagraniczne koncerny i szara strefa. A konsumenci – zwłaszcza osoby uzależnione – sięgną po najtańsze, najgorszej jakości trunki. Efekt? Spadek wpływów z akcyzy i jednocześnie większe obciążenie dla służby zdrowia.
Nie przypomina to trochę lat 90. w Polsce, a nawet prohibicji w USA?
Różnica jest zasadnicza. W USA w latach 20. wprowadzono pełny zakaz – u nas nie ma mowy o zakazie, tylko o drastycznym podniesieniu kosztów. Ale efekt psychologiczny może być podobny: rząd powie, że działa dla naszego dobra, a w praktyce Polacy będą pić więcej alkoholu niskiej jakości albo nielegalnego. To droga donikąd.
Czyli podwyżki akcyzy mogą nawet zmniejszyć wpływy budżetowe?
Tak, tu działa tzw. krzywa Laffera. Do pewnego momentu podatek daje większe wpływy, ale gdy przesadzimy, wpływy spadają. Konsumenci uciekają w szarą strefę, przemyt, podróbki. To zagrożenie jest realne.
A może problem leży nie w akcyzie, ale w reklamie alkoholu?
Właśnie! Od ponad 20 lat w Polsce reklama piwa jest w pełni legalna, pod pewnymi warunkami, ale jednak. Widzimy reklamy piwa na przystankach, w telewizji, na imprezach sportowych. Co więcej, producenci piwa bezalkoholowego umiejętnie oswajają młodych ze smakiem i kulturą picia – to tworzy potencjalny rynek zbytu na przyszłość. WHO jednoznacznie mówi: największym problemem jest reklama alkoholu, nie brak akcyzy. Jeśli chcemy ograniczać konsumpcję, trzeba zacząć od zakazu reklamy, a także rozważyć ograniczenie godzin sprzedaży czy limitów ilościowych, jak w krajach skandynawskich. To byłoby podejście systemowe.
A co z argumentem, że rząd sięga po alkohol, bo to najłatwiejszy cel – produkt masowy, spożywany przez wszystkich?
To prawda. Alkohol nie jest produktem luksusowym. Spożywa go i biedniejszy, i bogatszy. Dlatego z punktu widzenia fiskusa to „łatwa zdobycz”. Podniesienie akcyzy oznacza szybki dopływ gotówki. Ale to działanie krótkoterminowe i obarczone ogromnymi ryzykami. Jeśli naprawdę chcemy walczyć z patologiami, to trzeba podejść do tego w sposób przemyślany, a nie prostą podwyżką podatku.
Uprzejmie dziękuję Panie Profesorze za rozmowę.