Brukselski think tank przeanalizował sprawę decyzji, jakie były przedmiotem działań Berlina ws. przekazania a następnie wycofania się z tego, pocisków manewrujących Taurus dla Ukrainy.

Warto podkreślić, że naciski dotyczące dostaw niemieckich pocisków manewrujących były przedmiotem działań Francji i Niemiec.

Jako pierwszy informację o wycofaniu się Scholza z wysłania pocisków Kijowowi przekazał środę dziennik "Bild", co następnie potwierdziła niemiecka telewizja ARD.

Jak podano Berlin ma się rzekomo obawiać oskarżenia ze strony Moskwy, gdyż armia ukraińska mogłaby ich użyć do ataku na Most Kerczeński łączący Rosję z okupowanym Krymem.

"Zarówno Francja, jak i Wielka Brytania wzywały niemiecki rząd do dostarczenia pocisków, ale Scholz skupił się na różnicach prawnych. Brytyjczycy i Francuzi mają własne oddziały na Ukrainie, które kontrolują geodane dla pocisków. W Niemczech Bundestag musiałby wyrazić zgodę na rozmieszczenie niemieckich wojsk za granicą. (...) Jak to się coraz częściej zdarza, Scholz chowa się za techniczną wymówką, aby nie musieć ujawniać prawdziwego powodu" – czytamy w analizie brukselskiego instytutu Eurointelligence.

W opinii think tanku w Bundestag nie miały problemów ze znalezieniem większości to poparcia takiej decyzji, ale Szolz „nie chce przekroczyć czerwonej linii, jaką byłoby wysłanie niemieckich żołnierzy na Ukrainę”, a przede wszystkim, aby „niemiecki sprzęt wojskowy został wykorzystany do ataku na Rosję”.

Okazuje się też, że – czytamy – podzielone są zdania co do wyzwolenia Krymu, który jak wiadomo, jest oczkiem w głowie rosyjskiego zbrodniarza Władimira Putina, chociaż – jak utrzymują – nie chcą, aby Rosja wygrała wojnę z Ukrainą.

Instytut stwierdza też jednoznacznie, że "Scholz prowadzi podwójną grę, tak jak to robił przez całą wojnę".