Wczoraj, w czasie Festiwalu Filmowego w Wenecji swoją światową premierę miał film Agnieszki Holland „Zielona granica”, w którym reżyserka dzieli się swoją interpretacją kryzysu na polsko-białoruskiej granicy wywołanego przez reżim Aleksandra Łukaszenki, który sprowadzał nielegalnych migrantów z Bliskiego Wschodu, chcąc zdestabilizować sytuację w krajach Unii Europejskiej przed wybuchem wojny na Ukrainie i związanej z tym falą uchodźców wojennych. Co ważne, zależne od Kremla służby Łukaszenki kontynuują „Operację Śluza”, wciąż próbując przepychać do Polski migrantów ekonomicznych z Bliskiego Wschodu i Azji.

W Wenecji obraz, który minister Zbigniew Ziobro porównał do nazistowskiej propagandy, został przyjęty z ogromnym entuzjazmem. Na udostępnianych w mediach społecznościowych filmach zarejestrowano kilkunastominutowe owacje na stojąco.

- „Film opowiada o tym, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej. Przedstawia odpowiedzi polityków, sił zbrojnych, uchodźców, aktywistów i mieszkańców regionu na to wyzwanie. Zależało nam, by uchwycić ten temat w całej jego złożoności. Chcieliśmy również udzielić głosu tym, którzy są go pozbawieni”

- mówiła na poprzedzającej premierę konferencji prasowej reżyserka.

Red. Warzecha pyta o Ibrahima

Tymczasem dziennikarze zwracają uwagę na znaczenie filmu w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych w Polsce. Polscy widzowie obejrzą go na przełomie września i października, czym w ocenie wielu komentatorów Agnieszka Holland wyświadczyła niedźwiedzią przysługę opozycji. Na łamach portalu DoRzeczy.pl red. Łukasz Warzecha przyznaje, że chciałby być obok Donalda Tuska, kiedy ten dowiedział się o najnowszej produkcji Holland.

- „Po obejrzeniu zwiastunów na YouTube przejrzałem sekcję komentarzy. Czegoś takiego, muszę przyznać, dawno nie widziałem. Jakieś 98 proc. to były podziękowania i pochwały pod adresem Straży Granicznej i żołnierzy oraz różne wyrazy pod adresem pani Holland, które nie nadają się do powtórzenia. Przypuszczam jednak, że wielka pani reżyser w takie miejsca jak komentarze na YouTube nie zagląda”

- odnotowuje dziennikarz.

Komentarze te są wyrazem podejścia Polaków do wizji polityki migracyjnej postulowanej przez reżyserkę, a jeszcze do niedawna otwarcie demonstrowanej przez polityków totalnej opozycji, przepychających się z funkcjonariuszami Straży Granicznej. W ocenie red. Warzechy, obejrzenie „Zielonej granicy” może zmobilizować część Polaków do oddania w wyborach głosu na Prawo i Sprawiedliwość.

- „A zatrzymanie tych właśnie ludzi w domach to dzisiaj dla przewodniczącego PO jeden z najważniejszych celów”

- zauważa publicysta.

Autor zaznacza przy tym, że „pani Holland jako artystka i twórca filmowy ma pełne prawo tworzyć dowolne dzieła”.

- „Mogłaby nawet nakręcić historię legendarnego kota, który przywędrował do Polski wraz z afgańską rodziną, przechodząc tysiące kilometrów i powiązać to z opowieścią o nie mniej słynnym Ibrahimie, który przez sześć dni płynął rzeką, nie jedząc i nie pijąc. Właściwie jestem trochę zawiedziony, że to nie o tej dwójce jest film pani Holland, bo wtedy chyba bym się złamał i poszedł do kina”

- pisze red. Warzecha.

Nie mając wątpliwości, że film wpisuje się w „sztukę zaangażowaną” i ma kształtować rzeczywistość polityczną, publicysta „Do Rzeczy” nie ma też wątpliwości, że odniesie skutek odwrotny od zamierzonego przez autorkę.

- „Można było pewnie wymyślić subtelniejszy sposób na uderzenie w politykę obecnej władzy w kontekście jej podejścia do migracji, ale to wymagałoby pewnego sprytu, subtelności i elastyczności. To są wszystko cechy uzależnione od inteligencji twórcy, a tej, jako się rzekło, w tym wypadku nie staje”

- podsumowuje.