Wczoraj, w czasie Festiwalu Filmowego w Wenecji swoją światową premierę miał film Agnieszki Holland „Zielona granica”, w którym reżyserka dzieli się swoją interpretacją kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. Polscy widzowie będą mogli zobaczyć film dopiero 22 września. Już sam zwiastun dowodzi jednak jaka byłą intencja twórców. W bohaterski sposób strzegący polsko-białoruskiej granicy funkcjonariusze są czarnym charakterem. Działaniom władz przeciwstawia się natomiast lokalna społeczność, która organizuje pomoc dla cudzoziemców. Wszystko to prezentują znani z zaangażowania w „obalanie PiS-u” aktorzy z Mają Ostaszewską i Maciejem Stuhrem na czele.

Forma, w jakiej reżyserka zaprezentowała działania polskich władz - będzące odpowiedzią na próbę destabilizacji kraju w przeddzień rozpoczęcia wojny na Ukrainie - natychmiast wywołała oburzenie zachodnich dziennikarzy. Po wczorajszej premierze recenzja filmu ukazała się w serwisie brytyjskiego „The Guardian”, której autor zarzuca Polakom ksenofobię.

- „Białoruska strategia destabilizacji zielonej granicy pomaga wpędzić Polskę w paranoidalną ksenofobię, a dokładnie w nastrój geopolityczny, który Łukaszenka (i Putin) uważa za odpowiedni”

- twierdzi Peter Bradshaw.

Aktywistów działających na granicy publicysta porównuje do partyzantów, a sprzeciwiających się nielegalnej migracji mieszkańców do… szmalcowników. W kontekście działalności polskich służb pisze z kolei o „brutalności w mundurach”.

- „Kiedy afgańska nauczycielka języka angielskiego Leila (Behi Djanati Atai) natrafia na zaorane pole i żałośnie prosi polskiego rolnika o wodę, ten zobowiązuje się, a nawet daje jej trochę jabłek i wskazuje gospodarstwo, w którym można uzyskać dodatkową pomoc. Ale kiedy odwraca się i widzi, jak dzwoni do kogoś na komórkę, wpada w panikę i ucieka z powrotem na skraj lasu, a on woła za nią: Czekaj!. Czy naprawdę chciał pomóc? A może doniesie na nią władzom? Rolnicy w okupowanej Polsce czy okupowanej Francji musieli wyglądać podobnie dwuznacznie”

- czytamy.