W umowie koalicyjnej rządu Olafa Scholza znalazł się fragment dot. federalizacji Unii Europejskiej, w której Niemcy, będąc najsilniejszym państwem członkowskim, miałyby odegrać kluczową rolę. Pomysł zjednoczenia Unii Europejskiej pod niemieckim przywództwem nie wszystkim się podoba, ale Berlin znalazł sposób na wymuszenie zmian. W tym celu postanowił wykorzystać dramatyczną sytuację Ukrainy.
- „Niemcy zgodzą się na przystąpienie nowych państw członkowskich tylko wtedy, gdy procesowi temu towarzyszyć będzie reforma UE, tak aby nie zagrozić zdolności bloku do działania”
- oświadczył na niedawnej konferencji organizowanej przez Euractiv Jörg Kukies, sekretarz stanu w Kancelarii Federalnej i główny doradca kanclerza Olafa Scholza.
Reformy te to naturalnie odejście od zasady jednomyślności. Byłby to dla Berlina przełom w budowie czegoś, co coraz częściej określa się „IV Rzeszą”.
Sprawę skomentował na łamach „Rzeczpospolitej” były szef MON dr Jan Parys, który przypomniał, że kilka miesięcy temu zablokowano w UE dyskusję na temat zmian w traktatach.
- „Teraz z Berlina usłyszeliśmy, że nie będzie Ukrainy w UE, o ile wcześniej nie zagwarantujemy Niemcom pozycji hegemona w Europie”
- wskazuje.
Autor podkreśla, że „jest rzeczą oczywistą, iż pokój w Europie wymaga, by Ukraina stała się członkiem Unii Europejskiej”. Tymczasem „z deklaracji Jörga Kukiesa wynika, że wojna będzie trwała dopóty, dopóki wszystkie kraje unijne nie pogodzą się z niemiecką dominacją”.
- „Z Berlina słyszymy szantaż: jak nie uznacie niemieckiej hegemonii, to będziecie mieć dalej wojnę w Europie. Taka jest konsekwencja najnowszego stanowiska Niemiec”
- wyjaśnia dr Parys.
W ten sposób Europejczycy mają „wybierać między dżumą a cholerą”, a Niemcy kolejny raz udowadniają, że „liczy się jedynie dominacja nad innymi państwami”.
