Biało-Czerwoni, by marzyć o zajęciu choćby drugiego miejsca w grupie, premiowanego bezpośrednim awansem do turnieju Euro, musieli pokonać wczoraj Czechów, a potem jeszcze wierzyć w to, że Mołdawia skradnie tymże Czechom punkty na ich terenie.
Robert Lewandowski i spółka postanowili jednak zaoszczędzić polskim kibicom tego niepotrzebnego stresu związanego z oczekiwaniem na pozytywny dla nas wynik konfrontacji Czechów z Mołdawią i zaledwie zremisowali wczoraj z rywalami zza południowej granicy.
Biało-Czerwoni przystąpili do meczu osłabieni brakiem chorego Piotra Zielińskiego. W kadrze zabrakło również niepowołanych przez selekcjonera Michała Probierza – Arkadiusza Milika, Matty Casha czy Krzysztofa Piątka.
Polacy objęli prowadzenie po golu piłkarza bułgarskiego Łudogorca – Jakuba Piotrowskiego w 38 minucie spotkania.
Jednak już zaledwie 4 minuty po przerwie radość z korzystnego wyniku niespełna 57 tysięcy widzów na Stadionie Narodowym, uciszył wyrównującym golem Tomas Soucek.
Podopieczni Probierza starali się przełamać rywala, ale Czesi niejednokrotnie groźnie odcinali się Polakom i w rzeczywistości to właśnie oni byli bliżsi uzyskania zwycięskiego trafienia.
Polska ostatecznie zremisowała z Czechami 1:1, kończąc tym samym żenujący serial, jakim były całe te eliminacje, które nasz zespół może ostatecznie zakończyć na wstydliwym przedostatnim miejscu, jedynie przed Wyspami Owczymi.
Poza wspomnianymi Farerami, Biało-Czerwoni wygrali tylko jeden mecz – z Albanią, która bezapelacyjnie wygrała tę grupę.
Zarówno Michał Probierz, jak i kapitan reprezentacji Robert Lewandowski próbowali po meczu przekonywać, że widzieli w grze Biało-Czerwonych przeciwko Czechom wiele pozytywów.
Cóż, może po prostu mamy w stosunku do naszych piłkarzy, grających niejednokrotnie w czołowych klubach świata, zbyt wielkie wymagania i powinniśmy się cieszyć z każdej udanej akcji, każdego udanego zagrania oraz podjętej na boisku walki. Czyli z rzeczy oczywistych.
W kontekście spektakularnej kompromitacji Biało-Czerwonych w zakończonej wczoraj dla nas kampanii eliminacyjnej, z ogromnym szacunkiem należy podejść do osiągnięć Jerzego Brzęczka, który bez poniesionej porażki wprowadził Polaków na poprzednie Euro, czy Czesława Michniewicza, który awansował w barażu ze Szwecją na Mistrzostwa świata, a potem jeszcze wyszedł z tą drużyną z mundialowej grupy.
Obu wspomnianych selekcjonerów zwolniła reprezentacyjna szatnia z Robertem Lewandowskim na czele. I to ona powinna teraz ponieść odpowiedzialność za totalną klęskę Biało-Czerwonych, największą od co najmniej dekady.
Polacy, dzięki finezyjnemu regulaminowi UEFA oraz przyzwoitym wynikom osiąganym w lekceważonej wcześniej przez wielu Lidze Narodów, pomimo katastrofalnej postawy w mijających eliminacjach, wciąż zachowali jeszcze szanse na awans z barażów do niemieckiego Euro.
W marcu Biało-Czerwoni powalczą w tychże barażach o awans najprawdopodobniej – najpierw z Estonią, a potem być może nawet z Włochami lub Chorwacją, a jeśli dopisze nam szczęście to z Walią, Norwegią czy Ukrainą. Jednym słowem uroczystości żałobne polskiej reprezentacji zostały przedłużone jeszcze o następnych kilka miesięcy.
