„Gazeta Wyborcza” poinformowała wczoraj, że władze Nowej Lewicy zawiesiły poseł Beatę Maciejewską. To następstwo nagrań, która w jej biurze miał rejestrować przez kilka miesięcy jego pracownik. Parlamentarzystka „miała źle wypowiadać się o swoich współpracownikach, mobbingować ich i naruszać ich prawa pracownicze”, a przy tym „miała negatywnie wypowiadać się o kierownictwie partii i przewodniczącym Włodzimierzu Czarzastym”. Lewica zawiadomiła o sprawie również prokuraturę.
- „My nie jesteśmy prounijni, proeuropejscy, my jesteśmy, k***a, antypisowscy”
- miała mówić posłanka na jednym z nagrań.
O swojej sytuacji Maciejewska opowiedziała na antenie Radia Gdańsk przekonując, że celem działań wokół niej jest „wycięcie z list wyborczych”. Podkreśla, że padła ofiarą przestępstwa.
- „Zlecanie nagrania posłanki w jej biurze poselskim pracownikowi tego biura jest przestępstwem. I tak samo przyjmowanie takiego zlecenia, żeby nagrywać posłankę po to, żeby dwa lata później wyciąć ją z list wyborczych, jest przestępstwem”
- stwierdziła.
Zaznaczyła też, że została zawieszona z innych powodów niż przedstawiają to media.
- „Moi dotychczasowi szefowie stwierdzili, że – mogę zacytować, bo tego jeszcze nie mówiłam – z nagrań, które trafiły do współprzewodniczących partii, wynika, że Beata Maciejewska mogła dopuścić się czynu zabronionego o charakterze przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego”
- powiedziała.
Zapewniła, że na taśmach nie ma żadnego dowodów na rzekome stosowanie przez nią mobbingu.
- „Robert Biedroń najwyraźniej dzisiaj, razem z Włodzimierzem Czarzastym, Adrianem Zadbergiem i innymi osobami, które miały dostęp do tych taśm, stoją po stronie potencjalnego szantażysty. Tym bardziej że na taśmach są kompromitujące materiały, gdzie ja mówię, że – rzeczywiście – jedna z osób z klubu parlamentarnego stosuje mobbing wobec pracownika. Dlaczego to na przykład nie zostało przekazane do prokuratury?”
- dodała.
Oświadczyła, że będzie walczyć o swoje dobre imię i o to, aby opinia publiczna poznała prawdę na temat nagrań.
