Wildstein rozpoczął relację słowami: „Słuchajcie, nie uwierzycie. Niesamowite i muszę się tym podzielić. Byłem wczoraj wczesnym popołudniem odwiedzić przyjaciela, z fundacji pewnej, nie powiem jakiej, bo wyleje się kubeł hejtu, ale współpracującej z Caritasem”. Jak zaznaczył, rozmowa dotyczyła wyłącznie możliwości włączenia się w pomoc dla dzieci znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji materialnej.

Największe zaskoczenie — według autora — przyszło jednak później. „Nikt nie chciał, żebym nazywał ludzi, którzy mają inne poglądy, sepsą, rakiem czy inną, potworną chorobą. Żebym przy okazji wygłaszał publiczne zachwyty i modły do jakiegoś polityka. Żebym atakował przy tej okazji jakąś telewizję, bo jest krytyczna wobec akcji. Żebym popierał cenzurę i ataki na wolne media” — pisze.

Dalej Wildstein wylicza kolejne sytuacje, które — jak stwierdza — nie miały miejsca podczas rozmów o pomocy charytatywnej. „Nikt nie chciał, żebym życzył tym, którzy nie wspierają tej akcji, żeby ‘zdechli’ oraz ‘żeby ich dzieci umarły’. Nikt nie prosił mnie, żebym pisał o tych, którzy nie wspierają, że są szmatami, ludźmi bez serca, podłymi świniami” — cytuje.

Autor zaznaczył również, że nie spotkał się z oczekiwaniem, by przy okazji wsparcia potrzebujących angażować się w spory polityczne. „I nikt też nie chciał, żebym przy okazji zbiórki wspierał patologiczną, przemocową, skorumpowaną i populistyczną władzę” — dodaje.

Wpis zawiera także fragment poświęcony kwestii transparentności finansowej.

„A jak się spytałem, czy dostanę po tej akcji rozliczenia — nikt nie nazwał mnie śmieciem, sepsą, faszystą i bydlakiem”. Jak podkreślił, nie oczekiwano od niego również wartościowania uczestników akcji: „W końcu — nikt mnie nie prosił, żebym opisywał ludzi, którzy biorą w tej akcji udział, jako ‘lepszych, Uśmiechniętych Polaków’” – czytamy dalej.

Publicysta podsumował swoje doświadczenie pytaniem skierowanym do czytelników: „Uwierzycie w to? Że można pomagać bez takiego syfu? Bez nienawiści i politycznego hejtu oraz partyjnych zamówień?”. Następnie dodał gorzką uwagę: „Bo ja, po latach działalności Owsiaka i WOŚP, zapomniałem”.

W końcowych akapitach autor sformułował ogólniejszą tezę dotyczącą sensu działań dobroczynnych. „I na koniec — każdy, kto robi, przy okazji charytatywności, hejt, dzieli i atakuje — ten niszczy wszystko to, co w pomaganiu najważniejsze. Nieważne, czy mowa o serduszkach czy czymkolwiek innym” — napisał.

Wpis zakończył prowokacyjną puentą, odnoszącą się do spodziewanej reakcji krytyków: „A teraz zapraszam tolerancyjnych i miłujących dobro fanów Owsiaka do wysyłania mnie do gazu, życzenia śmierci mojej rodzinie etc., bo to wasz znany i ‘lubiany’ standard WOŚPowy i Uśmiechniętej Polski”. Dodał również postscriptum: „algorytmy często tną zasięgi moich wpisów. Jeśli ten post wydaje Ci się ważny — proszę, podaj go dalej”.