O 4-dniowym tygodniu pracy szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej mówiła na początku miesiąca w wywiadzie dla „Faktu”. Wskazała, że trwa już pilotaż tego projektu. Pracę do czterech dni w tygodniu przy dotychczasowym wynagrodzeniu skrócił swoim urzędnikom prezydent Leszna. Wprowadzenie podobnego rozwiązania od września w Urzędzie Miasta Włocławek zapowiedział prezydent Krzysztof Kukucki.
Różnica jest taka, że ten straszny kapitalista płaci na pracowników z WŁASNEJ kieszeni, a urzędnicy, którym skrócono czas pracy, dostają wypłaty z pieniędzy Polaków. Ale Wy tego nie zrozumiecie, bo poziom Waszego intelektu jest na takim poziomie, jak ten Wasz żałosny obrazek.
— Konrad Berkowicz (@KonradBerkowicz) August 9, 2024
W resorcie trwają jeszcze analizy, czy lepszy jest 4-dniowy tydzień pracy czy jednak 7-godzinny dzień pracy. Minister oświadczyła, że kierowany przez nią resort do sprawy podchodzi „bardzo poważnie, z dużą odpowiedzialnością, której taka rewolucyjna zmiana wymaga”.
Tymczasem przed dramatycznymi konsekwencjami tego projektu swoją koleżankę z rządu przestrzega minister rozwoju i technologii Krzysztof Paszyk.
- „Chciałbym przestrzec panią minister Dziemianowicz-Bąk przed dalszym brnięciem w pomysł 4-dniowego tygodnia pracy, jeśli nie chce być ministrą, która doprowadzi do kolejnych bankructw setek tysięcy polskich przedsiębiorców. Jeśli nie chce być ministrą, która doprowadzi do zapaści na rynku pracy”
- powiedział na konferencji prasowej.
Zwrócił też uwagę, że taka zmiana wpłynęłaby na poziom płac.
- „Lepiej, pani ministro, niech pani nie idzie tą drogą”
- przestrzegł.
Równie krytyczne pomysł skomentowała minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.
- „Czterodniowy tydzień pracy nie byłby dobrym rozwiązaniem w obecnych czasach w Polsce ze względu na sytuację demograficzną, która oznaczać będzie spadek relacji liczby pracujących do emerytów (z ponad 3 obecnie do ok. 1,7 w 2050 r.)”
- wyjaśniła.
