Fronda.pl: PiS uzyskało największe poparcie w wyborach parlamentarnych, ale wiele wskazuje na to, że to obecna opozycja stworzy nowy rząd. Czego spodziewa się Pan po rządzie sformowanym przez obóz opozycyjny w zakresie obronności i zbrojeń?
Michał Jach (poseł PiS, przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej, major WP w stanie spoczynku): Szczerze mówiąc nie myślałem, że będzie aż tak źle. A okazuje się, że choć nie ma jeszcze nawet zaczątków rządu skonstruowanego przez obecną opozycję to były minister obrony w rządzie Donalda Tuska - Tomasz Siemoniak już mówi publicznie o tym, że polska armia jest rzekomo za duża. I że jej liczebność nie powinna przekraczać 150 tysięcy żołnierzy. Trzeba przyznać, że w likwidacji zasobów polskiej armii ta ekipa polityczna ma rzeczywiście imponujące doświadczenie.
W sytuacji, gdy obecnie stan liczebny polskiej armii już dobiega do 190 tysięcy żołnierzy, postulat skurczenia jej do wspomnianych 150 tysięcy w sposób oczywisty wymusza nieuchronność zwolnień w polskim wojsku. Ta zapowiedź rzeczywiście mnie zmroziła. Choć z drugiej strony, znając podejście tego obozu politycznego do zagadnienia bezpieczeństwa Polski, nie powinienem być tym wszystkim jednak nadmiernie zaskoczony.
Tomasz Siemoniak twierdzi, że budowa trzystutysięcznej armii przekracza polskie możliwości. Kilka dni temu minister Błaszczak oznajmił, że Wojsko Polskie liczy obecnie 187 tys. żołnierzy, więc jeśli traktować poważnie słowa Siemoniaka, rzeczywiście oznaczałyby one prawdziwą falę zwolnień w Siłach Zbrojnych RP, likwidację jednostek i w efekcie zmniejszenie bezpieczeństwa Polski. Czy obóz Tuska rzeczywiście do tego się posunie czy jednak mamy do czynienia, przynajmniej na razie, z pewnego rodzaju badaniem reakcji na tego rodzaju postulaty?
Tomasz Siemoniak uchodzi w Platformie Obywatelskiej za prominentnego i na pewno ważnego polityka. Zresztą nigdy nie był on nadmiernie „wyrywny” swoich wypowiedziach publicznych, więc raczej traktowałbym bardzo poważnie jego zapowiedzi. Nie ukrywam, że po tych jego słowach widzę naprawdę bardzo poważne zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Tym bardziej, że nie od dziś Siemoniak jest bardzo bliskim współpracownikiem Donalda Tuska.
Czy uważa Pan, że w tym rządzie przeważy koncepcja rozbrajania Polski w oparciu o przekonanie, że samo członkostwo w organizacjach międzynarodowych da nam bezpieczeństwo?
Argumenty za tym, żeby czegoś nie robić zawsze się znajdą. W tym przypadku również. Oczywiście nie ma wątpliwości, że przynależymy do sojuszu najlepszego i najsilniejszego w całej historii naszej cywilizacji i nie boję się tego powiedzieć o NATO. Powtarzałem to wielokrotnie, niezależnie od tego, kto akurat rządzi w naszym kraju. Natomiast fakt, że nieodzowną koniecznością jest posiadanie własnej silnej armii, aby móc liczyć na pomoc innych, ciężko w jakikolwiek sposób zakwestionować.
Panie redaktorze warto też w tym wszystkim zwrócić uwagę na to, jakie w ogóle cele stawia przed polską armią obóz polityczny z Donaldem Tuskiem na czele. Bo jeśli będziemy tu mieli do czynienia z powrotem doktryny obronnej opartej o linię Wisły to wówczas rzeczywiście 150-tysięczna armia wydaje się w zupełności wystarczyć. Jeżeli jednak chcemy bronić każdej piędzi naszej ojczystej ziemi, to 150 tysięcu żołnierzy jest liczbą zdecydowanie niewystarczającą.
Pana zdaniem realnym jest niebezpieczeństwo powrotu przez ekipę Donalda Tuska do doktryny obronnej opartej o linię Wisły?
Tego oczywiście nie wiem. Ale problem jest taki, że taka doktryna w okresie sprawowania rządów przez Platformę Obywatelską rzeczywiście istniała i funkcjonowała. Oczywiście zawarta i sformułowana była ona w tajnych dokumentach. Niemniej jednak trzeba też powiedzieć, że w kręgach osób świadomych problemu, istnienie tego rodzaju doktryny było swego rodzaju tajemnicą poliszynela. Mogę przyznać, że jako poseł opozycji w latach 2011-2015 doskonale wiedziałem, że taka doktryna w Polsce rządzonej przez koalicję PO=PSL obowiązuje. O tym się mówiło i to nie tylko w kuluarach, czy na posiedzeniach niejawnych.
Dlatego też obcinano regularnie budżet obronny w czasach sprawowania władzy przez Tuska. Nigdy nie zdarzyło się, aby został on zrealizowany przez ministerstwo obrony narodowej zarządzane przez wspomnianego Tomasza Siemoniaka czy też Bogdana Klicha. Zresztą Klich jako szef MON to już w ogóle był „mistrzem świata” jeśli chodzi o dzieło likwidacji polskich sił zbrojnych. Po nim również Siemoniak kontynuował to, może z nieco mniejszym natężeniem, ale liczba żołnierzy w naszej armii z roku na rok systematycznie malała. A żadnych istotnych zakupów sprzętu wojskowego czy uzbrojenia nie realizowano.
Dość powiedzieć że przez pełne osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej budżet ministerstwa obrony narodowej ani razu nie został zrealizowany po stronie wydatków. Niby nie było wówczas tych pieniędzy na wojsko, a jednak MON regularnie oddawał z własnych zasobów miliardy złotych do budżetu państwa. Łącznie było to 12 miliardów złotych, a więc tyle, ile kosztowało wówczas 48 samolotów F16.
Za rządów Zjednoczonej Prawicy udało się doprowadzić do zwiększenia współpracy z Koreą Południową oraz Stanami Zjednoczonymi. Wiatru w żagle nabrał też krajowy przemysł zbrojeniowy. Czy możemy się spodziewać kontynuacji w tym zakresie przez nową ekipę rządzącą?
Pewne umowy są już tu tak zaawansowane w ich realizacji, że ewentualne odstąpienie od nich przez nową ekipę rządzącą wiązałoby się z bardzo kosztownymi konsekwencjami dla budżetu naszego państwa. A jednak po tych zapowiedziach Siemoniaka chyba niestety wszystkiego możemy się już spodziewać. Dodatkowo znając umiejętności zarządzania budżetem w wykonaniu tej ekipy, niestety czarno widzę przyszłość polskiego przemysłu zbrojeniowego, jak i przyszłość kontraktów, zarówno tych już podpisanych, jak i tych, które były dopiero w fazie przygotowania.
Czy nowy rząd opozycyjny może, jeśli nie zerwać to jednak znacznie rozluźnić współpracę z Koreańczykami na rzecz współpracy z pełniącymi wiodącą rolę w Unii Europejskiej Niemcami - pod szyldem budowania „solidarności europejskiej”?
Niemcy obecnie mają poważny problem. Kiedyś dysponowali oni bowiem naprawdę znakomitym przemysłem zbrojeniowym. Jednak w tej chwili ich potencjał produkcyjny jest absolutnie nieporównywalny do tego sprzed 30 czy 40 lat. Dość powiedzieć, że główny producent słynnych niemieckich czołgów Leopard deklaruje, że jest w stanie produkować rocznie maksymalnie 25 sztuk. A jeśli, jak się zapowiada, w 2026 roku owa produkcja zostanie zwiększona o 100 proc. to nadal Niemcy będą wypuszczać rocznie zaledwie 50 czołgów. To są twarde liczby. Po prostu nie da się stworzyć takiego systemu produkcji czołgów, że co 5 minut z taśmy zjeżdżać będzie nowy egzemplarz, jak może to wyglądać choćby w przypadku produkcji samochodów.
15 października uzyskał Pan najwyższe poparcie w historii wszystkich swoich startów do Sejmu, ale paradoksalnie mandatu poselskiego tym razem nie udało się zdobyć. Czy uważa Pan, że ten nowy Sejm przetrwa pełną kadencję?
Jestem osobą, która fascynuje się polityką, a do tego lubi analizować różne rzeczy, również takie, które są niezwykle skomplikowane i złożone. Jednak ciężko tutaj przewidzieć, w jakim kierunku te wydarzenia się potoczą, bo polityka wciąż jeszcze potrafi mnie bardzo mocno zaskakiwać. Mogą tutaj dziać się naprawdę różne rzeczy. Kluczowe jest pytanie, na ile ten jedyny wspólny punkt w programie tego szerokiego obozu, który najprawdopodobniej stworzy nowy rząd, a którym to punktem jest nienawiść do PiS będzie w stanie nimi kierować. Bowiem w przypadku innych kwestii naprawdę ciężko dopatrzeć się wspólnego mianownika dla tych licznych formacji, tworzących obóz prący obecnie do władzy. Poza tym ważne będzie i to, czy Tuskowi uda się spacyfikować swoje koalicyjne przystawki. Bo jeśli to mu się nie powiedzie, bardzo niełatwe może się okazać dotrwanie przez niego u sterów władzy do końca kadencji.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
