Ten mecz od samego początku ułożył się źle dla mistrzów Polski, którzy zmuszeni byli wystąpić bez swego kapitana, nieocenionego w defensywie Chorwata Zorana Arsenica, by o pauzującej od długiego czasu z powodu kontuzji największej gwieździe klubu z Częstochowy, Hiszpanie Ivim nie wspominać.

Dodatkowo nad Sosnowcem, gdzie rozgrywano spotkanie, gdyż stadion w Częstochowie nie spełnia wymogów UEFA, rozpętała się istna nawałnica, a rzęsisty deszcz w ogromnym stopniu uczynił murawę boiska niełatwą do grania.

Tego typu aura okazała się nie być sprzymierzeńcem zespołu z Częstochowy, bo już w 9 minucie spotkania, będący zazwyczaj pewnym punktem Rakowa bramkarz Vladan Kovacevic przepuścił do bramki odbitą od rumuńskiego obrońcy Racovitana, a sunącą z nienaturalnym poślizgiem po mokrej murawie piłkę, w efekcie czego goście objęli prowadzenie, niwecząc już na wstępie założenia taktyczne podopiecznych trenera Szwargi.

Zaledwie kilkanaście minut później, z powodu kontuzji boisko opuścić musiał nieoceniony w zespole Rakowa Brazylijczyk Jean Carlos Silva. A na kilka minut przed końcem pierwszej części meczu sędzia po weryfikacji VAR, z powodu minimalnej pozycji spalonej, nie uznał wyrównującego gola uzyskanego głową przez Greka Giannisa Papanikolau.

W zespole Rakowa tradycyjnie już bardzo dobrze zagrał występujący wczoraj pod nieobecność Arsenica z kapitańską opaską Chorwat Fran Tudor. Świetnie spisywał się również w środku pola Szwed Berggren. Szanse na zdobycie gola mieli też: Fabian Piasecki, a po przerwie również Sonny Kittel, lecz polskiemu bramkarzowi Kopenhagi – Kamilowi Grabarze udało się zachować czyste konto.

Remis tego wieczoru był jak najbardziej w zasięgu mistrzów Polski, ale w wielu momentach zabrakło przysłowiowego szczęścia.

W rewanżowym meczu w Danii Rakowowi Częstochowa będzie niewątpliwie ciężko odrobić straty i wywalczyć upragniony awans do Champions League, ale z pewnością nie jest to niemożliwe, a mistrzowie Polski przekonali się wczoraj, że FC Kopenhaga jest zespołem absolutnie w ich zasięgu.