- „Przed budynkiem parlamentu w Tbilisi zgromadziły się dziesiątki tysięcy osób. W ruch poszły armatki wodne, granaty hukowe, policyjne pałki, bomby z benzyną i kamienie. Gruzińska policja podjęła w środę nad ranem czasu lokalnego próbę rozbicia protestu przed parlamentem w Tbilisi przeciwko ustawie o "agentach zagranicznych" - pisał wtedy portal wp.pl.

Jak podały media, przyjęty projekt zmian wprowadzony przez partię Gruzińskie Marzenie, „nakłada na wszystkie organizacje, które otrzymują ponad 20 proc. swoich funduszy z zagranicy, obowiązek zarejestrowania się jako »zagraniczni agenci«”.

Ostatecznie w czwartek pod wpływem opinii publicznej rządząca partia Gruzińskie Marzenie poinformowała o wycofaniu się z uchwalenia niezwykle kontrowersyjnej ustawy, według której podmioty nie stosujące się do niej byłyby zmuszone do płacenie wysokich kar pieniężnych w przypadku wykrycia takiej sytuacji przez instytucje rządowe.

Do sprawy zamieszek w Tbilisi odniósł się w piątek szef MSZ Federacji Rosyjskiej Siergiej Ławrow porównując tę sytuację do ukraińskiego Majdanu. Czy to oznacza, że Rosja realnie ocenia coraz większą możliwość utraty wpływów w Gruzji?

- To bardzo podobne do kijowskiego Majdanu. Nie ma wątpliwości, że ustawa w sprawie rejestracji organizacji pozarządowych, które otrzymają finansowanie spoza granic kraju w wysokości co najmniej 20 proc. budżetu, była tylko pretekstem do, mówiąc ogólnie, zmiany władzy siłą – powiedział szef resortu spraw zagranicznych Rosji, dodając że celem Zachodu jest stworzenie punktu zapalnego na granicy Rosji.

Portal rp.pl podał w piątek, że Siergiej Ławrow zarzucił Zachodowi, że ten patrzy przychylnie na protesty opozycji w Gruzji, podczas gdy nie widzi problemu w potępianiu antyrządowych demonstracji w Mołdawii. W jego ocenie gruzińska opozycja sprzyja zachodnim interesom.