Fronda.pl: Kończymy Adwent – okres, który z jednej strony miał przygotować nas na pamiątkę Bożego Narodzenia, ale z drugiej również na powtórne przyjście Chrystusa. Ten eschatologiczny wymiar Adwentu zachęcał nas do sięgania po księgę Apokalipsy św. Jana. Adwent się kończy, ale nie kończą się kryzysy, które coraz dotkliwiej targają dziś światem i Kościołem. Apokalipsa jest księgą, co podkreśla Ksiądz Profesor w swojej najnowszej książce, pisaną dla Kościoła przeżywającego kryzysy - te przychodzące z zewnątrz i te rodzące się w jego wnętrzu. To drugi powód, który zachęca nas dziś do sięgania po ostatnią księgę Pisma Świętego. Jest to jednak księga niezwykle trudna w odbiorze. W jaki sposób przygotować się do tej lektury, aby ta trudność nas nie zniechęciła, a lektura była owocna? Gdzie szukać klucza do Apokalipsy św. Jana?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Chcąc znaleźć klucz do Apokalipsy św. Jana, należy pójść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, trzeba zastanowić się nad tym, co dziś stanowi nasze trudności, co przeszkadza nam w prowadzeniu prawdziwie chrześcijańskiego życia i na czym polegają kryzysy, z którymi na co dzień mamy do czynienia. Są to oczywiście kryzysy mające polityczne i społeczne podłoże, jak na przykład trwająca na Ukrainie wojna. Mierzymy się z kryzysami wynikającymi z uwarunkowań, które od czasu do czasu targają ludzkością, takimi jak pandemia. Dalej są to również kryzysy, które wynikają z samej głębi Kościoła – ze sposobu przeżywania wiary przez wierzących i tego wszystkiego, w czym chrześcijanie nie dosięgają do ideału chrześcijańskiego życia, a zwłaszcza tego, w czym księża nie dosięgają do ideału życia kapłańskiego.
Kiedy poczynimy już taką refleksję, przyglądając się głębokiemu podłożu naszych kryzysów, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie o to, jakimi oczyma patrzymy na tę rzeczywistość. Czy patrzymy na Kościół i na samych siebie jako na wyznawców Chrystusa oczyma świata, czy też staramy się patrzeć na świat oczyma Kościoła i wiary chrześcijańskiej.
W ten sposób dochodzimy do drugiego, bezpośrednio już dotyczącego Apokalipsy wymiaru. Lektura Apokalipsy, a w niej listów do siedmiu Kościołów, zachęca nas do odejścia od narzucanego nam dziś patrzenia na Kościół oczyma świata, do zmiany perspektywy i spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość oczyma Kościoła. Zachęca nas do patrzenia na Kościół oczyma Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelii. Tak właśnie stało się pod koniec I w., kiedy w latach 90. św. Jan Apostoł przebywał na wyspie Patmos. Św. Jan najpierw uważnie wsłuchał się w napływającą z siedmiu chrześcijańskich Kościołów w Azji Mniejszej diagnozę. Na tę diagnozę odpowiedział konkretnymi wskazówkami. Powiedział tym wspólnotom w jaki sposób mają postępować, aby wyjść z kryzysowej sytuacji. Te wskazania nie mają charakteru socjologicznego czy psychologicznego. One sięgają do samej głębi Ewangelii, do samej głębi orędzia Jezusa Chrystusa. Starają się to orędzie przenieść na poziom konkretnych wskazań i pouczeń, których potrzebowali ówcześni chrześcijanie.
W Kościele trwa proces synodalny. Pod adresem kierujących tym procesem hierarchów padają oskarżenia, że zbyt mało jednak wsłuchują się w głos Boga i patrzą oczyma Ewangelii, szukając raczej rozwiązań na gruncie socjologii i wsłuchując się w głos współczesnego świata. Pojawiają się głosy, że zamiast przyjąć tę postawę św. Jana i słuchać Boga, Kościół chce bardziej słuchać ludzi spoza Kościoła i ich wskazówek dot. tego, jaki ten Kościół powinien być.
Sądzę, że takie niebezpieczeństwo istnieje i jest ono bardzo groźne. Nazwałbym to groźbą horyzontalizacji Kościoła, czyli groźbą spojrzenia wyłącznie poziomego i spłaszczonego. To zagrożenie związane z rozglądaniem się wokół siebie i poleganiem na opinii ludzi będących blisko nas, ale również tych, którzy bardzo często są daleko od Kościoła i od chrześcijaństwa. Ta perspektywa potrzebuje uzupełnienia, a nawet zupełnego przewartościowania na rzecz spojrzenia pionowego. Perspektywa wertykalna kieruje nasz wzrok ku Panu Bogu. I to nie ku Bogu jakiejś koncepcji, idei religijnej, a ku Bogu, który objawił się nam w Jezusie Chrystusie. Otóż ten trynitarny wymiar naszej refleksji nad sobą jest niezwykle ważny, dlatego że on jest specyficznie chrześcijański.
Obecnie grożącym nam niebezpieczeństwem jest brak należytego spojrzenia i dowartościowania prawdy o Bogu, który objawił nam siebie w Jezusie Chrystusie. Nie ma należytego dowartościowania i wyeksponowania tajemnicy wcielenia Syna Bożego. Zwróćmy uwagę, że ta tajemnica dotyczy ludzkiego ciała. Bóg dla nas i dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, przyjął ludzkie ciało. U podstaw wiary chrześcijańskiej leży więc dowartościowanie cielesności. Skoro niewidzialny Bóg stał się człowiekiem, to ta cielesność nabiera nowego, absolutnie unikatowego znaczenia. W żadnej innej religii nie ma takiego dowartościowania cielesności. Tymczasem we współczesnym świecie to właśnie cielesność została wystawiona na szwank. To cielesność jest dziś szczególnie zagrożona. W tym wymiarze chrześcijaństwo jest współczesnemu człowiekowi bardzo potrzebne. Dlatego musimy przełożyć to, co stanowi trzon wiary chrześcijańskiej, na język współczesności, aby sprostać zapotrzebowaniom i zagrożeniom, które dotyczą godności ludzkiego ciała wynikającej z tajemnicy wcielenia Syna Bożego.
W swojej książce przygląda się Ksiądz Profesor zawartym w Apokalipsie siedmiu listom kierowanym do siedmiu Kościołów Azji. Każda z tych wspólnot zmagała się z innym kryzysem, z innymi problemami, na którego Bóg odpowiedział przez autora natchnionego. Któraś z nich jest szczególnie podobna do dzisiejszego Kościoła, któryś z tych kryzysów szczególnie przypomina kryzys, jaki obecnie dotyka Kościół?
Kryzysy, o których traktuje Apokalipsa św. Jana, można sprowadzić do trzech wymiarów. Po pierwsze są to kryzysy rodzące się na styku chrześcijaństwa i judaizmu. Jak wiemy, chrześcijaństwo wyrosło z religii biblijnego Izraela. Objawienie się Boga w Jezusie z Nazaretu wymagało odpowiedzi, która podzieliła tę wspólnotę. Jedni powiedzieli Jezusowi swoje „tak”, drudzy powiedzieli swoje „nie”. Z tych odpowiedzi wyrosły dwie siostrzane religie, które na rozmaite sposoby się od siebie różnią. To chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny. Na kartach listów mamy reminiscencję tych silnych napięć i konfrontacji między chrześcijaństwem a judaizmem rabinicznym. Dzisiaj panuje atmosfera dialogu pomiędzy katolikami a Żydami. Dialog ten naturalnie jest znacznie bardziej posunięty po stronie katolickiej niż żydowskiej. To nie znaczy jednak, że ustąpiły wszystkie dzielące nas różnice i zniknęły napięcia. One wciąż istnieją, dlatego wciąż należy stawiać pytanie o istotę wiary chrześcijańskiej.
Drugą obecną w tych listach płaszczyzną jest konfrontacja chrześcijaństwa z ówczesnym światem pogańskim. Istniała pokusa umiejscowienia Jezusa obok rozmaitych bóstw pogańskich, które wówczas czczono. Pokusa dodania do panteonu, w którym był Zeus, Atena czy Persefona, jeszcze jednego imieniem Jezus i czczenia Go jak pozostałe bóstwa. To była bardzo silna pokusa, równie silna jak pokusa judaizacji chrześcijaństwa. Św. Jan bardzo wyraźnie podkreśla w listach, że wiara w Jezusa Chrystusa, wyznawanie Go jako Boga, to absolutna nowość, która nie wpisuje się w kryteria i realia świata pogańskiego. Ta nauka pozostaje dziś aktualna, ponieważ również ta płaszczyzna ma swoje odbicie we współczesnym chrześcijaństwie. Istnieje obecnie ogromne niebezpieczeństwo synkretyzmu religijnego. Ktoś jedzie na dwutygodniową wycieczkę na Daleki Wschód i po powrocie jest zachwycony religiami Dalekiego Wschodu. Ktoś jedzie do Izraela, widzi tam modlących się Żydów pod Ścianą Płaczu, zachwyca się ich gorliwością i zaczyna się interesować żydowskimi świętami. Zapala chanukową świecę i nie przeżywa już radości z zapalenia lampek na choince, nie cieszy go już Boże Narodzenie. To groźba, która stale i na rozmaite sposoby daje o sobie znać. Tutaj więc również listy do siedmiu Kościołów pozostają aktualne.
Zostaje nam trzecia, równie ważna, choć pod wieloma względami jeszcze trudniejsza płaszczyzna. Wpisują się w nią te wszystkie trapiące Kościół kryzysy, które gnębią go od środka przez utratę gorliwości w wyznawaniu wiary. To skutek tego, że po prostu chrześcijanom powodzi się dobrze i podobnie jak poganie tworzą sobie gniazdka, które uznają za niebo i nie ma już przestrzeni na tęsknotę za Bogiem. Św. Jan pisze w liście do Kościoła w Laodycei: ty mówisz, że jesteś bogaty, jesteś pewny siebie, jesteś przekonany o własnej zasobności i samowystarczalności, a nie widzisz, że to ty jesteś i biedny, i ślepy, i nagi. To również pokusa dzisiejszego świata i dzisiejszego Kościoła. Obok rejonów, w których chrześcijanie są biedni, są rejony, w których powodzi im się bardzo dobrze. To Stany Zjednoczone, Europa Zachodnia, ale również Europa Środkowa - w tym Polska. Chrześcijanom często powodzi się tak dobrze, że choć ustami wyznają wiarę, to tak naprawdę stworzyli sobie świat, w którym Bóg staje się zbyteczny. I przed tym właśnie wyraźnie ostrzegają listy do siedmiu Kościołów.
Jednym z najmodniejszych haseł kończącego się roku była „apostazja”. Słyszeliśmy o kolejnych osobach, które postanowiły oficjalnie zrezygnować ze wspólnoty Kościoła. Kościołowi w Laodycei Bóg wyrzuca jego „letniość” stwierdzając, że już milsze byłoby Mu, gdyby chrześcijanie w tym mieście byli całkiem zimni, aniżeli letni. Jak w kontekście tych słów widzi Ksiądz Profesor apostazję tych, którzy najpewniej wcześniej nie byli szczególnie zaangażowani religijnie. Lepiej, że przez akt apostazji stają się zimni, niżby mieli pozostawać letnimi?
Nie podzielam tego pojawiającego się zwłaszcza w mediach bólu części katolików, spowodowanego apostazją tej czy innej osoby. To apostazja zbyt widowiskowa, aby była szczera. Ona była przez długi czas przygotowywana poprzez zupełną obojętność religijną, nieobecność w kościele, brak troski o wychowanie religijne swoje czy ewentualnie swoich dzieci. Była przygotowywana przez styl życia będący – nie ukrywajmy tego – dalekim od ducha Dekalogu. Deklaracja apostazji jest jedynie zewnętrznym aktem, który „przyklepuje” to, co od dawna się dzieje. Nie rozdzierałbym nad tym szat, ponieważ to nie jest apostazja, z jaką Kościół miał do czynienia na przykład w III w. po Chr. Wówczas przyczyną apostazji były prześladowania. Byli chrześcijanie, którzy wobec widma krwi i śmierci odchodzili od wiary. Wiemy o tym, bo kiedy prześladowania ustąpiły, osoby te do wiary powracały. Odbywały się całe synody, np. w Kartaginie, gdzie zastanawiano się, czy i jak przyjmować ich z powrotem do wspólnoty.
Ta apostazja, o której się obecnie mówi, to pojedyncze przypadki, nagłaśniane i po wielokroć pokazywane, przez co powstaje wrażenie, jakoby było to wielkie zjawisko. Ale to nie jest żadne wielkie zjawisko. Można jedynie współczuć tym ludziom.
Trzeba odróżnić przyczynę od pretekstów. To, o czym te osoby mówią, to preteksty. Przyczyny leżą natomiast gdzie indziej. Dlatego dobrze byłoby, aby również w Kościele, zwłaszcza ze strony kapłanów i biskupów, przyszła rzetelna refleksja. Musimy nauczyć się rozróżniać te rzeczy, aby nie rozdzierać szat nad jakimś apostatą, któremu zwyczajnie zależy na rozgłosie.
Jaka powinna więc być nasza postawa wobec osób, które chcą odejść z Kościoła?
Kiedy taka osoba przychodzi, aby zadeklarować swoje odejście od wiary, nie należy tej deklaracji przyjmować natychmiast. Należy zaproponować tej osobie czas na refleksję i poprosić, aby przyszła ponownie za kilka dni i wtedy potwierdziła lub zrzekła się tej deklaracji. Ta osoba musi usłyszeć, że w tym czasie będzie w sposób szczególny otoczona troską i modlitwą Kościoła. Właśnie na modlitwę ten czas należy wykorzystać. To wszystko, co możemy zrobić. Reszta jest dziełem Pana Boga. Człowiek otrzymał od Boga wolną wolę i chociaż to przykre, to może tę wolną wolę wykorzystać również przeciw Bogu. Może wykorzystać tę wolną wolę przeciw Kościołowi. Jeśli powodem odejścia z Kościoła są pojawiające się w nim zgorszenia, pojawiające się w nim zło, to trzeba też powiedzieć: do jednego zgorszenia jest dodawane kolejne zgorszenie w postaci apostazji.
Najbardziej znanym fragmentem Apokalipsy jest dziś ten mówiący o znamieniu bestii, które „na prawej ręce lub na czole” będą mieć „i mali, i wielcy”, a bez którego „nikt nie może nic kupić ni sprzedać”. Zdanie to jest oczywiście tak popularne za sprawą mikroczipów, które wszczepiane pod skórę pełnią rolę karty płatniczej. Łączenie tego apokaliptycznego proroctwa z zastępującym portfel implantem jest uzasadnione?
Odpowiem krótko – nie zajmuję się antychrześcijańskim ani antykatolickim folklorem. Nie znam się na tym i nie chcę się na tym znać, ponieważ trzeba patrzeć na wiarę i na treść Apokalipsy od strony orędzia zbawienia, które ona niesie, a nie od strony tego, co jest wykorzystywane do jakichś nadużyć czy pogańskich ekscesów, z którymi Apokalipsa bardzo mocno walczyła.
Chociaż nie w samej Apokalipsie, to w Listach św. Jana odnajdujemy postać Antychrysta. Katechizm Kościoła Katolickiego bardzo jasno wskazuje, że „oszustwo Antychrysta” jest „oszustwem pseudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza”. Dziś swoistą religią staje się nauka, za pomocą którą człowiek chce sam siebie zbawić. Projekt transhumanizmu, który w nadziei wielu uczyni człowieka nieśmiertelnym. Nowoczesne technologie, które zagarniają coraz więcej przestrzeni w naszym życiu, odbierając nam przy tym coraz więcej wolności. To może być ta rzeczywistość, którą św. Jan opisał jako Antychrysta?
Zajmuję się Bogiem, nie Antychrystem. W centrum mojej wiary jest Pan Bóg. Św. Jan, podobnie jak św. Paweł, wspomniał o Antychryście, ale nie jest to tematem moich specjalnych zainteresowań. W dziejach Kościoła pojawiały się rozmaite sekty, herezje i nadużycia, w których słusznie i zasadnie można było dopatrywać się działania Antychrysta. Wielu przemyśleń dostarcza w tym aspekcie pochodząca z przełomu XIX i XX wieku „Krótka opowieść o Antychryście” Włodzimierza Sołowjowa, podjęta zresztą przez papieża Benedykta XVI w jego trylogii o Jezusie z Nazaretu. Tam trzeba szukać inspiracji. Zamiast zajmować się jednak Antychrystem i jego działaniami w świecie, znacznie bezpieczniej jest zwrócić wzrok ku Panu Bogu z nadzieją, że Jego miłość i miłosierdzie przezwyciężą wszystko co złe i gnuśne.
Wracając jeszcze – jeśli Ksiądz Profesor pozwoli – do apokaliptycznych listów. Jak już Ksiądz wspomniał, jednym z głównych problemów trapiących Kościoły w Azji, na które odpowiadają te listy, była niechęć Żydów do chrześcijan. W Jerozolimie doszło w ostatnich miesiącach do aktu wyjątkowej solidarności katolików, prawosławnych i protestantów. Zjednoczyli się oni wobec działań izraelskich osadników, chcących przejąć chrześcijańskie nieruchomości. Dla nowonarodzonego Jezusa nie było miejsca w betlejemskiej gospodzie. Rzeczywistością mogą stać się obawy żyjących w Ziemi Świętej chrześcijan, wedle których może zabraknąć tam miejsca dla kolejnych pokoleń wyznawców Chrystusa?
Sytuacja jest bardzo skomplikowana i złożona. Dobrze się stało, że wreszcie chrześcijanie różnych wyznań przejrzeli na oczy, bo do tej pory byli w dużej mierze skonfliktowani między sobą i brakowało tam chrześcijańskiej solidarności. Dobrze więc, że rodzi się ta solidarność, kiedy pojawiają się wrogość i otwarte akty nienawiści wobec chrześcijaństwa. Jeżeli ta solidarność będzie większa, to nie pozwoli ona na wyrugowanie stamtąd chrześcijaństwa. Jeżeli jednak tej solidarności zabraknie, to oczywiście może dojść do sytuacji, w której miejsca święte zostaną przeobrażone w jakieś skanseny, które ludzie po opłaceniu biletów będą zwiedzać w sposób, w jaki zwiedza się skanseny właśnie.
Poza tą solidarnością ważna jest również postawa Stolicy Apostolskiej i postawa chrześcijan na całym świecie. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy sprawy Ziemi Świętej są dla nas w ogóle ważne. Czy te realia przestrzeni i czasu, które Ziemia Święta zabezpiecza, pozostają dla nas istotne, czy też Ziemia Święta nas w istocie nie interesuje - może być celem jakichś wycieczek czy nawet pielgrzymek, ale mamy swoje własne życie, własne kościoły i następuje oderwanie od tej ziemi, która jest ziemią wcielenia Syna Bożego.
Potrzebny jest ponadto realizm, także realizm polityczny. Każdy przypadek jakiegoś antysemityzmu czy antyżydowskości na terenie Europy i szerzej w świecie, zwłaszcza w świecie chrześcijańskim, jest natychmiast nagłaśniany, wyolbrzymiany, potępiany i karany. Analogicznie powinniśmy dołożyć wszelkich starań, żeby każdy przypadek zachowania antychrześcijańskiego był nagłośniony i również przedstawiony jako naganny. Musimy wykazać się w tym zdecydowanie takim samym potencjałem odwagi, jakim wykazuje się strona żydowska.
Zmagaliśmy się z pandemią koronawirusa, teraz zmagamy się z kryzysem gospodarczym obserwując brutalną wojnę za naszą wschodnią granicą. Z książki Księdza Profesora mocno wybrzmiewa jednak prawda o tym, że nihil novi sub sole. Przyglądając się rzeczywistości pierwszych chrześcijan i opisanych przez Księdza wspólnot zdajemy sobie sprawę, że podobne trudności zawsze towarzyszyły człowiekowi. Ludzkość zawsze mierzyła się z wojnami i kataklizmami. Chrześcijanie zawsze mierzyli się z nienawiścią niechrześcijan i podziałami we własnych wspólnotach. Dziś, kiedy te problemy są dla nas tak bardzo realne i dotkliwe, jaką powinniśmy przyjąć wobec nich postawę? Jaka jest synteza biblijnego przesłania dla człowieka żyjącego w kryzysie?
Synteza jest prosta. Mianowicie, należy kierować się tym, co pochodzi z wiary w Boga. Synteza to profetyczne spojrzenie na rzeczywistość, we wszystkich jej wymiarach: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Ten profetyczny dynamizm został w dużej mierze w Kościele zagubiony, dlatego że kierujemy się opiniami socjologów, psychologów, psychiatrów, polityków czy działaczy społecznych, nierzadko całą wiedzę o Kościele biorąc z Internetu, telewizji, doniesień prasowych i tylko na tym się opierając. Tymczasem potrzebna jest religijna diagnoza, religijna retrospekcja – wynikająca z modlitwy i głębokiej refleksji. Taka diagnoza ma zupełnie inny charakter. Po pierwsze musi być rzetelna, po drugie powinna być odważna. Brakuje nam często i rzetelności, i odwagi, bo wystarcza nam poleganie na tym, co dociera do nas jako gotowa „papka propagandowa”.
Ogromnym zadaniem dla Kościoła jest sięgnięcie głębiej, niepoprzestawanie tylko na propagandzie. Musimy doszukiwać się tego, co rzeczywiście jest potrzebne współczesnemu człowiekowi i wychodzić mu naprzeciw, dając to, co najważniejsze. Kościół musi wyjść naprzeciw człowiekowi głodnemu Boga. Bo dzisiejszy świat woła o Boga, nawet jeżeli nie jest tego do końca świadomy. I pod tym względem właśnie nihil novi sub soli – nic nowego pod słońcem. To zawsze było podstawowe wyzwanie, z którym Kościół powinien się zmagać.
Na koniec, jeśli mogą jeszcze prosić, czego życzy Ksiądz Profesor naszym czytelnikom na to Boże Narodzenie?
Na Boże Narodzenie życzę przede wszystkim tej radości, która pochodzi z betlejemskiej groty. Ta radość ma na imię miłość. W okolicach Bożego Narodzenia chętnie przytaczam bożonarodzeniową refleksję papieża Benedykta. Powiedział on, że gdy Jezus przyszedł na świat, to nie miał nic. Miał tylko ubogą stajenkę i minimum potrzebne człowiekowi do egzystencji, a nawet mniej niż to minimum. Ale – dodawał papież – nie mając nic, Jezus otrzymał to, co najważniejsze i czego człowiek najbardziej potrzebuje. Otrzymał miłość swojej matki i miłość swojego przybranego ojca. Dzisiaj dylemat wielu ludzi polega na tym, że mają za co żyć, ale nie mają po co żyć. Tu jest właśnie miejsce na miłość. Życzę więc wszystkim, aby przeżywając Boże Narodzenie, odkryli właśnie tę miłość, która nadaje sens życiu, nadaje życiu kierunek i sprawia, że życie staje się prawdziwym darem i wartością.
Ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski jest kierownikiem Katedry Egzegezy Starego Testamentu Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Spod jego pióra wyszło ponad 3 tys. publikacji naukowych i popularnonaukowych dot. problematyki biblijnej oraz relacji Kościoła z Żydami i judaizmem. W 2014 roku został pierwszym Polakiem wyróżnionym Nagrodą Ratzingera. W listopadzie nakładem wydawnictwa Fronda ukazała się jego książka: „Apokalipsa św. Jana. Listy do siedmiu Kościołów”.
