Końcówka drugiego tysiąclecia naszej ery naznaczona została szeregiem interwencji Maryi w dzieje Europy w postaci objawień. W 1917 roku w Fatimie Maryja mówiła do dzieci – wizjonerów – o dramatycznych wydarzeniach, jakie zagrażają Europie, mówiła też o trudnych próbach, jakie czekają Kościół. „Nie mogę wyjaśnić, w jaki sposób – relacjonowała jedna z małoletnich wizjonerek, Hiacynta – ale widziałam Ojca Świętego w wielkim domu, klęczącego u stołu z twarzą w dłoniach. Płakał. Wielki tłum znajdował się przed domem: niektórzy ciskali kamieniami, inni mu złorzeczyli, nie przebierając w słowach”.

 

Sobór Watykański II, obradujący w latach 1962–1965 przy udziale ponad trzech tysięcy biskupów oraz wielu zaproszonych ekspertów, przedstawicieli świeckich oraz gości z innych chrześcijańskich wyznań, przyniósł samym uczestnikom i całemu Kościołowi dużo radości. Fala optymizmu przelewała się przez serca wielu ludzi zauroczonych nowymi sformułowaniami przyjętymi w dokumentach soborowych, zwiastującymi wielkie zmiany i powrót do oryginalnej gorliwości ewangelicznej Kościoła. „Radujmy się, bracia. Kiedy wcześniej Kościół miał tak wysoką samoświadomość i czuł się tak szczęśliwy, tak zjednoczony, tak dobrze przygotowany do pełnienia swego posłannictwa?” – mówił wyraźnie zadowolony Paweł VI w dniu 18 października 1965 roku. I dodawał: „Żaden sobór w Kościele Bożym nie miał większego rozmachu, nie charakteryzował się tak sumienną pracą, rozległą tematyką i nie przykuwał do tego stopnia uwagi”. Dwa tygodnie wcześniej, w wywiadzie dla Alberto Cavallariego, papież wyjaśniał: „Prawdziwym problemem jest to, że Kościół otwiera się na świat i odnajduje świat, który już w większości nie wierzy. Chodzi o miliony osób niemających wiary religijnej. Stąd konieczność otwarcia się Kościoła. Sobór pokazuje, że poza kryzysem świata na szczęście nie istnieje kryzys Kościoła”.

 

ZOBACZ WIĘCEJ W KSIĄŻCE KS. ROBERTA SKRZYPCZKA

 

Zapiera dech w piersi porównanie powyższych wypowiedzi Pawła VI z jego późniejszymi konstatacjami, choćby tą wygłoszoną trzy lata po zakończeniu Soboru: „W Kościele wybiła niespokojna godzina samokrytyki, a raczej należałoby powiedzieć – samodestrukcji. To karkołomny zwrot, którego po Soborze nikt by się nie spodziewał. Wygląda na to, jak gdyby Kościół sam sobie zadawał rany”. Papież w tych autodestrukcyjnych postawach części swych wiernych dostrzegał wręcz metafizyczną obecność nieprzyjaciela, zauważając, że

 

„do świątyni Boga przedostał się dym szatana. Wątpliwości, niepewność, dyskusje, niepokój, niezadowolenie, spory. Brak zaufania do Kościoła. W nasze sumienia wdarło się zwątpienie, i to wdarło się przez okna, które uchyliliśmy po to, aby nimi mogło przedostać się światło... Spodziewaliśmy się po Soborze słonecznego dnia dla dziejów Kościoła. A tymczasem nadciągnęły chmury, burze, mrok, poruszanie się po omacku i niepewność. Jesteśmy przekonani, że to coś nieziemskie – diabeł – pojawiło się na świecie, by popsuć i zdusić owoce Soboru Powszechnego i by Kościół nie mógł świętować radości z osiągnięcia pełnej świadomości samego siebie. Z tego właśnie powodu pragniemy, dziś bardziej niż kiedykolwiek, wywiązać się z obowiązku powierzonego przez Boga Piotrowi umacniania braci w wierze.”

 

Kryzys rozpoczął się w Kościele posoborowym w 1968 roku. Wiązał się z niektórymi, zbyt pospiesznymi sposobami wprowadzania reform. Reformie przyświecała intencja „powrotu do źródeł” chrześcijańskiej wiary i działalności Kościoła. Miała ona polegać, według definicji Saverio Xeresa, na „przezwyciężeniu wszelkich historycznych postaci w poszukiwaniu jak najbardziej wiernego zbliżenia się do formy pierwotnej, którą jest sam Chrystus”. Przypominać to miało, w oczekiwaniu autorów projektów reformy, czynność nazywaną przez rzeźbiarzy ablatio, polegającą na uwalnianiu ciała Kościoła z elementów narosłych podczas poprzednich epok, które zamiast uwydatniać, dziś raczej przesłaniają treść orędzia Kościoła. W zgodzie z tym zamysłem papież zreorganizował pracę Kurii Rzymskiej, a następnie powołał komisje odpowiedzialne za wprowadzanie w życie zmian, których życzyli sobie Ojcowie Soboru. Reforma ruszyła, poczynając od liturgii oraz tak zwanej kolegialności biskupów. Pierwsze reakcje niezadowolenia koncentrowały się wokół dyskusji o przywilejach synodów i konferencji biskupów w sprawowaniu władzy w Kościele. Potem ruszyła lawina obiekcji co do sposobu wprowadzania zmian liturgicznych: wrażenie pochopności innowacji, przystosowania do świata, lekceważenia powrotu do źródeł, częstej samowoli w interpretowaniu wskazań soborowych. Papież czuł się zmartwiony z racji dowolności w eksperymentowaniu z liturgią, a zwłaszcza był przygnębiony pewnymi skłonnościami do jej desakralizowania. Kardynał Franz König oceniał po latach:

 

„Według mnie było błędem wprowadzanie tej reformy zbyt pospiesznie, nawet jeśli od zewnątrz wyglądało to jedynie na zmianę języka, miejsca kapłana podczas celebracji czy umieszczenia ołtarza. Należało wszystko przygotować dobrze i wprowadzać stopniowo. Tymczasem zmiany wprowadzono pospiesznie, budząc wielkie zamieszanie wśród wiernych, którzy nie czuli się na to absolutnie gotowi. Dla wielu to było zgorszenie. Myślano, że Kościół zmienił wyznanie wiary i że to już nie ten sam Kościół.”

 

Niepokój papieża dotyczył samej istoty podjętych zmian:

 

„Na nic by się zdała odnowa liturgiczna, jeśli dzięki niej nie przybyłoby w Kościele prawdziwych czcicieli Ojca w duchu i prawdzie. Świat dzisiejszy bez modlitwy nie przetrwa”.

 

Prawdziwe zamieszanie wniosła w epokę posoborową Kościoła eksplozja kryzysu kultury zachodniej: idea rozpoczęcia od zera (w polityce zapoczątkowana przez prezydenturę Johna F. Kennedy’ego) wraz z marksizmem jako ideologią mającą służyć za narzędzie odrodzenia społeczeństw Zachodu. Wydawało się, że owa rewolucja kulturalna odpowiada temu, czego chciał Sobór. Utożsamiając ową nową marksistowską rewolucję kulturową z wolą Soboru, mówiono: to jest Sobór, tak należy postępować. Chodziło o całkiem błędny, z chrześcijańskiego punktu widzenia, progresizm. Na fali soborowego triumfalizmu mówiono: teraz my działamy, znaleźliśmy drogę, po której idąc, odkryjemy nową jakość życia. Algorytmem do wprowadzenia zmian w Kościele miał być duch demokracji. Niestety, ten tok rozumowania doprowadził do nieprzewidywalnych w skutkach następstw…

 

WIĘCEJ W KSIĄŻCE „CHRZEŚCIJANIN NA ROZDROŻU” KS. ROBERTA SKRZYPCZAKA, WYDAWNICTWO ESPRIT