Fronda.pl: Wśród teologów nie ma zgody co do źródeł świętowania Bożego Narodzenia 25 grudnia. Papież Benedykt XVI opowiada się za hipotezą obliczeniową, wedle której datę tę wyznaczono na podstawie synchronizacji najważniejszych wydarzeń z życia Jezusa. Nie mniej przekonująca jest jednak hipoteza apologetyczna. Jej zwolennicy twierdzą, że święto Bożego Narodzenia było formą chrystianizacji obchodzonego przez pogan święta boga słońca. Ta druga hipoteza ma dziś szczególny wydźwięk. Obecnie to poganie wypierają chrześcijan. Dziś Boże Narodzenie próbuje się w Europie zdechrystianizować. Przed świętami pewien portal opublikował relacje dyrektorów polskich szkół, którzy opowiadali o sposobie obchodzenia przez uczniów spotkań opłatkowych, które coraz częściej nie są już spotkaniami opłatkowymi. „Dziś Wigilia to tradycja, która nie wynika wyłącznie z przełożenia religijnego” – powiedział jeden z nich. „W szkole spotykamy się, żeby pogadać przy mandarynkach i amerykańskich piosenkach o białych świętach. I dobrze” – dodał. Powinniśmy walczyć z obdzieraniem świąt Bożego Narodzenia z ich religijnego charakteru, czy pogodzić się z tym, iż jest to naturalna konsekwencja postępującej laicyzacji? Powinniśmy uczestniczyć w tej „wojnie o święta”?

Ks. prof. Andrzej Kobyliński, filozof, kierownik Katedry Etyki UKSW w Warszawie: Zdecydowanie tak. Nie ma innej opcji. Ta walka stanowi część brutalnej wojny światopoglądowej, która zaostrza się w naszym kraju. Wojna kulturowa z pewnością zdominuje w najbliższych trzech latach cztery kampanie poprzedzające wybory parlamentarne, samorządowe, europejskie i prezydenckie. Wszystko wskazuje na to, że emocje polityczne i wzajemna nienawiść będą sięgać zenitu. Na razie mamy tylko przedsmak tego, co nas czeka. Nie można nie uczestniczyć w tej wojnie światopoglądowej.

 

Dlaczego?

Ponieważ ona dotyczy przyszłości Polski i innych krajów zachodniego kręgu kulturowego. W tym sensie wszyscy jesteśmy żołnierzami. Trudne spory kulturowe dotyczą naszych rodzin i naszych znajomych. Jednym z ważnych elementów obecnego sporu światopoglądowego jest rozumienie świąt Bożego Narodzenia, które podlegają coraz większej komercjalizacji. Skoro te święta zostały zdominowane w handlu, reklamie i mediach przez renifery i św. Mikołaja, to może trzeba przenieść na inną porę roku religijne celebrowanie tajemnicy Dzieciątka Jezus? To oczywiście moja prowokacja, ale ona dobrze pokazuje realny problem. Być może to jedyna droga, żeby kiedyś w przyszłości oddzielić religijne przeżywanie narodzin Jezusa Chrystusa w Betlejem od bożonarodzeniowych reklam, promocji, zakupów. W październiku 2021 roku francuska filozofka katolicka Chantal Delsol opublikowała szeroko komentowaną w kraju nad Sekwaną książkę pt. La fin de la Chrétienté („Koniec chrześcijaństwa”). W listopadzie 2022 roku opracowanie ukazało się we Włoszech pt. La fine della cristianità e il ritorno del paganesimo („Koniec chrześcijaństwa i powrót pogaństwa”).

 

Jakie jest główne przesłanie tej książki?

Chantal Delsol twierdzi, że przyszłość Zachodu jest pogańska. Jej zdaniem cywilizacja zachodnia znajduje się obecnie w stanie upadku z powodu wyczerpania, barbarzyństwa i zniszczenia autentycznej kultury. Według Delsol we Francji szesnaście wieków chrześcijaństwa dobiega końca i dziś jesteśmy świadkami normatywnego i filozoficznego odwrócenia, które zapoczątkowuje nową erę. Rozpoczyna się nowa epoka historyczna, która nie będzie ateistyczna ani nihilistyczna, jak wielu uważa, ale pogańska. Chrześcijaństwo wyczerpało swój czas, obecnie schodzi ze sceny, żeby zrobić miejsce dla nowych religii, dla politeizmu, który czci drzewa, ziemię czy wieloryby. Francuska filozofka ma świadomość tego, że przejście od jednej epoki do drugiej jest brutalne, trudne do zaakceptowania dla obrońców starego porządku. Czy powinniśmy tęsknić za czasami, kiedy rozwody były zabronione, podobnie jak posiadanie wyższego wykształcenia przez kobiety? Czy mamy żyć w nadziei, że chrześcijaństwo odrodzi się z popiołów i umocni swoją siłę moralną? Każdy, kto żyje w tej melancholijnej nostalgii, został już wymazany ze świata, który na dobre lub na złe zmienił się radykalnie. Autorka książki La fin de la Chrétienté twierdzi, że obecnie powraca wielki Pan (gr. Πάν Pán, łac. Pan, Faun, Faunus).

 

Kim jest ta postać?

To wywodzący się z Arkadii grecki bóg opiekuńczy lasów i pól, strzegący pasterzy oraz ich trzód. Pan był przedstawiany w postaci pół człowieka, pół zwierzęcia. Miał tułów i twarz mężczyzny, był cały owłosiony, o kozich nogach, ogonie, brodzie i rogach. Plutarch, starożytny grecki pisarz i filozof, twierdził, że „Pan, bóg wielki, umarł”. Według Delsol dzisiaj trzeba mówić o jego powrocie. W tych radykalnie zmienionych okolicznościach historycznych chrześcijaństwo musi znaleźć inny sposób na przetrwanie. To droga prostego świadka. Tajnego agenta Boga.

 

Ma rację Chantal Delsol?

Tak, ale tylko częściowo. Jej diagnoza dotyczy zasadniczo Francji i innych krajów zachodniej Europy, która staje się pogańska, obojętna religijnie, postchrześcijańska. Warto w tym miejscu zauważyć, że w ostatnich latach wielkim trzęsieniem ziemi w Kościele katolickim we Francji są ustalenia dwóch komisji narodowych. Jedna analizowała nadużycia seksualne, druga wciąż bada nadużycia religijne w ruchach i wspólnotach, najczęściej odwołujących się do religijności charyzmatycznej. Ustalenia tych komisji są absolutnie przerażające. W pewnym sensie pozostają dzisiaj zgliszcza z wielkiej tradycji duchowej i intelektualnej francuskiego katolicyzmu.

 

Przez wieki nazywano Francję pierworodną córą Kościoła.

Dokładnie tak. „Francja przez stulecia wnosiła szczególny wkład do Kościoła katolickiego poprzez oświecone i heroiczne świadectwa swoich świętych, doktrynalną siłę swych mistrzów i apostolską odwagę misjonarzy” – tak o Francji wypowiedział się Jan Paweł II przed swoją pierwszą pielgrzymką do tego kraju w 1980 roku. Diagnoza Chantal Delsol dobrze oddaje upadek Kościoła katolickiego w kraju nas Sekwaną, ale nie dotyczy reszty świata, gdzie mamy desekularyzację i ożywienie religijne. Chrześcijaństwo rozwija się bardzo prężnie w Afryce oraz w Azji. Można mówić o stabilnej i wciąż bardzo silnej pozycji wspólnot chrześcijańskich w obu Amerykach oraz w Australii i Oceanii. Coraz bardziej ateistyczna i pogańska Europa jest wyjątkiem na religijnej mapie świata.

 

Chrześcijanie świętują 25 grudnia narodzenie się Boga, Jego wcielenie, przyjście na świat w ludzkiej postaci. Ksiądz Profesor jest nie tylko człowiekiem wierzącym i katolickim duchownym, ale również filozofem. Jakie znaczenie dla filozofii ma narodzenie się Jezusa z Nazaretu? Coraz więcej Europejczyków i Polaków nie widzi w Jezusie Syna Bożego. Odzierając Jezusa z przymiotów, które poznajemy na drodze wiary, pozostaje On postacią ważną dla współczesnych Europejczyków?

Niezwykle ważnym aspektem filozoficznym świąt Bożego Narodzenia jest zagadnienie dotyczące źródeł godności osoby ludzkiej. Jesteśmy wyjątkowi jako ludzie, ponieważ zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Dodatkowo w tajemnicy Wcielenia Syna Bożego nasze człowieczeństwo zostało uświęcone Boskością, która stała się ciałem. Bardzo ciekawe uwagi na temat godności ludzkiej wypracował włoski myśliciel renesansowy Giovanni Pico della Mirandola (1463–1494). Ten znany filozof i matematyk, ukształtowany w duchu myśli Arystotelesa, która dominowała w okresie jego studiów na Uniwersytecie w Padwie, jest autorem cennego dzieła De hominis dignitate („O godności człowieka”) . Przez wielu badaczy to właśnie opracowanie jest uznawane za manifest humanizmu. Pico della Mirandola twierdził, że „człowiek jest wielkim cudem” – homo miraculum magnum est. Jest on także autorem pojęcia homo faber i sławnej sentencji „każdy jest kowalem swojego losu”. Włoski filozof i matematyk nie negował fundamentu religijnego bytu ludzkiego i dążył do pogodzenia autonomicznej wizji człowieka z prawdą biblijną dotyczącą jego stworzenia na obraz i podobieństwo Boga.

 

Prof. Leszek Kołakowski pisał o dwóch rodzajach wiary. Od „wiary religijnej” odróżniał „wiarę w obrębie kultury”. Europejczycy na masową skalę odrzucają dziś wiarę religijną. Odrzucenie Bóstwa Chrystusa niesie dla człowieka najdramatyczniejsze konsekwencje, jest odrzuceniem danego przez Niego zbawienia i życia wiecznego. A jakie konsekwencje niesie odrzucenie Chrystusa w tym doczesnym wymiarze? Jeśli Europejczycy odrzucą też tę „wiarę w obrębie kultury”, co stanie się z europejską cywilizacją bez jej chrześcijańskiego dziedzictwa? Czeka nas - jak zatytułował swoją najnowszą powieść Michel Houellebecq – unicestwienie?

Ma rację nie Michel Houellebecq, ale Chantal Delsol. Unicestwienie to przesada. Natomiast koncepcja „wiary w obrębie kultury”, jaką zaproponował Leszek Kołakowski to inaczej chrześcijaństwo kulturowe. Najgłębiej wyraził tę prawdę włoski filozof Benedetto Croce, który w 1942 roku opublikował słynny tekst pt. Dlaczego nie możemy nie nazywać się chrześcijanami („Perché non possiamo non dirci cristiani”). Croce był agnostykiem doceniającym społeczne i kulturowe oddziaływanie chrześcijaństwa. Uważał, że w świecie zachodnim także ateiści i agnostycy są chrześcijanami w sensie kulturowym, ponieważ zostali ukształtowani przez cywilizację, która ma swoje ożywcze źródło w nauczaniu Jezusa z Nazaretu.

 

Co stanowi najważniejszy element tej cywilizacji?

Croce twierdził, że chrześcijaństwo doprowadziło do rewolucji, która dokonała się w centrum duszy, w sumieniu moralnym osoby ludzkiej, uwydatniając głębię i właściwe cechy tego sumienia. Chrześcijaństwo nadało sumieniu jednostki nową cnotę, nową duchową jakość, której do tej pory brakowało ludzkości. Ta nowa jakość bytu ludzkiego nie może nie zostać nazwana chrześcijańską. Ludzie, bohaterowie i geniusze, którzy żyli przed nadejściem chrześcijaństwa, dokonali zdumiewających czynów, pięknych dzieł i przekazali nam bardzo bogaty skarb form, myśli, doświadczeń, ale w tym wszystkim brakowało tej wartości, która dziś jest obecna w każdym z nas i którą dopiero chrześcijaństwo nadało człowiekowi.

 

Skarbem naszej kultury są m.in. kolędy. W czasie spotkania opłatkowego w Sejmie Reprezentacyjny Zespół Artystyczny Wojska Polskiego wykonał kilka tradycyjnych utworów. Jedna z posłanek podniosła wówczas protest przekonując, że jest to zamach na świeckie państwo. To o tyle absurdalny zarzut, że to piękne wykonanie kolęd było raczej odarte z wymiaru sakralnego. Celem organizatorów nie było przecież stworzenie przestrzeni do modlitwy, a do przeżycia estetycznego. Jak w tym kontekście widzi Ksiądz Profesor ten problem? Powinniśmy bronić religijnego wymiaru pewnych symboli, na przykład kolęd, czy pogodzić się z ich świeckim wykorzystywaniem?

Nienawiść i zaślepienie odbierają rozum. To dotyczy wielu wypowiedzi polityków w naszym kraju. Jak najbardziej kolędy mogą być śpiewane w gmachu Sejmu. Symbole i treści religijne stanowią część kultury masowej oraz naszej tradycji narodowej. Trudno precyzyjnie oddzielić to, co sakralne, od tego, co świeckie. Potrzeba mądrej obecności religii w naszym życiu społecznym, kulturowym i politycznym. Rozdział kościołów i związków wyznaniowych od państwa nie może oznaczać usuwania religii z przestrzeni publicznej. Takie rozwiązanie postuluje nasza konstytucja, która mówi o przyjaznym rozdziale Kościoła od państwa. Naszej tradycji obcy jest model przyjęty we Francji, który zakłada maksymalne oczyszczenie sfery publicznej z jakichkolwiek elementów religijnych.

 

Temat „świeckiego państwa” i rzekomo trwającego w Polsce „sojuszu ołtarza z tronem” nieustannie porusza polską scenę polityczną i porusza Polaków. Najpewniej nie zabraknie dla niego miejsca w wielu polskich domach przy świątecznym stole. Ten problem jest realny? W Polsce rzeczywiście mamy problem z przestrzeganiem zasad świeckości państwa?

Problem jest realny, ponieważ wiele spraw wymaga rozwiązań systemowych i konsensusu społecznego. Trzeba uregulować m.in. charakter uroczystości państwowo-kościelnych, nauczanie religii w szkole czy obecność katolików w różnych partiach politycznych. Niestety, nasze społeczeństwo jest głęboko podzielone. Obok siebie żyją dwa polskie plemiona, które siebie głęboko nienawidzą. Ukształtowały się dwie bańki medialno-polityczne. Głębokie podziały idą przez rodziny, krewnych i znajomych.

 

Jeszcze bardziej elektryzującym tematem jest finansowanie kościoła. Część partii politycznych próbuje zbić polityczny kapitał na zapowiedzi odcięcia Kościoła od państwowych środków. W środowiskach antyklerykalnych jednym z najmodniejszych haseł jest „dojenie przez Kościół państwowych pieniędzy”. Jak w rzeczywistości wygląda w Polsce system finansowania kościołów i związków wyznaniowych?

W naszym kraju podstawowym źródłem finansowania instytucji kościelnych są pieniądze przekazywane przez wiernych na tacę, podczas wizyty kolędowej, przy okazji ślubów i pogrzebów itp. Natomiast we wszystkich krajach europejskich istnieją różne formy podatku kościelnego. Pod tym względem Polska jest wyjątkiem. Od ponad 20 lat postuluję wprowadzenie w naszym kraju modelu włoskiego. W 2005 roku na łamach „Przeglądu Powszechnego” napisałem następujące słowa: „Jeśli chcemy w najbliższych latach wprowadzić nad Wisłą jakąś formę podatku kościelnego, to już dzisiaj trzeba rozpocząć publiczną debatę na ten temat”. Od tego czasu minęło 17 lat…

 

Co stanowi specyfikę modelu włoskiego?

W systemie włoskim przynależność wyznaniowa nie ma konstytutywnego charakteru dla powstania zobowiązania podatkowego, jak ma to miejsce w systemie niemieckim. W praktyce wygląda to w ten sposób, że podatnik, bez względu na przynależność wyznaniową, deklaruje w zeznaniu podatkowym, na jaki cel ma być przekazana określona część jego dochodu (0,8% - tzw. otto per mille). Wśród wymienionych celów, obok różnych dzieł charytatywnych państwa, znajdują się również Kościoły i związki wyznaniowe, w tym Kościół katolicki. Urzędy podatkowe przesyłają kwoty zgodnie z deklaracją podatnika. W przypadku, gdy podatnik nie wskaże w deklaracji podmiotu, na który chce przekazać wymienioną wielkość swych dochodów, potrącenie jest również dokonywane, a uzyskane kwoty rozdzielane są na wymienione w deklaracji cele proporcjonalnie do uzyskanych „głosów” podatników. Kościół katolicki we Włoszech otrzymuje każdego roku z tego podatku miliard 200 tys. euro. Natomiast Kościół katolicki w Niemczech, który liczy tylko 22 miliony wiernych, może liczyć co roku na osiem miliardów euro.

 

Rok temu, przy okazji Bożego Narodzenia, rozmawialiśmy o nasilającej się w Europie nienawiści do chrześcijan. W kontekście doświadczanych również w Polsce ataków wymierzonych w przedmioty wiary, wskazał Ksiądz Profesor na art. 196 Kodeksu karnego, który ma chronić uczucia religijne. Obecnie procedowany jest projekt nowelizacji Kodeksu karnego, który ma rozszerzyć tę ochronę. Jak ocenia Ksiądz te propozycje?

W Sejmie jest rzeczywiście procedowana ustawa „W obronie chrześcijan”. Jej powszechnie przyjęta nazwa jest trochę myląca. Oczywiście nie chodzi o obronę uczuć religijnych tylko i wyłącznie chrześcijan, ale wszystkich ludzi należących do różnych denominacji religijnych. Ustawa jest projektem obywatelskim. Podpisy poparcia były zbierane m.in. w naszych kościołach. Znakomita większość biskupów i księży akceptuje ten projekt. Ja mam w tej sprawie inne zdanie. Przywołam w tym miejscu słynną sentencję łacińską rzymskiego poety Owidiusza: Quidquid agis, prudenter agas et respice finem (Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i przewiduj koniec). Wydaje mi się, że skutki tej inicjatywy ustawodawczej będą odwrotne od zamierzonych. Projekt nie zyska większości w Sejmie, a dyskusja publiczna dotycząca procedowania tej ustawy doprowadzi do eskalacji emocji wrogich religii. Sprawy światopoglądowe wymagają bardziej kompromisu i wzajemnego szacunku niż srogich kar i nowych regulacji prawnych.