Demonstrantki trzymały ręcznie wykonane plakaty z hasłami takimi jak "Czas, aby zmobilizowani wrócili do domu" czy "Jestem sama, mam dość". Jedna z kobiet zwracała się bezpośrednio do nowego ministra obrony Andrieja Biełousowa, prosząc go o rozmowę.
Protest miał miejsce po tym, jak władze określiły organizację "Put Domoj" (Droga do domu), zrzeszającą rodziny zmobilizowanych żołnierzy, jako zagrażającą bezpieczeństwu państwa. Kobiety zebrały się spontanicznie, bez wcześniejszego informowania mediów, obawiając się zatrzymań, do jakich dochodzi podczas tego typu demonstracji.
Ku zaskoczeniu, rzecznik ministerstwa obrony wyszedł, by porozmawiać z protestującymi. Przekazał im, że nie może sprowadzić żołnierzy do domu, ponieważ decyzja o mobilizacji należała do prezydenta. Oskarżył też demonstrantki o chęć zorganizowania "spektaklu" dla "opozycyjnych" mediów.
Jedna z kobiet stwierdziła, że nie są związane z żadnym ruchem, a są jedynie żonami, matkami i siostrami zmobilizowanych. Chcą jednak kontynuować swoje protesty, mimo obaw o konsekwencje. Nie jest jasne, jak demonstracja się zakończyła - doniesienia mówią, że mogło dojść do interwencji policji.
