Mimo orzeczenia Sądu Najwyższego z 24 czerwca tego roku, które unieważniło werdykt z 1973 r. w sprawie „Roe kontra Wade”, prezydent USA stwierdził: „Sąd miał rację w sprawie Roe niemal 50 lat temu i uważam, że Kongres powinien skodyfikować Roe raz i na zawsze”. Dodał też, że jeśli Kongres przegłosuje proponowaną przez niego ustawę, to ją podpisze „w styczniu, 50 lat po tym, jak zdecydowano, że Roe jest prawem tego kraju”. Orzeczenie z 1973 r. de facto zalegalizowało mordowanie nienarodzonych w USA, dając federalne „prawo do aborcji”.
Mimo wyroku Sądu Najwyższego z czerwca tego roku i mimo swego deklarowanego katolicyzmu, Joe Biden nie ustaje w dążeniach do legalizacji zabijania nienarodzonych na poziomie federalnym, a jego wtorkowa wypowiedź nie jest pierwszą tego typu. Po ogłoszeniu orzeczenia Sądu Najwyższego uznał je za „oburzające” i „błąd”: „Czuję niezwykle mocno, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, co mogę legalnie zrobić, jeśli chodzi o dekrety prezydenckie, jak również będę naciskać Kongres i społeczeństwo”.
Z pomocą dekretu prezydenckiego Biden ułatwił dostęp do aborcji w USA, choć nie zadowolił w pełni zwolenników „prawa” do mordowania nienarodzonych. Wcześniej nie udało mu się przeforsować w Kongresie „Ustawy o ochronie zdrowia kobiet”, która nie zdobyła wystarczającej ilości głosów w lutym, a potem w maju. Do tej pory 13 stanów zakazało zabijania nienarodzonych, a inne wprowadziły ograniczenia w wykonywaniu aborcji.
Wygląda na to, że jeśli sprawdzą się prognozy wyborcze, Biden nie będzie mógł zrealizować swojej wtorkowej obietnicy. Wyborcy wyrażają w badaniach opinii publicznej niezadowolenie z lewicowej polityki obecnej administracji, a na liście priorytetów do rozwiązania wśród elektoratu nie jest „prawo do aborcji”, ale rosnąca inflacja i przestępczość oraz bezpieczeństwo narodowe. Wyborcy bardziej martwią się rosnącymi kosztami życia niż aborcją, którą według badań Gallupa jedynie 4 proc. uważa za priorytet.
