Jak czytamy w poniedziałek na Onecie, obecnie „trwa największa w historii kontrola postępowań upadłościowych”. W dniu 7 czerwca w wyniku decyzji Ministerstwa Sprawiedliwości, o czym poinformował wiceminister Marcin Warchoł, zawieszony został znany warszawski syndyk Krzysztof Gołąb. Pod jego zarządem znajdywały się olbrzymie majątki upadłych firm i spółdzielni. W jego sprawie trwają również śledztwa prokuratorskie oraz kontrole w sądach i w wielkich kancelariach.

Z materiałów opublikowanych przez Onet wynika, że zawieszony syndyk, „za przyzwoleniem sądu żeruje na (...) majątku” upadłych firm. Chodzi m.in. generowanie zbędnych kosztów przez syndyk Gołąba, który dawał „liczne zlecenia armii prawników i księgowych”.

- W efekcie rosły długi zarządzanych przez niego firm i spółdzielni – czytamy.

Przypadek Gołąba nie jest jednak odosobniony, ponieważ „kontrowersyjne działania podejmowali także inne syndycy”, a „rola sędziów, którzy w teorii powinni ich nadzorować” także podlega obecnie prześwietlaniu.

- Syndycy przez znawców tematu są określanymi "zbrojnym ramieniem sędziego" — w imieniu sądów mają zarządzać upadłymi firmami, które często posiadają olbrzymie majątki. Celem, jak wynika z ustawy, ma być zaspokojenie wierzycieli czekających na swoje pieniądze. Teorią jest również to, że działania syndyków oraz ich wydatki kontrolują sędziowie – piszą dziennikarze Łukasz Cieśla i Andrzej Gajcy.

Jednak – czytamy – praktyka w Polsce „bywa jednak zupełnie inna”, ponieważ wierzyciele są zaspokajani zaledwie w kilku procentach kwot, które powinny do nich trafić.

- Wielu przedsiębiorców podkreśla, że tak naprawdę w upadłościach najwięcej zarabiają syndycy i armia współpracujących z nimi prawników oraz biur księgowych, przygotowujących różnego rodzaju, często zbędne, analizy i ekspertyzy” – czytamy.

Nadzór sędziów nad syndykami to – czytamy – także fikcja, ponieważ „sędziami-komisarzami często zostają bowiem młodzi asesorzy, dopiero wchodzący w zawód sędziego”.

- To tylko jedna z patologii prawa upadłościowego w Polsce – piszą dziennikarze Onetu.

Pełny tekst można przeczytać TUTAJ.