Fronda.pl: Gratuluję osobistego sukcesu w wyborach parlamentarnych i odnowienia mandatu poselskiego czwarty raz z rzędu. Uzyskał Pan drugi najwyższy wynik poparcia na liście PiS w swoim okręgu i to pomimo startu z zaskakująco odległego, piątego miejsca…
Jan Krzysztof Ardanowski (poseł PiS, minister rolnictwa w l. 2018-20): Ten wynik rzeczywiście może cieszyć. Tym bardziej, że prowadziłem kampanię dość oszczędną, ponieważ nie dysponuję takimi środkami, na jakich wydanie w związku z wyborami mogły sobie pozwolić osoby startujące z pierwszych miejsc na listach. Głosy, które otrzymałem w okręgu, w którym startowałem to głównie głosy mieszkańców wsi, którzy darzą mnie zaufaniem. Nie ukrywam jednak, że czuję też pewien niedosyt, gdyż mogłem być w większym stopniu wykorzystany przez swoją partię do wspierania kampanii ogólnopolskiej. Przyjęto jednak w PiS inną koncepcję.
Polscy rolnicy udowodnili przy urnach wyborczych, że wciąż ufają byłemu ministrowi rolnictwa. Ale bardzo dobry wynik uzyskał również urzędujący szef resortu rolnictwa i rozwoju wsi - Robert Telus. Czy zatem te wybory pokazały, że pomimo dość poważnych turbulencji z przeszłości, związanych choćby ze słynną „piątką dla zwierząt” czy też zalewem polskiego rynku przez ukraińskie zboże, o czym przecież niejednokrotnie rozmawialiśmy na Frondzie, udało się jednak PiS utrzymać zaufanie polskiej wsi?
To jest sprawa złożona. Jeśli chodzi o pana Telusa to urzędujący minister zawsze uzyskuje w wyborach bardzo dobre wyniki. Decyduje o tym w znacznym stopniu pewna popularność w mediach ogólnopolskich oraz rozpoznawalność nazwiska. Zresztą ja również tego rodzaju bonus, jeszcze jako urzędujący minister, otrzymałem podczas poprzednich wyborów, gdy uzyskałem od wyborców prawie 80 tysięcy głosów.
Natomiast sytuacja z poparciem na wsi jest złożona. Słyszę radość zarówno ministra Roberta Telusa, jak i komisarza Janusza Wojciechowskiego, że ponad 60 proc. polskich rolników poparło PiS. Tymczasem na polskiej wsi, którą zamieszkują przecież nie tylko rolnicy, poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości spadło z 55 proc. uzyskanych w poprzednich wyborach do 45 proc. w obecnych. To jednak dość istotny spadek. Natomiast w przypadku rolników niezwykle istotnym czynnikiem, który należy wziąć pod uwagę jest też frekwencja. A ona jest niższa nawet o kilkanaście procent od tej, z jaką mieliśmy do czynienia w miastach. Szczególnie dotyczy to tych najbardziej rolniczych regionów, choćby takich, jak Podlasie, Lubelszczyzna, Warmia i Mazury czy Podkarpacie. Tam mieszkańcy wsi w strukturze społecznej dość wyraźnie dominują. A frekwencja pośród nich była jednak znacznie niższa. I trzeba to odczytywać jako brak zaufania do PiS.
I nie chodzi tu tylko o sposób postępowania partyjnych władz wobec mnie, czyli choćby dalsze miejsce na liście wyborczej i brak jakichkolwiek jednoznacznych deklaracji co do mojej osoby. Ale podczas spotkań z rolnikami w trakcie kampanii wyborczej dostałem od wielu z nich bardzo jasne sygnały które brzmiały: „Nie odzyskaliśmy zaufania do PiS, które nie potrafiło przeprosić za popełnione błędy, a samym bajaniem o dotacjach absolutnie nas nie przekonało”. Jednocześnie polscy rolnicy otwarcie deklarowali, że nie zagłosują na partie opozycyjne. Lider AgroUnii - Michał Kołodziejczak, który związał się z Koalicją Obywatelską oceniany jest bowiem przez rolników jako człowiek, który zdradził polską wieś.
Efektem tego wzrostu niechęci na wsi do PiS była więc w rezultacie wspomniana niska frekwencja i fakt, że wielu mieszkańców polskiej wsi po prostu nie poszło głosować, lecz pozostało w domach. I być może to właśnie te kilka procent poparcia utraconego na wsi, które było przecież jak najbardziej realne do odzyskania - zadecydowało o końcowym rozstrzygnięciu niedzielnych wyborów parlamentarnych. Nieszczęsna „piątka dla zwierząt”, brnięcie w rujnujący polski rynek import ukraińskiego zboża czy też nie opublikowanie listy importerów tego zboża - to były argumenty przeciwko PiS, które bardzo często podczas spotkań podnosili polscy rolnicy w okresie kampanii wyborczej. Dodatkowo w odniesieniu do ostatniej z wymienionych kwestii pojawiały się również głosy, że nie zadbanie przez władze o to, by w sposób przejrzysty i transparentny opublikować listę importerów ukraińskiego zboża rodziło na polskiej wsi domniemania, że partia rządząca była w tej sprawie uwikłana w jakieś niejasne powiązania.
Ostatecznie, jak już mówiłem, kilka czy nawet kilkanaście procent mieszkańców wsi, którzy byli potencjalnym elektoratem PiS, w akcie protestu nie poszło na wybory i pozostało w domach. To przyczyniło się do porażki wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. Bo choć po raz trzeci z rzędu wygraliśmy wybory parlamentarne, co niewątpliwie jest sukcesem, to jednak zdecydowanie istotniejsze jest to, kto po tych wyborach będzie miał zdolność koalicyjną i dzięki temu obejmie władzę w naszym kraju. A przypomnę, że już niejednokrotnie bywało tak, że w wyborach samorządowych wygrywało PiS, ale nie przekładało się to na objęcie rządów ze względu na brak możliwości zawarcia koalicji. Tak więc głosy utracone przez PiS na wsi były na wagę końcowego zwycięstwa. I można było naprawdę tej utraty uniknąć, ale w sztabie wyborczym przeważyła inna koncepcja oraz obietnice kolejnych dotacji do wszystkiego, w które jednak wieś po prostu już nie wierzy.
Wygraliście więc wybory, ale rzeczywiście wiele wskazuje na to, że to opozycja ma zdecydowanie większe szanse na sformowanie nowego rządu. Co jednak czeka polskich rolników, jeśli dojdzie do zmiany władzy w naszym kraju? Po drugiej stronie politycznego sporu mamy przecież do czynienia z całym spektakularnie wręcz niespójnym ideowo konglomeratem, począwszy od wyznawców Zielonego Ładu ze skrajnej lewicy po PSL czy AgroUnię…
Zgadza się i to właśnie tego chaosu najbardziej się obawiam. Już samo zawiązanie koalicji i stworzenie rządu przez te łącznie kilkanaście partii, z których każda ma przecież swoich liderów, aktywistów i własne ambicje - wydaje się być zadaniem niezwykle trudnym. W odniesieniu natomiast do spraw polskiego rolnictwa, które są mi najbliższe, widzę w tym szerokim koalicyjnym obozie mnóstwo chaosu i ogromnie wiele elementarnych sprzeczności.
Michał Kołodziejczak daje jasno do zrozumienia, że oczekuje fotela ministra rolnictwa, dzięki czemu, jak stara się przekonywać, będzie aktywnie działał na rzecz polskiej wsi. Problem tylko jest taki, że w tym samym szerokim obozie politycznym z Kołodziejczakiem znajdują się również choćby Zieloni, którzy w imię unijnej ideologii zakładającej absolutny prymat ochrony środowiska nad gospodarką - z polskiego rolnictwa uczynili swojego naczelnego chłopca do bicia, oskarżając to rolnictwo o to, że jest ono winne niekorzystnym zmianom klimatycznym, emisji gazów cieplarnianych czy też barbarzyństwa, za jakie uważa się w myśl tej ideologii hodowlę zwierząt. Zieloni są zatem zwolennikami brukselskiej linii radykalnego zwiększenia podatku uderzającego w osoby spożywające mięso, co w efekcie mogłoby doprowadzić do prawdziwej katastrofy w branży hodowlanej. Zresztą również Donald Tusk już jakiś czas temu zapowiedział, że unijna zielona agenda będzie realizowana przez jego rząd.
To wszystko pokazuje, jak głęboka sprzeczność charakteryzuje ugrupowania skupione wewnątrz Koalicji Obywatelskiej. A przecież dochodzi tu jeszcze Trzecia Droga i Lewica. Czyli kolejne różnice i sprzeczności, również w zakresie kwestii światopoglądowych czy społecznych. Związki partnerskie, adopcje przez nie dzieci, aborcja, eutanazja - jak się pośród tych wszystkich radykalnych postulatów odnajdzie konserwatywny przecież w znacznej mierze PSL? Cztery lata temu podczas wyborów ludowcy dostali już dość mocno po łapach, gdy wcześniej zdecydowali się poprzeć postulaty środowisk LGBT. Są więc tutaj wielkie obawy w odniesieniu do tego, w jakim kierunku swoją politykę będzie chciała prowadzić wspomniana szeroka i niezwykle niespójna ideowo koalicja.
Mówię jednak wprost: boję się o Polskę. Tym bardziej, że zagrożenie międzynarodowe jest ogromne. Mamy przecież trwającą za naszą wschodnią granicą wojnę na Ukrainie, a teraz jeszcze niebezpieczeństwo rozlania się na zewnątrz konfliktu zbrojnego w Izraelu. Tu efektem mogą być przecież olbrzymie ruchy migracyjne z Bliskiego Wschodu do Europy. Jeszcze większe niż te, które obserwujemy obecnie. Są to zatem realne i wielorakie zagrożenia. I powstaje pytanie: w jaki sposób tak bardzo niespójny wewnętrznie rząd, złożony łącznie aż z kilkunastu różniących się od siebie podmiotów, będzie w stanie skutecznie stawić tym wszystkim potencjalnym problemom i zagrożeniom czoła?
Dodatkowo rodzi się również pytanie, jak zostaną potraktowane przez nową władzę te wszystkie osiągnięcia i programy społeczne wprowadzone przez PiS, szczególnie w odniesieniu do tych najuboższych i najsłabszych grup społecznych. Czy będziemy mieli tutaj do czynienia z radykalnymi cięciami wsparcia społecznego dla Polaków przez nowy obóz rządzący - czas pokaże. Napełnia mnie to jednak wielkim niepokojem.
Jeśli PiS znajdzie się ostatecznie w opozycji w najbliższej kadencji Sejmu to w jaki sposób formacja ta zamierza wpływać oraz jakie działania podejmować w odniesieniu do polskiej wsi? Czy jest tutaj miejsce na współdziałanie, choćby w pewnych konkretnych, istotnych sprawach z będącym obecnie częścią składową Trzeciej Drogi PSL?
Nie wiem, jaką strategię przyjmie partia Prawo i Sprawiedliwość. Mogę tu mówić tylko i wyłącznie o sobie. I chcę powiedzieć w sposób otwarty, że irytowała mnie w pewnych momentach agresywność tej kampanii wyborczej. I to w wykonaniu każdej ze stron. Uważam, że trzeba szukać sojuszników, a ludzi zdroworozsądkowych namawiać do współpracy. Nie traćmy niepotrzebnie energii na wyzwiska, wzajemne opluwanie się i walenie cepem politycznym po głowach. Szukajmy skutecznie tego, co jest realne do wspólnego zrealizowania. Szukajmy kompromisów w imię wspólnego dobra. Oczywiście nie mówimy tu o najważniejszych kwestiach ideowych, choćby takich, jak ochrona życia. Ciężko przecież znaleźć tu kompromis pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami aborcji, do których zresztą i ja sam zdecydowanie się zaliczam.
Natomiast uważam i mówiłem o tym głośno przed wyborami, co zresztą nie każdemu w PiS się podobało, że sprawy polskiego rolnictwa powinny być wyjęte z jakiegokolwiek wzajemnego agresywnego okładania się przez obie strony sporu politycznego. W rolnictwie bowiem efekty pewnych działań często są odroczone w czasie. Na wsi pewne procesy przebiegają zdecydowanie wolniej aniżeli w innych działach polskiej gospodarki. I tu trzeba szukać dialogu i porozumienia ze wszystkimi opcjami politycznymi, a nie skupiać się wyłącznie na wyciąganiu przysłowiowemu Sawickiemu, że coś tam, kiedyś tam powiedział czy zrobił.
Sugerowałem w czasie kampanii wyborczej, żebyśmy bardziej skupili się w PiS na przedstawianiu własnego programu oraz byśmy potrafili odważnie przyznać się do popełnionych błędów, jeśli takie były, a były. Zależało mi bardzo, żebyśmy potrafili pokazać, iż mamy gospodarcze i ekonomiczne pomysły na polską wieś i polskie rolnictwo, a nie tylko doraźne rozdzielanie dotacji. Nie chciano jednak słuchać moich uwag, co jak już wcześniej wspomniałem mogło się przełożyć na utratę poparcia co najmniej kilku procent wyborców na polskiej wsi w ostatnich wyborach, a w efekcie na końcowy wynik wyborów.
Uważam również, że w obecnej sytuacji najgorsze, co mogłoby uczynić PiS to stać się totalną opozycją wobec nowego obozu władzy. Trzeba bowiem wspierać rozsądne projekty dla Polski. A także proponować własne korzystne rozwiązania, które wzmacniają bezpieczeństwo naszego kraju, również to żywnościowe i dają stabilizację polskiemu rolnictwu. Na pewno wiele udało nam się zrobić, choć popełniliśmy też poważne błędy. Cieszę się z mojego osobistego wyniku uzyskanego w tych wyborach, bo on utwierdził mnie w przekonaniu, że polscy rolnicy nadal mi ufają. Ale martwię się o Polskę.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
