Fronda.pl: Już w ubiegłym roku na łamach Frondy wskazywał Pan, że ukraińskiemu zbożu trzeba umożliwić wywiezienie do krajów potrzebujących, ale nie kosztem polskiego rynku, polskiego rolnictwa. Czy Pana zdaniem niestety właśnie stało się dokładnie na odwrót?
Jan K. Ardanowski (poseł PiS, były minister rolnictwa w latach 2018-20): Niestety stało się tak, jak przewidywałem. Zresztą nie tylko ja, bo sygnalizowało to wiele osób i środowisk znających się na rolnictwie. Nasze ostrzeżenia zostały jednak niestety zbagatelizowane. A przecież nie trzeba wcale mieć jakiejś nadzwyczaj wybitnej wiedzy na temat funkcjonowania rynku rolnego, żeby móc przewidzieć, że jeżeli sami jesteśmy krajem nadwyżkowym w zakresie produkcji zboża, a jeszcze w międzyczasie bardzo spadło zużycie tego zboża na paszę dla świń, gdyż hodowla ta jest w stanie mizernym - to każda tona zboża przywiezionego z Ukrainy, która pozostanie w Polsce, będzie nam stwarzała dodatkowy problem. Mam więc najzwyczajniej w świecie spory żal o to, że te kolejne sygnały i ostrzeżenia były po prostu bagatelizowane i lekceważone przez moich kolegów w rządzie. Zarzucano mi nawet, że buntuję rolników informując o tej sytuacji, czyli o tym, jakie będą konsekwencje napływu zboża z Ukrainy do Polski. Tak, jakby istniało przekonanie, że jeśli o danym problemie się nie mówi, to on nie istnieje. A problem niewątpliwie jest.
Polska być może okazała się naiwna sądząc, że ktoś pomoże jej w tranzycie ukraińskiego zboża. Był to bowiem taki szlachetny gest z polskiej strony w kierunku Ukrainy - pomożemy wam wywieźć wasze zboże i ominąć rosyjską blokadę Morza Czarnego. Padły tu z polskiej strony pewne deklaracje, które dla mnie, od samego początku, wydawały się być nierealne do spełnienia. Amerykanie mieli postawić u nas w tym celu jakieś specjalne silosy. A przecież trzeba było wziąć pod uwagę, jak czasochłonny jest proces technologiczny budowy tego rodzaju silosów. Poza tym w Polsce od kilku lat transport zboża odbywa się wyłącznie drogą samochodową i w związku z tym nie mamy wagonów do przewożenia zboża. A deklaracje Niemiec, że oni takich wagonów nam w tym celu użyczą, nie znalazły pokrycia w rzeczywistości.
Istotnym problemem jest też fakt, że polskie nabrzeża znajdują się w rękach wielkich zachodnich firm, które mówiąc kolokwialnie mają w nosie oczekiwania rządu polskiego. Przypomnę zresztą w tym miejscu, że kiedy było przygotowane do przejęcia zgodnie z prawem nabrzeże portu w Gdyni, Bałtyckiego Terminala Zbożowego, w czasie, gdy kończyła się akurat dzierżawa jednej z firm i można było ten terminal odzyskać dla państwa polskiego i wszystko w tym celu było przygotowane, to już po moim odwołaniu z funkcji ministra rolnictwa, ktoś to skutecznie zablokował. Mydlono za to oczy powstaniem w nieokreślonej przyszłości jakiegoś mitycznego portu rolnego w Gdańsku, za wiele lat i za wiele miliardów złotych, co należy nazwać po prostu kpiną, lub celowym odciąganiem uwagi od szybkiego przejęcia nabrzeża w Gdyni. To nabrzeże mogło już od roku być użytkowane do załadunku statków ze zbożem ukraińskim i dzięki temu moglibyśmy skutecznie eksportować je w tych kierunkach, które byłyby jego nabyciem zainteresowane.
A więc zapowiedzi, że w obliczu tego rodzaju kumulacji problemów, o których mówię - załatwimy transport ukraińskiego zboża drogą przez Polskę były po prostu niepoważne. I już wiele miesięcy temu było oczywiste, że nie zostaną one zrealizowane. Ostrzeżenia płynące od polskich środowisk rolniczych, jak mówiłem już wcześniej, zostały więc przez moich następców zlekceważone. A teraz już wyłącznie rozwiązujemy w pocie czoła problemy, które sami sobie spowodowaliśmy. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy nic robić, bo sprawa niewątpliwie wymaga rozwiązania. Przede wszystkim w trybie natychmiastowym musi ustać import zboża z Ukrainy. Jeżeli są tu potrzebne jakiekolwiek decyzje Unii Europejskiej to należy niezwłocznie zwrócić się do Komisji Europejskiej i żądać jak najszybszych decyzji i rozwiązań w tej sprawie. Tymczasem słyszę, że ponoć od kilku miesięcy minister rolnictwa Henryk Kowalczyk zabiegał o to, aby właściwy w sprawie importu minister wystąpił do Komisji Europejskiej w tej sprawie. Minister Kowalczyk przyznał, że choć minęło już ponad dwa miesiące, to żadnej odpowiedzi od kolegi z rządu nie otrzymał. Przecież w taki sposób nie rozwiązuje się tak poważnych problemów!
Gdybyśmy w tej chwili wstrzymali import zboża z Ukrainy, co jak podkreślam raz jeszcze, jest absolutną koniecznością, to jego zapasy, które w obecnej chwili już znajdują się w Polsce, można by z powodzeniem zagospodarować. Przecież nie możemy tu w żadnym wypadku rezygnować z odpowiedniej wielkości rezerw państwowych. Tylko głupi pozbywa się wszystkiego, licząc na to, że w kolejnych latach będą również dobre plony. Owszem ten rok zapowiada się w miarę dobrze, a pewne przesłanki mówią o tym, że tegoroczne plony będą nie najgorsze. Niemniej jednak, jak już powiedziałem, gdyby powstrzymać dalszy dopływ do naszego kraju ukraińskiego zboża to te zapasy, którymi dysponujemy już obecnie - jesteśmy w stanie skutecznie zagospodarować.
Można starać się je eksportować w celach humanitarnych, być może z pomocą Niemiec, bo przez nasze porty, jak wspomniałem, istotne zwiększenie eksportu jest niemożliwe. Innym sposobem na zużytkowanie tych zapasów, które już posiadamy to przeznaczenie ich do gorzelni na produkcję spirytusu, który jako dodatek można by dolewać do benzyn. Nie rozwiąże to całego problemu, bo skutecznie przez lata wolnej Polski niszczyliśmy nasze gorzelnie i te które jeszcze pozostały zbyt wiele nie przerobią, ale ten, choć ograniczony sposób zagospodarowania trzeba wykorzystać. Wywar gorzelniany, ale również i zboże są też znakomitym surowcem do biogazowni. Czyli możemy produkować również biometan, który jest przecież nam potrzebny, bo w przeciwnym wypadku musimy importować gaz. Są to rozwiązania realne, choć ich skala jest ograniczona. I zapewne w krótkim czasie nie zagospodarują nam one posiadanej nadwyżki zboża, ale jednak jeżeliby te wspomniane mechanizmy zostały uruchomione, to w kolejnych miesiącach udałoby nam się o kilkaset tysięcy ton miesięcznie zmniejszać nadwyżkę zalegającego u nas zboża.
Niczym wstydliwym ani moralnie nieuprawnionym w sytuacji nadmiaru zboża, szczególnie gorszej jakości, nie byłoby też przeznaczenie go na cele energetyczne. Musimy przecież w tychże celach energetycznych importować węgiel, który jest droższy od zboża - co stanowi jakieś kuriozum. A więc część tego zboża gorszej jakości można śmiało wykorzystać w kotłach dedykowanych do spalania biomasy jako źródło ciepła, którego produkcji przecież potrzebujemy. Więc sposoby na rozwiązanie tego problemu jak najbardziej istnieją, natomiast w jaki sposób je zrealizować to już wymaga konkretnych decyzji osób odpowiedzialnych za ich podejmowanie.
Wspomniał Pan o silosach. W ubiegłym roku mówiło się o tych tymczasowych amerykańskich silosach na zboże. Mówił też o tym Joe Biden. Czy coś „zadziało się” się w tej sprawie?
Niestety nic się w tej sprawie nie wydarzyło. Nie wiem, jakie były ustalenia ze stroną amerykańską, bo nie jestem już członkiem rządu oraz na czym konkretnie ta pomoc Stanów Zjednoczonych, o której prezydent Joe Biden również wspominał, miała polegać. Ostatecznie zostaliśmy z tym problemem sami. Na dodatek to Unia Europejska w ogromnej mierze ten właśnie problem wywołała. Zniesiono bowiem nie tylko cła na produkty rolnicze z Ukrainy, ale także mechanizm kwotowy, regulujący każdego roku ilość tego zboża oraz innych produktów rolnych z Ukrainy, która może na rynek unijny napłynąć, tak, aby rynek ten nie uległ destabilizacji. Wielkość kwot dostępu produktów rolnych z krajów trzecich do UE, która nie destabilizowała unijnego rynku była przedmiotem twardych negocjacji ministrów rolnictwa, w czasie, gdy pełniłem tę funkcję. Pamiętać przy tym należy, że problemy tego typu zawsze najsilniej uderzają w kraje graniczące, czyli w tym przypadku w Polskę.
A przecież można było łatwo przewidzieć, że skoro ukraińskie produkty są tańsze, a do tego napływają na rynek unijny praktycznie bez ograniczeń, to w efekcie zakłóci to ten rynek, a ucierpią rolnicy. I tu znowuż problem ten był wypierany, a komisarz Janusz Wojciechowski przez długi czas bagatelizował sprawę. W końcu jednak przyznał, że rozwaliło to rynek w krajach graniczących z Ukrainą. Rozwiązanie problemu, w który Polska została wpuszczona przy swojej bezradności, wymaga teraz moim zdaniem zaangażowania naprawdę dużych środków z Unii Europejskiej. A nie takich śmiesznych kwot, jak te, które zostały zaoferowane. Straty polskich rolników wynoszą kilka miliardów złotych, a UE zaoferowała pomoc w wysokości zaledwie 29,5 mln euro. Przecież to są jakieś kpiny. Najpierw doprowadzono do tego poważnego problemu, a teraz przerzuca się jego ciężar na kraje członkowskie na zasadzie: radźcie sobie sami. Jesteśmy więc niewątpliwie w bardzo poważnej sytuacji, bo magazyny trzeba w znacznej mierze z zalegającego tam zboża opróżnić. Choć oczywiście, jak już mówiłem wcześniej, zachowując odpowiedni poziom rezerw. Mamy niewielkie możliwości eksportu przez porty, głównie dlatego, że nie posiadamy odpowiedniego nabrzeża państwowego.
Trzeba więc, jak już wspominałem, wykorzystywać wszystkie pozostałe możliwości czyli gorzelnie, biogazownie i w ostateczności elektrociepłownie, gdzie są kotły dedykowane do spalania biomasy. W normalnych warunkach uregulowanego popytu i podaży nie zachęcałbym do tego, żeby palić zbożem w kotłach, budzi to także moje, katolika, opory moralne, jednak jesteśmy w sytuacji wyjątkowo trudnej i jeżeli nie jesteśmy w stanie w żaden inny sposób tego zboża zagospodarować, to trzeba je wykorzystać uzyskując dzięki niemu ciepło. Tym bardziej że w sensie ekonomicznym jest to zapewne bardziej opłacalne niż importowanie i palenie węglem.
Wskazywał Pan, podczas naszych poprzednich rozmów, że ukraińskie płody rolne powinny trafiać głównie do krajów południa, w tym w szczególności do krajów arabskich. Gdzie zatem leży główny problem? Może jest nim również i brak popytu?
Popyt na podstawowe produkty rolno-spożywcze na świecie jest i zawsze będzie, i to wzrastając w bardzo mocnym tempie. Pamiętajmy, że część świata przecież głoduje. I tam żywności nie będzie z powodów choćby klimatycznych, m. in. z powodu braku odpowiedniej gleby, braku wody, czy też ekstremalnych temperatur. Mówiąc obrazowo - Sahary na tereny rolnicze nie da się przerobić. I takie kraje czy nawet cały regiony są trwale uzależnione od importu żywności. Dotyczy to choćby północnej Afryki, Bliskiego Wschodu, czy też znacznej ilości krajów tzw. czarnej Afryki. Problemem za to jest fakt, że po prostu zrywają się łańcuchy dostaw. I tu trzeba przyznać, że w tym aspekcie Rosjanie bardzo celnie uderzyli. Najpierw uzależnili Europę od swojej energii, a później to samo chcieli zrobić również w kontekście żywności. Po kradzieży ukraińskich zasobów zbóż, jak na Kremlu planowano, to właśnie Rosja byłaby tym „dobrym wujkiem”, który wysyłałby do Afryki zboże. Zresztą sama Rosja jest również przecież liczącym się producentem zboża.
Problemem podstawowym więc nie jest tutaj absolutnie brak popytu, tylko to, jak to zboże do tych regionów, w których istnieje największe zapotrzebowanie na jego import - skutecznie dostarczyć. Trzeba patrzeć realnie - eksport ukraińskiego zboża powinien iść przede wszystkim przez Morze Czarne i Morze Śródziemne, a nie wypływać z Morza Bałtyckiego i okrążać połowę europejskiego kontynentu, by dotrzeć do państw i regionów zainteresowanych importem tego zboża. Powtórzę jeszcze raz, popyt na świecie w kolejnych latach i dekadach na żywność będzie wzrastał, bo ludzi na naszym globie przybywa. Jeżeli na rozsądnych zasadach nie otrzymają żywności, której nie mogą wytworzyć na miejscu, to ruszą do Europy, czego przedsmak zgotowała Europie pani Kanclerz Merkel w 2015 roku.
Dlatego głupotą jest polityka Unii Europejskiej ograniczania produkcji żywności na naszym kontynencie. A te wszystkie absurdy tzw. Zielonego ładu przekładają się właśnie na to, że żywności niestety będzie po prostu mniej w kolejnych latach. Tym samym naraża się bezpieczeństwo żywnościowe Europy, a jej mieszkańcy być może będą zmuszeni do tego, by spożywać produkty żywnościowe gorszej jakości, sprowadzane z innych regionów pozaeuropejskich, czy też - mówiąc wprost - żywności alternatywnej w postaci sztucznego mięsa czy robaków. Europa, która choćby ze względów kulturowych, czy historycznych powinna poczuwać się do pewnej odpowiedzialności także za resztę świata oraz produkować na tyle dużo żywności, by móc się nią dzielić z innymi częściami globu, głównie z regionami które głodują - przez swą głupią politykę może doprowadzić do tego, że sama uzależni się od zewnętrznych źródeł dostarczania żywności. Tymczasem przecież Europa, w tym Polska, naprawdę może wytwarzać jeszcze większe ilości żywności niż do tej pory. My w Polsce mamy w tym aspekcie jeszcze naprawdę całkiem spore rezerwy do uruchomienia, choćby w postaci nieużytków, zwiększania plonów, lepszego gospodarowania wodą itd.
Ukraińcy i Rosjanie podpisali umowę zbożową pod auspicjami Turcji, w wyniku czego odblokowano port w Odessie dla transportu zboża. Czy ten dokument ma przełożenie na rzeczywistość i czy ten transport funkcjonuje?
Ten transport jest dość chimeryczny, ale generalnie on funkcjonuje. Bardzo mocno zależało na tym Turcji, która przy tej okazji chciałaby ugrać swoją polityczną pozycję przysłowiowego „dobrego wujka” dla krajów muzułmańskich. Rosjanie jednak raz blokowali ten kanał, a innym razem znów pozwalali statkom wypływać. Była tam więc cały czas prowadzona rosyjska gra uzależniania świata od rosyjskiego zaopatrzenia w żywność. Generalnie jednak ten transport zarówno z Odessy, jak i przez porty rumuńskie jakoś tam funkcjonuje. I jest on niewątpliwie ważniejszy i wydajniejszy niż transport przez Polskę z Morza Bałtyckiego.
A jak wygląda obecność ukraińskiego zboża w Polsce od strony logistycznej? Czy zboże można długo przechowywać bez utraty jego jakości albo narażenia na uszkodzenie?
Teoretycznie zboże, jeśli jest odpowiednio wysuszone i doczyszczone, a także przechowywane pod dachem - może w taki sposób być przechowywane nawet przez kilka lat i nie ma wówczas jakichś istotniejszych pogorszeń jego jakości. Najważniejsze w przechowywaniu zboża jest wyeliminowanie wilgoci, ale trzeba oczywiście również dbać o to, żeby nie rozwijały się tam choroby grzybowe, żeby szkodniki, takie jak wołek zbożowy, ale również myszy czy szczury nie niszczyły zboża. Jest to dość złożony proces przechowywania. Dlatego też podkreślałem wcześniej, żebyśmy nie wygłupiali się z pozbywaniem się wszystkich zapasów zboża, jakie u nas przebywa. Potrzebna jest właściwa, precyzyjna analiza dotycząca wielkości zapasów niezbędnych na kolejny rok oraz tego, ile rzeczywiście musimy zwolnić powierzchni magazynowych.
Minister zapowiada teraz jakieś mechanizmy wsparcia dla budowy nowych magazynów na zboże. Co oczywiście nie jest samo w sobie złe, ale musimy tu patrzeć na upływający czas. Gdyby takie działania zostały podjęte rok temu, to te silosy już dawno by stały z ukraińskim zbożem zmagazynowanym wewnątrz nich. A my spokojnie patrzylibyśmy na tegoroczne żniwa i modlili się o to, by były one urodzajne. A nie martwilibyśmy się, co potencjalnie zrobić z polskim zbożem, gdy ono już urośnie. Na marginesie chciałbym zaznaczyć, że samo stwierdzenie „klęska urodzaju” jest to jakiś fałszywy, obrzydliwy slogan, który nigdy nie powinien być używany. Jak można martwić się tym, że „Pan Bóg pobłogosławił i ziemia plon wydała”, i że są dobre zbiory? To jest tylko i wyłącznie głupota i nieumiejętność zagospodarowania tego, co Stwórca nam daje.
Czy polski rząd zdał w całej tej sprawie egzamin? Rolnicy to ogromna część elektoratu Zjednoczonej Prawicy, a jednocześnie ludzie twardo stąpający po ziemi i przedsiębiorczy. Czy uda się jeszcze obecnemu obozowi władzy odzyskać ich zaufanie?
Panie redaktorze, muszę przyznać, że to jest mój największy ból. Jestem bowiem już prawie 22 lata w Prawie i Sprawiedliwości. Program PiS, który współtworzyłem i który był realizowany, a który przyniósł nam zwycięstwa wyborcze w 2015 i 2019 roku został niestety brutalnie przerwany tzw. Piątką dla zwierząt oraz prowadzeniem właśnie tego rodzaju polityki, jaką obserwujemy w odniesieniu do problemu związanego ze zbożem, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Rolnicy są tym wszystkim rozczarowani i mówię o tym w sposób bardzo otwarty. Jestem przecież jednym z rolników i regularnie się z nimi spotykam. I widzę, nie mogę przecież nie widzieć, że jest w nich żal oraz rozczarowanie. Należałoby więc teraz wobec tych rolników po prostu stanąć w prawdzie i uczciwie przyznać, że popełniono błędy, przeprosić za nie i wrócić do realizacji sensownego przecież programu PiS. Szczególnie, że opozycja poza ośmioma gwiazdkami i chęcią odsunięcia PiS-u od władzy nie ma żadnego pomysłu na polską wieś oraz polskie rolnictwo, a błędy i potknięcia Zjednoczonej Prawicy będzie punktować i wyolbrzymiać. Nie mam co do tego żadnych złudzeń. Oczywiście program należy mądrze modyfikować, bo rzeczywistość wokół nas się zmienia. Kto jeszcze kilka lat temu mógł przewidzieć wybuch wojny na Ukrainie, czy antyrolniczy kurs w Unii Europejskiej?
Generalnie jednak program PiS był programem rozsądnym. Starałbym się go jednak zmieniać w kierunku wzmacniania stabilności gospodarstw i dochodów rolnictwa pochodzących z pracy, a nie z kolejnych dotacji i dopłacania do wszystkiego: do świni, krowy, nawozów, paliwa, zboża itd. Wymyślanie kolejnych dopłat, które niejednokrotnie są dzielone w sposób nielogiczny i społecznie nieakceptowalny oraz wcale nie wpływają skutecznie na dochodowość gospodarstw - nigdy nie przyniesie takiego efektu, jak sytuacja, w której rolnicy będą mieli silną pozycję na rynku i będą otrzymywali właściwą zapłatę za to, co uczciwie swoją pracą wytwarzają. Rolnik pracowity, zaradny, oszczędny i dobrze przygotowany do zawodu po prostu zarobi lepiej niż ten, który ma dwie lewe ręce do pracy i pracować mu się zwyczajnie nie chce. I to jest sprawiedliwe. Natomiast takie „rozsmarowywanie” pieniędzy po wszystkich z nadzieją, że przyniesie to efekt polityczny i poskutkuje zwiększonym elektoratem - sprawiedliwe nie jest. Tego rodzaju działania to jakieś nieporozumienie. Ludziom oczywiście należy zapewnić jakąś formę pomocy społecznej w sytuacjach, gdy ewidentnie sami nie są w stanie sobie poradzić, ale rolnicy akurat nie są ludźmi „specjalnej troski”, którzy wymagają jakiegoś specjalnego, ciągłego wspierania. Chodzi tylko i wyłącznie o to, aby zapewnić im takie warunki, dofinansowując przede wszystkim inwestycje rozwojowe w gospodarstwach, aby mogli godziwie żyć ze swojej ciężkiej pracy na roli.
Więc raz jeszcze powtarzam - aby odzyskać to utracone zaufanie należy stanąć w prawdzie, przeprosić i nie popełniać więcej błędów. Oczywiście w roku wyborczym każde potknięcie będzie wykorzystane politycznie przez opozycję i trzeba się z tym liczyć. Natomiast ludzie czekają na jakiś ruch ze strony PiS-u, na jakiś gest i zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości, a nie na uprawianie propagandy sukcesu, jak to jest dobrze, ile to my tej wsi daliśmy, ileż to ona na naszych rządach skorzystała, i jak powinna być wdzięczna. Oczywiście nie mamy się czego wstydzić, bo te 8 lat naprawdę obfitowało w wiele pozytywnych rozwiązań, przede wszystkim w zakresie polityki społecznej. Mówimy tu o kwestii uregulowania KRUS, tego że rolnicy nie muszą się już pozbywać gospodarstw, aby dostać emeryturę, zrównano też emeryturę rolniczą z minimalną emeryturą w ZUS-ie. Warto również przypomnieć o bardzo istotnych transferach środków, kiedy były w Polsce dramatyczne problemy z suszą, kiedy pełniłem funkcję ministra rolnictwa w 2018 i 2019 roku. Wówczas przecież, gdyby nie pomoc państwa, to znaczna ilość gospodarstw po prostu by zbankrutowała. Warto też przypomnieć pomoc dla rolników w kontekście nawozów, kiedy to Polska była jedynym europejskim krajem, który tę pomoc zastosował. Jest więc wiele przykładów pozytywnych działań, których absolutnie wstydzić się nie musimy. I gdyby nie tego rodzaju wpadki, jak niegdyś ze wspomnianą Piątką dla zwierząt, obecnie z tym nieszczęsnym zbożem i jeszcze w międzyczasie wymyślona przez ministerstwo energii próba ograniczenia produkcji rzepaku w Polsce, gdzie dopiero osobista interwencja prezesa Jarosława Kaczyńskiego sprawiła, że ta absolutnie kretyńska ustawa, która niewątpliwie zaszkodziłaby naszemu rolnictwu w ogromnym stopniu, nie weszła w życie - to naprawdę nie mielibyśmy się czego wstydzić przed rolnikami. Ale te wszystkie potknięcia i błędy trzeba i warto naprawiać.
Oczywiście z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że na pół roku przed wyborami niczego wielkiego nie uda się już raczej zrobić. Największym żalem napełnia mnie jednak świadomość, że polska wieś utraciła nadzieję. A pamiętajmy przecież, że troska o wieś, o rolników to zarazem troska o konsumentów oraz zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego naszemu krajowi. Warto więc inwestować w rolnictwo. Naprawdę szkoda, że tyle czasu zostało zmarnowane. Gdybyśmy potrafili jeszcze z tych kilku wspomnianych głupot się wycofać, to myślę, że część z tych rozczarowanych rolników można by jeszcze, również w sensie politycznym, odzyskać. Wielu z nich naprawdę wręcz wyczekuje tego, by PiS się opamiętało i by znów mogli tę partię popierać. A tak to wielu z nich na złość poprze inne formacje, a znaczna część tych rozżalonych w ogóle nie pójdzie na wybory.
W ostatnim czasie obserwujemy swego rodzaju antykulturowy atak na rolnictwo. Propaganda ekologiczna nawołuje do jedzenia robaków, uderzając jednocześnie w hodowlę rolną, w spożycie mięsa czy nabiału. Z drugiej strony firmy fotowoltaiczne kuszą polskich rolników ciekawymi zyskami z dzierżawienia ziemi rolnej pod panele fotowoltaiczne. Czy to wszystko w dłuższej perspektywie czasowej może doprowadzić do spadku wartości polskiej ziemi rolnej?
Wie pan, staram się patrzeć na sprawy rolnictwa w szerszej perspektywie, niż tylko polskiej. I trzeba otwarcie powiedzieć, że dzieje się coś złego w aspekcie podejścia do rolnictwa w mentalności ludzi oraz w ważnych centrach decyzyjnych. Przez wieki, a nawet przez tysiące lat, rolnictwo było najważniejszą działalnością człowieka, ponieważ dostarczało żywność, jedzenie, chleb nasz powszedni, o który przecież codziennie się modlimy. Od jakiegoś czasu jednak i słusznie zwrócił pan na to uwagę, obserwujemy zjawisko dyfamacji, bagatelizowania czy właśnie wręcz atakowania rolnictwa. W szczególności dotyczy to hodowli zwierząt, ale również i upraw. Rolnictwo stało się dla niektórych takim dyżurnym chłopcem do bicia jako ten czynnik, który odpowiada za zmiany klimatyczne. Na dodatek zaczęło być też postrzegane jako niehumanitarne czy nieetyczne. Tak twierdzą różne ruchy, które same siebie nazywają ekologicznymi, choć dla mnie to są po prostu szaleńcy, którzy albo działają pod czyjeś dyktando albo nie rozumieją podstawowych praw rządzących otaczającym ich światem. Choćby takich, jak fakt, że do życia potrzebujemy jedzenia.
Dodatkowo dochodzi do tego, że naprawdę gigantyczne pieniądze zostały zainwestowane w tworzenie tzw. żywności alternatywnej, nazywanej czasami żywnością przyszłości. W takiej wizji świata rolnictwo jest niepotrzebne, pole jest niepotrzebne, zwierzęta są niepotrzebne - bo będzie przecież sztuczne mięso i będziemy jedli robaki. W efekcie tych niebezpiecznych procesów dojdzie zapewne do znacznego rozwarstwienia społecznego i ci najbogatsi, oczywiście, nadal będą jedli steka, schabowego, czy na co tam im tylko przyjdzie ochota. A reszta będzie żarła robaki, lub zostanie zmuszona do weganizmu. Obserwując więc te niebezpieczne tendencje trzeba za wszelką cenę bronić rolnictwa, bo ono jest po prostu potrzebne ludzkości. W Europie Zachodniej dochodzi do masowych protestów rolniczych zorganizowanych nie w obronie własnych interesów, lecz całej pozycji rolnictwa w życiu społecznym i gospodarczym. Doszło przecież nawet do tego, że zorganizowana ad hoc partia chłopska w Holandii wygrała przed miesiącem wybory samorządowe. A więc to rolnicy wydają się być tu na pierwszej linii frontu z tą epidemią głupoty, która rozpanoszyła się na świecie, a która to rolnictwo atakuje i chce zniszczyć.
Natomiast w kontekście zawartej w pytaniu fotowoltaiki, obszary wiejskie mogą być wykorzystywane do wielu różnych rodzajów działalności. Walczymy przecież bardzo choćby o to, żeby zwiększać powierzchnię lasów, przeznaczając pod zalesienia grunty marginalne, nadmiernie suche i generalnie nienadające się zbytnio do produkcji rolniczej. Wieś może być także dużym dostarczycielem energii odnawialnej. Chcę być dobrze zrozumiany - jestem zdecydowanym przeciwnikiem obecności dużych, nieakceptowanych społecznie wiatraków na gęsto zaludnionych terenach rolniczych. Mówiłem o tym już wielokrotnie, że ludzie po prostu tych wiatraków nie chcą. One psują krajobraz, jakość życia, negatywnie wpływają też na zdrowie ludzi. I w związku z tym nie wolno nikogo zmuszać do tychże wiatraków, które przecież de facto nie rozwiązują skutecznie problemów miksu energetycznego. Natomiast zupełnie inną sprawą są tutaj kwestie wykorzystania biomasy. Uważam, że biogazownie powinny być obecne w każdym miejscu i w każdej gminie w Polsce, i przerabiać biomasę, która np. gnije, a mogłaby jeszcze zostać zużytkowana na energię.
Jeśli chodzi z kolei o farmy fotowoltaiczne to nie uważam, żeby był to najważniejszy kierunek pozyskiwania energii odnawialnej. Ilość energii „brudnej” na wytworzenie paneli jest ogromna. Poza tym jest to energia jednak zawodna, bo występuje ona wyłącznie wówczas, kiedy świeci słońce. Mamy też w Polsce generalnie problem dotyczący energii odnawialnej, jaki stanowią kłopoty z liniami przesyłowymi. Zmarnowaliśmy całe lata nie inwestując w sieć przesyłową, szczególnie niskiego napięcia. A to sprawia, że teraz, gdy kilku prosumentów znajduje się w jednej wsi, to wystarczy, że słoneczko trochę zaświeci i sieć po prostu nie jest już w stanie tego wchłonąć. Być może jakimś skutecznym rozwiązaniem będą tu w przyszłości banki energii, ale patrząc realnie to jeszcze daleka perspektywa. Natomiast byłbym z pewnością przeciwny temu, żeby wykorzystywać do paneli fotowoltaicznych dobre grunty rolne, bo ktoś tam ma „chody w gminie” i potrafi załatwić sobie odpowiednie pozwolenie. Fotowoltaika powinna być dopuszczalna wyłącznie na gruntach najgorszych i nienadających się do efektywnej uprawy rolnej. Absolutnie nie powinno się wchodzić z fotowoltaiką na dobre grunty rolne, na których z powodzeniem można produkować żywność. Ta żywność jest zdecydowanie ważniejsza, niż efemeryczne wytwarzanie prądu w panelach fotowoltaicznych.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
