Na listę Koalicji Obywatelskiej Roman Giertych został wciągnięty przez Donalda Tuska w woj. świętokrzyskim i ma tam startować z ostatniej pozycji.

- Warto podkreślić, że na listach KO miało nie być osób, które nie zgadzają się na nowe przepisy aborcyjne, które proponuje Platforma Obywatelska - możliwość zabijania dzieci nienarodzonych do 12 tygodnia ciąży – przypomina portal wPolityce.pl

Na Twitterze Giertych pisze, że „poglądów nie zmienia”, ale "będzie lojalnym i przestrzegającym dyscypliny członkiem klubu".

- Uważam aborcję za coś złego, choć czasem dopuszczalnego (np. stan wyższej konieczności). Uważam wyrok Przyłębskiej za nieistniejący, zły, głupi i mający wyłącznie tragiczne skutki. Tragedia ta dotknęła kobiety, ale także zmieniła poglądy dużej części społeczeństwa. W wydaniu tego wyroku uczestniczyły osoby nieuprawnione, więc prawnie go nie ma. Tak naprawdę wydał go Jarosław Kaczyński

pisze na Twitterze.

Dalej Giertych kaja się przez Tuskiem i pisze, że „jest przywódcą opozycji i tylko on może wygrać z PiS”.

- Umówiłem się z przewodniczącym Donaldem Tuskiem na określoną pracę, którą mam wykonać jako kandydat do Sejmu. Tak jak sam powiedział różnimy się poglądami, lecz mamy wspólną rzecz do wykonania - odsunięcie PiS od władzy, a ja podjąłem się kandydowania przeciwko prezesowi PiS. Tę walkę podejmuję dla kraju, ale i dla moich dziewczyn – stwierdza Giertych.

Niektórzy internauci robili nawet sondy, czy Tusk złamie kręgosłup moralny Giertycha. Warto przy tej okazji chyba zauważyć, że lider PO nie musiał tego robić, ponieważ mogło się to stać już dawno... dawno temu. W jaki bowiem sposób mogło dojść do jego kandydowania z list PO? Innymi słowy, „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” albo „diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni”.