„Zamiast niego powinno zostać wprowadzone rozporządzenie ministra wspierające powiększanie piersi” – ironizował jeszcze 11 lat temu w wywiadzie dla „Polska the Times” Giertych, gdy rząd Donalda Tuska wprowadzał refundację in vitro.
Były szef LPR nazywał wówczas finansowanie in vitro „bezprawnym”, natomiast decyzję Tuska ocenił jako „wypowiedzenie wojny Kościołowi, a z Kościołem nikt jeszcze w Polsce nie wygrał”.
Dziś cierpiący na omdlenia Giertych piersi powiększać już nie chce, ale za to chętnie, jako szeregowy poseł w stadninie Donalda Tuska idzie w sprawie in vitro na „wojnę z Kościołem” – wojnę, „której nikt jeszcze w Polsce nie wygrał”.
Giertych poddanie się zabiegowi usunięcia kręgosłupa postanowił oczywiście jakoś tam „uzasadnić”, nie mogło być inaczej.
W długim wpisie zamieszczonym w mediach społecznościowych były szef Młodzieży Wszechpolskiej próbuje przekonywać, zapewne głównie samego siebie, że cel procedury in vitro jest „dobry”.
Jednym z elementów Giertychowego „uzasadnienia” jest oczywiście naczelny para-argument najtęższych umysłów skrajnej lewicy, mówiący o tym, że „przecież nikt nikogo nie zmusza do realizacji procedury in vitro jeżeli uważa ją za nieetyczną”.
„Nie mi politykowi wchodzić w sumienia innych. Nie chcę być strażnikiem Waszych sumień” – wzrusza do łez Roman Giertych i dodaje: „W tej sytuacji, rozważając te wszystkie okoliczności zagłosuję po gruntownej analizie i w zgodzie z własnym sumieniem za finansowaniem tej procedury”.
Wygląda na to, że termin „Giertychowe sumienie” właśnie zaczyna swoje pięć minut w kanonie antonimów stosowanych.
