Prezydent Andrzej Duda z satysfakcją przyjął nowe podejście Sojuszu Północnoatlantyckiego do obrony wschodniej flanki. Sojusznicy w przypadku ataku nie będą wypierać wroga z okupowanych terenów, ale błyskawicznie pomogą napadniętemu, nie pozwalając na zajęcie żadnego skrawka sojuszniczego terytorium.

- „Szacuje się, że gdyby doszło do ataku na Bramę Brzeską, to można byłoby liczyć, że na nasze terytorium mniej więcej ok. 100 tys. żołnierzy sojuszu zostałoby skierowanych do natychmiastowej obrony”

- powiedział prezydent.

W ocenie gen. Waldemara Skrzypczaka to jest jednak niemożliwe.

- „Po prostu nie ma takiego gotowego wojska w Europie, które błyskawicznie by można przerzucić do Polski. Żeby wysłać 100 tys. wojska na naszą wschodnią granicę, to wojsko musi być w tej chwili w koszarach. Musi czekać, wyszkolone, uzbrojone po zęby”

- powiedział wojskowy w wywiadzie dla „Faktu”.

Gen. Skrzypczak zaznacza przy tym, że Polsce obecnie nie grozi żadna agresja.

- „Teraz Ukraina trzyma Rosjan w szachu i jak oni by się ruszyli z frontu, to Ukraińcy pójdą na Moskwę. Rozumiem, że NATO zdiagnozowało tak zagrożenia, że teraz Rosja może nas w każdej chwili napaść. Tylko nie wiem czym!”

- stwierdził.

Tymczasem, w ocenie rozmówcy „Faktu”, usatysfakcjonowany ustaleniami szczytu może być Kreml.

- „Ja nie mam wątpliwości, że teraz Ukraińcy mają się prawo czuć oszukani. Ja się Rosji nie boję, bo to politycy nas nią straszą. Zwycięzcą tego szczytu NATO jest Putin, bo dalej może uprawiać mordowanie Ukraińców. Zachód daje im czołgi, amunicję i mówi, aby bili się dalej, krwawili dalej. A skąd Ukraińcy mają brać ludzi? Czy ktoś mówi o tym, że im się już ludzie kończą? To przypomina zdradę z Monachium z 1938 r.”

- ocenił gen. Skrzypczak.