Do pierwszego dnia strajków przeciwko planom reformy emerytalnej wezwało dziś we Francji osiem największych związków zawodowych. Organizatorzy twierdzą, że liczba protestujących w ponad 200 miastach może przekroczyć milion osób. Biorą w nich udział m.in. pracownicy transportu, edukacji i zakładów produkujących energię.
Od rana poważnie zakłócony jest transport publiczny w całym kraju. Pociągi regionalne mają prawie wcale nie kursować, a w Paryżu zamknięto niektóre stacje metra. Zakłócone są też loty, anulowano m.in. kilka połączeń pomiędzy Paryżem a Londynem. Zamknięto szkoły podstawowe.
Najpoważniejszym problemem dla francuskich władz mogą okazać się protesty w zakładach produkujących energię.
- „Jeśli związki tak postanowią, kraj zostanie sparaliżowany”
- przekonuje Philippe Martinez z jednej z centrali związkowych.
Protestujący ograniczyli już dostawy prądu o równowartość ponad dwukrotnego zużycia energii elektrycznej przez cały Paryż. Władze zdecydowały się na wstrzymanie eksportu energii za granicę.
Francuskie władze obawiają się zamieszek. Tylko w Paryżu zmobilizowano 3,5 tys. policjantów i żandarmów. Prezydent Macron apeluje o „uniknięcie blokady kraju”.
