Goszcząc dziś w programie „#Jedziemy” na antenie TVP Info, minister Marcin Przydacz mówił o oczekiwaniach wobec szczytu NATO w Wilnie. Ocenił, że wiele uwagi w czasie tego wydarzenia poświęcone zostanie wojnie na Ukrainie i przyszłości tego państwa.

- „My uważamy, że trzeba wykonać pewne kroki naprzód. Nie jest tajemnicą, że są też tacy sojusznicy, którzy wstrzymują te konie i mówią: spokojnie, nie możemy nic takiego ogłaszać”

- powiedział, pytany o podniesienie sprawy członkostwa Ukrainy w NATO.

Ocenił, że nawet jeśli nie dojdzie do „superprzełomu”, to lipcowy szczyt będzie okazją do wykonania pewnych „pozytywnych kroków” w tym kierunku.

O członkostwie Ukrainy w NATO mówiło się już w czasie szczytu w 2008 roku. Wówczas to Niemcy i Francja zablokowały w Bukareszcie Plan Działań na rzecz Członkostwa Gruzji i Ukrainy, który popierały Stany Zjednoczone i Polska.

- „Nasze stanowisko było i jest jasne. Lech Kaczyński reprezentując Polskę na szczycie NATO w Bukareszcie jasno i twardo opowiadał się, że jeżeli chcemy być bezpieczni, musimy mieć na natowskim pokładzie Gruzję i Ukrainę”

- powiedział Marcin Przydacz.

Zwrócił przy tym uwagę na dramatyczne konsekwencje postawy Niemiec i Francji.

- „Putin wykorzystał to i zaatakował Gruzję, a parę lat później – Ukrainę. Wielu ekspertów mówi, że gdyby nie ta zła decyzja, gdyby posłuchano Lecha Kaczyńskiego i Ukraina dostałaby szansę na wejście do NATO, byłoby wielce prawdopodobne, że Rosja nie odważyłaby się na zaatakowanie tych państw”

- podkreślił.

Dodał, że gdyby nie tamta decyzja, dziś moglibyśmy żyć „w zupełnie innej rzeczywistości, bez obawy wojny”.