W poniedziałek TVN24 wyemitowała reportaż red. Marcina Gutowskiego „Franciszkańska 3”, w którym oskarżono św. Jana Pawła II o tuszowanie przestępstw seksualnych księży w okresie, w którym kierował on archidiecezją krakowską. Emisja filmu wywołała ogromne emocje w Polsce i stała się pretekstem do ataku na papieża. W czwartek Ministerstwo Spraw Zagranicznych poinformowało, że „w związku z działaniami jednej ze stacji telewizyjnych, będącej inwestorem na polskim rynku, MSZ zaprosiło ambasadora Stanów Zjednoczonych”. W komunikacie wyjaśniono, że „potencjalne skutki tych działań są tożsame z celami wojny hybrydowej mającej na celu doprowadzenie do podziałów i napięć w polskim społeczeństwie”.

W wywiadzie dla Wirtualnej Polski wiceminister Paweł Jabłoński wyjaśnił, że celem spotkania było przekazanie sojusznikowi informacji o zjawiskach mogących budzić podziały społeczne.

- „To normalna sprawa w relacjach dyplomatycznych, że takie rozmowy się odbywają. (…) Przedmiotem rozmowy było przekazanie informacji, że dostrzegamy pewne negatywne zjawiska w sferze medialnej, dotyczące spraw, które mogą potencjalnie tworzyć podziały w Polsce. Nie ma problemu z tym, żeby nazywać rzeczy po imieniu”

- podkreślił.

Zapewnił, że nie ma to związku z żadną próbą cenzury.

- „Wolność słowa polega na tym, że każdy może mówić, każda stacja telewizyjna może nadawać takie materiały, jakie uważa za właściwie, ale wolność słowa polega też na tym, że jeżeli my to oceniamy krytycznie, to mamy prawo mówić o tym głośno. Ja bardzo krytycznie oceniam postawę stacji TVN akurat w tym kontekście, i to nie tylko w tej sprawie, ale też wcześniej”

- stwierdził polityk.

Tymi wątpliwościami właśnie resort uznał za słuszne podzielić się amerykańskim sojusznikiem. Jabłoński zaznaczył przy tym, że wątpliwości MSZ wzbudził nie tylko materiał nt. Jana Pawła II, ale również „wcześniejsze materiały twierdzące, że Ukraina powinna oddać część terytorium”.

Wcześniej o kulisach spotkania w MSZ w rozmowie z portalem wPolityce.pl opowiedział wiceminister Piotr Wawrzyk, który również podkreślił, że „o żadnej cenzurze nie było mowy”.

- „Chodzi tylko i aż o to, by publikując tego typu materiały ich autorzy zastanowili się, czy nie wpisują się w rosyjską wojnę hybrydową. Konsekwencją publikacji takich materiałów jest wzrost emocji społecznych, czyli to klasyczne skutki, jakie wywierają działania o charakterze hybrydowym. Podział, który wprowadził ten reportaż, doprowadził do osłabienia zdolność Polski do odpowiedzi na tego rodzaju działania, stąd w naszym przekonaniu to jest takie istotne”

- powiedział.