Po wielomiesięcznych negocjacjach Komisja Europejska ogłosiła w ub. tygodniu akceptację polskiego Krajowego Planu Odbudowy, dając tym samym zielone światło na wypłacenie środków należnych Polsce w ramach unijnego Funduszu Odbudowy. W czasie swojej wizyty w Polsce przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaznaczyła jednak, że środki zostaną przekazane dopiero po spełnieniu trzech postawionych przez Brukselę warunków dot. systemu dyscyplinowania sędziów w Polsce. Chodzi o zastąpienie Izby Dyscyplinarnej niezawisłym i bezstronnym sądem ustanowionym ustawą, reformę systemu dyscyplinarnego i umożliwienie sędziom, których dotyczą orzeczenia ID, ponownego rozpatrzenia spraw przez nową Izbę.

Mimo tych warunków, decyzja Komisji rozwścieczyła europejską lewicę, która domaga się „zagłodzenia” Polski. Wśród europosłów zbierane są podpisany pod wnioskiem o odwołanie Ursuli von der Leyen w związku z akceptacją polskiego KPO, a w Parlamencie Europejskim przegłosowano dziś rezolucję wzywającą Radę UE do zablokowania środków dla Polski.

O żądania Komisji Europejskiej i sprzeciw Parlamentu Europejskiego red. Anna Wiejak z portalu wPolityce.pl pytała europosła Witolda Waszczykowskiego, który przypomniał, że od dawna ostrzegał, iż spór ten w istocie nie dotyczy reformy wymiaru sprawiedliwości, a „ukształtowania wszystkich państw Unii Europejskiej zgodnie z pewnym modelem liberalno-lewicowej doktryny”.

Były szef polskiej dyplomacji przestrzegł również, że interpretowane w Polsce jako pewne zobowiązanie polityczne kamienie milowe, przez Komisję Europejską będą interpretowane jako prawne zobowiązanie do realizacji. W jego ocenie Komisja Europejska „rości sobie pretensje do dyscyplinowania rządów UE w niezliczonych dziedzinach”.

- „W tym przemówieniu von der Leyen wskazała nawet, że te dyscypliny będą rozszerzane, że lista nie jest zamknięta. W przypadku innych krajów dochodzi nawet do 400 i więcej tzw. kamieni milowych czyli różnych dyrektyw czy zapowiedzi dyrektyw, czy żądań, jak ma się ten czy ów kraj rozwijać”

- wskazał europoseł.

Jego zdaniem batalia toczy się o „zarządzanie nami nie przez prawowite rządy, tylko przez europejską biurokrację”.

- „Znajdujemy się w paradoksalnej sytuacji, że następny rząd w jakimkolwiek kraju, jeśli tylko będzie miał jakiekolwiek odejście od tego lewicowo-liberalnego modelu, to swojego programu polityczno-gospodarczego nie będzie mógł realizować. Można więc powiedzieć, że w takim razie po co organizować demokratyczne wybory w poszczególnych krajach, jeśli i tak większość dyrektyw dotyczących życia społeczno-polityczno-ekonomicznego będzie przychodziła z UE. Czyli co? Rządy będą zarządzały światłami na skrzyżowaniach, kartą pływacką i takimi trzeciorzędnymi kwestiami?”

- pytał rozmówca wPolityce.pl.