- „Najpierw minister obrony (Christine) Lambrecht uznała pięć tysięcy hełmów w styczniu za bardzo wyraźny sygnał wsparcia, nie chcąc oczywiście prowokować Rosji. Potem kanclerz Scholz przez wiele tygodni kręcił głową, gdy pytano go o broń ciężką. Liderowi jego grupy parlamentarnej (SPD) (Rolfowi) Muetzenichowi nie podobał się cały militarystyczny wydźwięk dyskusji o wojnie”

- przypomina „FAZ”.

Sytuacja zmieniła się pod koniec kwietnia, kiedy rząd Scholza zadeklarował, że Niemcy będą dostarczać Ukrainie broń. Obiecano działa przeciwlotnicze Gepard, ale okazało się, że nie ma do nich amunicji. Obiecano też siedem haubic samobieżnych. Wciąż są to jednak tylko deklaracje.

- „Właśnie dotarła do nas wiadomość, że od dwóch miesięcy Niemcy nie dostarczają na Ukrainę nawet lekkiego sprzętu, a jedynie drobny sprzęt, taki jak granaty i lonty”

- donosi dziennik.

W ocenie autora, działania kanclerza Scholza prowadzą do utraty reputacji przez niemiecką politykę.