29 stycznia Donald Trump ogłosił porozumienie zawarte z Kremlem, w ramach którego Rosja miała powstrzymać się przed atakowaniem infrastruktury energetycznej podczas obecnych silnych mrozów, panujących za naszą wschodnią granicą. Miał to być, według Trumpa, akt dobrej woli ze strony Rosji. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński, komentując słowa Trumpa powiedział, że Ukraina dowiedziała się o tym porozumieniu z komunikatów w mediach. Ukraina, mimo że z nią nikt niczego nie ustalał, miała monitorować sytuację i zaprzestać atakowania infrastruktury rosyjskiej, jeżeli Rosjanie realnie powstrzymaliby się od uderzeń rakietowych i dronowych na ukraińskie miasta. W ten oto dziwny sposób miało dojść do wzajemnego „energetycznego zawieszenia broni” na Ukrainie. Czy do niego realnie doszło? 

W ciągu pierwszych kilku dni można było uważać, że coś na kształt wzajemnego zawieszenia uderzeń na infrastrukturę energetyczną faktycznie działało. Z jednej strony obeszło się bez dużych uderzeń na kluczowe obiekty w dużych miastach. Nie oznacza to oczywiście, że nie było takich uderzeń w ogóle. Bombardowane były miasta przyfrontowe, w tym obiekty infrastruktury energetycznej, a 1 lutego Rosja, z pomocą dronów typu Gerań (rosyjska zmodernizowana wersja irańskiego Szahedu), atakowała infrastrukturę w centralnej Ukrainie, w mieście Czerkasy. Z drugiej strony Ukraina rzeczywiście wstrzymała się od atakowania rosyjskich tankowców tzw. floty cieni i rosyjskiej infrastruktury energetycznej. 

Kluczowa jednak była miniona noc, która wedle prognoz miała być najmroźniejszą nocą tej zimy, z temperaturą sięgającą -25 stopni Celsjusza w Kijowie. No i Rosjanie absolutnie planowo zorganizowali atak rakietowo-dronowy o wielkiej skali na infrastrukturę energetyczną największych ukraińskich miast. Przy czym atak był zaplanowany w ten sposób, żeby był on wyjątkowo dotkliwy dla strony ukraińskiej. Wykorzystano dużą liczbę pocisków balistycznych i hipersonicznych, trudnych do przechwycenia, które Rosjanie musieli gromadzić przez dłuższy czas, by użyć w tej liczbie.

Co to oznacza w praktyce? Rosjanie potrzebowali trochę czasu dla zgromadzenia tych środków rażenia, żeby przygotować się do uderzenia tej nocy i postanowili, że ten czas przerwy nazwą przy okazji „zawieszeniem broni”, z nadzieją na zyskanie paru politycznych punktów dla siebie w grze o nazwie „proces pokojowy”. Nie jest to zbyt wyrafinowana gra i w normalnej sytuacji można byłoby oczekiwać odpowiedniej reakcji ze strony USA za tego typu policzek i faktyczne ignorowanie zawartego pomiędzy prezydentami porozumienia. Nie jest to jednak pierwszy tego typu policzek ze strony Rosjan i wiele innych podobnych sytuacji w przeszłości niestety zostało zignorowanych przez USA, pozostając bez konkretnej odpowiedzi. Warto przypomnieć, że dotyczy to nie tylko rosyjskich działań na Ukrainie, ale nawet dywersji i aktów agresji Rosji w Polsce, takich jak naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez kilkadziesiąt dronów jesienią 2025 roku. 

Możemy tylko zastanawiać się, dlaczego tak jest. Z jednej strony administracja Donalda Trumpa po prostu może uważać, że podobna eskalacja, w obecnej sytuacji, nie leży w interesie USA. I interesy krajów leżących na peryferii nie są warte zerwania ich starań o odbudowę stosunków z Rosją. Z drugiej strony możliwości wpływu Donalda Trumpa na Kreml mogą po prostu być dość ograniczone. Stany Zjednoczone już uderzyły w rosyjski sektor naftowy na różne sposoby tam, gdzie było to możliwe i leżało w interesach USA. Więc nie można powiedzieć, że zupełnie nie wywierają nacisku na Kreml. Działania te jednak ważne są w dłuższej perspektywie i nie mogą dać konkretnego skutku w postaci wymuszenia pewnych decyzji na Rosjanach tu i teraz, na przykład wprowadzenia realnego zawieszenia broni na Ukrainie. I jeżeli nie da się jednym efektownym ruchem wymusić na Rosjanach ustępstw, to być może dlatego administracja Trumpa często udaje, że nic się nie dzieje. Bo jeżeli nic się nie stało, to i nie ma potrzeby budować swojej odpowiedzi. Odpowiedzi, którą inni mogą uznać za słabą.