W odbywających się wczoraj wyborach do Parlamentu Europejskiego świetny wynik we Francji uzyskała partia Marine le Pen. Partia ta wygrała wybory i zdystansowała ugrupowanie rządzącego Francją Macrona.
W odpowiedzi na takie rezultaty wyborów Macron rozwiązał tamtejszy parlament i zdecydował o nowych wyborach. To bardzo radykalne i śmiałe posunięcie, które oznacza trzęsienie ziemi nad Sekwaną.
Zjednoczenie Narodowe le Pen uzyskało 32 proc. głosów, a partia Macrona – zaledwie 15,4 proc.
Macron „chce zapobiec kwestionowaniu prawomocności obozu rządzącego przez skrajną prawicę” – uważa francuski politolog Lukas Macek z Instytutu Jacquesa Delorsa.
Jego zdaniem decyzja Macrona jest niespodziewana, jednak nie brakuje jej także pewnej logiki. Chce on bowiem wyjaśnić sytuację i odebrać francuskiej opozycji prawo do kwestionowania mandatu do rządzenia krajem przez jego ugrupowanie. W ocenie politologa nierozpisanie nowych wyborów mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której Zjednoczenie Narodowe zarzucać będzie członkom rządu, że ci „ignorują głosy ludzi”.
Zdaniem politologa całkiem prawdopodobne jest, że wybory we Francji wygrają partie, które nie będą zdolne do współpracy w celu utworzenia rządu. Termin wyborów to już 30 czerwca, zatem „bardzo trudno jest prognozować, co wyniknie z wyborów, do których kampania będzie bardzo krótka”.
