Zdaniem ukraińskiego eksperta wojskowego Dmitrija Snegiriewa, kluczowe oznaki przygotowań do takiego ataku, takie jak masowy przerzut żołnierzy, ciężkiego sprzętu i rozwijanie szpitali polowych, na razie nie są obserwowane. Rosyjskie siły na Białorusi są wciąż zbyt nieliczne, a logistyka niewystarczająca, by móc przeprowadzić poważną ofensywę.
Nie oznacza to jednak, że Kreml całkowicie zrezygnował z tej opcji. Rosjanie mają doświadczenie w szybkim przemieszczaniu wojsk koleją i mogą to zrobić znacznie sprawniej niż podczas pierwszej próby ataku na Kijów. Pojawiły się też nieoficjalne informacje o trwających uzgodnieniach logistycznych pomiędzy dowództwami Rosji i Białorusi.
Ekspert wskazuje jednak, że na razie jest to zbyt mało, by uznać, że przygotowania do takiej ofensywy się zaczęły. Równie dobrze mogła to być jedynie "informacyjna wrzutka", mająca na celu odciągnięcie części ukraińskich sił z kluczowego dla Kijowa frontu w Donbasie.
Taką właśnie "taktykę tysiąca cięć" Rosjanie aktualnie stosują - atakowanie ograniczonymi siłami na wielu odcinkach, by maksymalnie rozproszyć obronę ukraińską. Gdyby jednak zdecydowali się na duży atak z Białorusi, już dawno by to uczynili.
Problem Rosjan polega na tym, że po ogromnych stratach poniesionych w ciągu ostatniego roku, po prostu brakuje im ludzi, sprzętu oraz amunicji, by przeprowadzić taką operację w sposób skuteczny. Dodatkowo, wraz z napływem na Ukrainę coraz nowocześniejszego uzbrojenia z Zachodu, Rosja stopniowo traci przewagę w powietrzu.
Atak z Białorusi wiązałby się dla Moskwy z kolejnymi ogromnymi stratami. Rosjanie musieliby forsować wielokilometrowe pola minowe i umocnienia wzdłuż granicy, na których ukraińska artyleria jest doskonale "wstrzelana". Nawet niewielkie siły ukraińskie mogłyby więc utrzymać front na tym odcinku.
Jednocześnie Kijów z pewnością przeprowadziłby potężne kontruderzenia rakietowe na tyły agresora w Białorusi, czyniąc koszty takiej operacji jeszcze trudniejszymi do zaakceptowania przez Kreml.
