Fronda.pl: Na chwilę obecną partia, która uzyskała w wyborach największe poparcie pozostaje bez jakiegokolwiek przedstawiciela w prezydium Sejmu czy Senatu. W odniesieniu do Elżbiety Witek opozycja sygnalizowała pewne zastrzeżenia personalne. Jednak utrącenie kandydatury Marka Pęka na funkcję wicemarszałka Senatu raczej zdemaskowało rzeczywiste intencje. Jak Pan odczytuje tę marginalizację PiS-u? Czysty rewanżyzm czy stoi za tym wszystkim coś jeszcze?
Bartłomiej Wróblewski (poseł PiS, doktor nauk prawnych): To rzeczywiście rewanżyzm, ale jest także cel praktyczny. Chodzi o trwałe ograniczenie wpływu na rzeczywistość polityków i wyborców Zjednoczonej Prawicy, a nawet szerzej prawicowych wyborców, których polityczni przedstawiciele nie znaleźli się w nowym Sejmie. Dzięki temu liberalno-lewicowa większość będzie mogła bez ograniczeń decydować o tym, jaka ma być Polska. I to niezależnie od tego, co stanowi Konstytucja RP oraz co myślą obywatele. Nie można zgodzić się na sytuację, w której to większość parlamentarna dyktuje którejkolwiek partii, jakiego kandydata wolno jej zgłosić na funkcję wicemarszałka Sejmu czy Senatu, a którego zgłosić nie ma prawa. To również poza wszystkim łamanie dobrego obyczaju parlamentarnego.
PiS zapowiada, że zarówno w przypadku Sejmu, jak i Senatu nie planuje wystawiać innych kandydatur na funkcje wicemarszałkowskie. Czy jednak nie należy obawiać się sytuacji, w której największa partia w Sejmie pozostanie ostatecznie bez swojego przedstawiciela i głosu w prezydium? Jakiego rozwoju wypadków możemy się tu spodziewać?
Oprócz blokady stanowisk wicemarszałków doszło w ostatnim tygodniu do złamania kolejnego zwyczaju parlamentarnego, tym razem przy tworzeniu prezydiów komisji sejmowych. Prawo i Sprawiedliwość ma uzyskać zaledwie 5 przewodniczących komisji, podczas gdy z parytetu wynika, że powinno mieć 12. To dwukrotnie mniej niż miały PO, PSL i Lewica w poprzedniej kadencji. Już w pierwszych dniach nowej kadencji widzimy, że opozycja, która tak chętnie szermowała hasłami demokracji i praworządności jest gotowa łamać Konstytucję RP, ustawy, regulamin Sejmu, a także wspomniane już dobre obyczaje parlamentarne. Obawiam się, że jest to niestety zaledwie przedsmak tego, z czym będziemy mieli do czynienia w następnych miesiącach.
Wydaje się po tych pierwszych dniach obrad nowego Sejmu, że opozycja KO-Dro-Lewu zdecydowała się pójść na dość radykalną konfrontację z obozem PiS. Czy w tej sytuacji jednak ewentualny rząd tak szerokiego obozu, składającego się z tak wielu podmiotów politycznych, będzie w ogóle w stanie przetrwać pełną kadencję? Czy po raz pierwszy od 2007 roku będziemy mieli do czynienia ze skróconą kadencją Sejmu?
Nie można tego wykluczyć. Tym bardziej, że już w pierwszych tygodniach nowej kadencji obserwujemy istotne różnice programowe i wycofywanie się partii tworzących tę koalicję ze składanych w wyborach obietnic. Rzeczą, w której koalicjanci wciąż pozostają zgodni jest odegranie się na PiS oraz na konserwatywnej części polskiego społeczeństwa. To nie zapowiada dobrych rządów. Może też z czasem doprowadzić do pęknięć, które doprowadzą do zmiany sojuszy bądź przedterminowych wyborów parlamentarnych. Nie jest to jednak jedyny możliwy scenariusz. Władza może bowiem tę nową koalicję scementować, a nadzieja na przyspieszone wybory może być tylko myśleniem życzeniowym.
Skrajna Lewica już zdążyła złożyć w nowym Sejmie aż dwa proaborcyjne projekty. Niedawno również Marszałek-Senior Marek Sawicki z PSL wyraził opinię, że Trzecia Droga opowiada się za przywróceniem tzw. „kompromisu” aborcyjnego i wyraził przekonanie, że za powrotem do niego opowiedziałaby się już teraz znaczna część posłów PiS, a także prezydent Duda.
Jeśli chodzi o projekty lewicowe w sprawie aborcji na życzenie są one w oczywisty sposób niezgodne z Konstytucją. Zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z 28 maja 1997 roku aborcja na życzenie narusza prawo do życia. A oczywiście niekonstytucyjne projekty nie powinny być w Sejmie nawet rozpatrywane. Co dotyczy legalizacji zabijania dzieci chorych i niepełnosprawnych to jest to również niezgodne z Konstytucją RP w myśl orzeczenia TK z 22 października 2020 roku. Żeby więc w tych sprawach dokonać jakiejkolwiek zmiany środowiska lewicowe musiałyby najpierw zmienić Konstytucję.
Możliwa jest jednak inna droga szukania szerszego porozumienia w tej sprawie. Należy się skupić na wzmocnieniu wsparcia dla kobiet w trudnych ciążach i okresie okołoporodowym. Tu istniałaby zapewne zgoda ponad podziałami. Natomiast akceptacja selekcji dzieci nienarodzonych, eliminacji chorych i niepełnosprawnych jest nie tylko nieludzka, ale też niebezpieczna. Otwiera pytania o dopuszczenie innych praktyk eugenicznych oraz legalizację eutanazji. Prawo do życia i jego ochrona wynika z art. 38 i art. 30 Konstytucji RP. Należy do wartości wynikających z naszej chrześcijańskiej tradycji. Ale to coś więcej niż tradycja czy wartość konstytucyjna, jest prawem przyrodzonym, wartością uniwersalną. Nie wynika z decyzji takiego czy innego parlamentu czy nawet większości społeczeństwa.
Mówię o tym ze względu na niebezpieczny pomysł przeprowadzania referendum dotyczącego najbardziej podstawowego prawa człowieka. Zgodnie z polską Konstytucją wynik takiego referendum nie determinuje zmiany Konstytucji. Ale nie chodzi nawet o aspekt formalny, ale o to, że byłoby to otworzenie puszki Pandory. Dlaczego bowiem później nie przeprowadzić referendum dotyczącego np. konfiskaty majątku dziesięciu procent najbogatszych Polaków, odebrania rolnikom prawa hodowli zwierząt czy wolności słowa mniej lub bardziej – w czyjejś ocenie - postępowym grupom społecznym? Referendum w wielu sprawach społecznych i politycznych może mieć swój sens. Nie może jednak rozstrzygać o naszych podstawowych prawach i wolnościach, w szczególności kto jest człowiekiem i w jakich sytuacjach zasługuje na ochronę życia.
Źle się stało, że ta dyskusja zamiast pójść w kierunku tego, jak skutecznie wypełnić orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego i co możemy zrobić, aby lepiej chronić ludzkie życie, poszła w kierunku dyskusji o tym, kogo jednak należy pozbawić jego prawa do życia.
W ostatnim czasie z ust prominentnych polityków PiS z premierem Morawieckim na czele padają publicznie słowa krytykujące po upływie kilku lat złożenie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej oraz opowiadające się za wspomnianym „kompromisem” aborcyjnym wymierzonym przeciwko chorym czy niepełnosprawnym dzieciom poczętym. Z drugiej strony, również z wewnątrz PiS słyszymy głosy zwracające uwagę na fakt, że to właśnie niejednoznaczna postawa ws. aborcji oraz torpedowanie kolejnych obywatelskich projektów wzmacniających ochronę życia spowodowały odpływ od tej partii nawet kilkuset tysięcy wyborców prolife, którzy w ostatnich wyborach zagłosowali na PJJ czy Konfederację. Jak na obecnym etapie zachowałoby się PiS, gdyby rzeczywiście w Sejmie lub na kanwie postulowanego przez Trzecią Drogę referendum stanęła sprawa ograniczenia dzieciom poczętym prawa do życia poprzez powrót do tzw. „kompromisu” aborcyjnego?
Pomysł przygotowania wniosku do TK był mój, jego przygotowanie należało do mnie. Natomiast złożenie wniosku, a w jeszcze większym stopniu jego ponowienie było szeroko i wielokrotnie konsultowaną decyzją polityczną kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, o czym szeroko mówiłem w ostatniej rozmowie w „DoRzeczy”. Wniosek nie był jednak rzeczą partyjną, bo podpisało się pod nim w 2017 roku 107, a w 2018 r. 119 posłów, z różnych formacji: Prawa i Sprawiedliwości, Kukiz ’15, Konfederacji, niezrzeszonych.
Dyskusja na ten temat ma aspekt bieżący, ale nie jest niczym nowym. Jan Paweł II w nawiązaniu do swojej encykliki „Evangelium Vitae” mówił w 2000 roku o swoistej „mentalności kapitulanckiej”. Jej efektem jest przekonanie, że ograniczenie prawa do życia jest nieuchronne, że jest społeczną koniecznością. Akurat dziś takie głosy motywowane są sytuacją bieżącą, czasami chodzi o odwrócenie uwagi od odpowiedzialności za błędy popełnione przez nas w drugiej kadencji rządów. Niezręczna jest dla niektórych odpowiedź na pytanie, dlaczego przez ostatnie 6 lat od momentu wniesienia w 2017 roku wniosku do TK do wyroku w 2020 r., a następnie przez kolejne trzy lata rząd w tej sprawie nie działał. Dlaczego program „Za życiem” wprowadzony na początku 2017 r. nie był w odpowiednim stopniu rozwinięty i kontynuowany, a orzeczenie TK przypominające obowiązki państwa w zakresie wsparcia dla matek i rodzin osób niepełnosprawnych zignorowane.
Widzimy też, że media liberalne z wielką satysfakcją podchwytują wszystko co dotyczy wątpliwości dotyczących ochrony życia na prawicy. Po to, abyśmy z naszych przekonań i starań zrezygnowali. To byłaby jednak dla Prawa i Sprawiedliwości równia pochyła, która miałaby swoje negatywne konsekwencje we wszystkich obszarach naszego zbiorowego życia. Jeśli zrezygnujemy z ochrony życia, czy będziemy mieli siłę, by bronić rodziny, suwerenności, naszej tradycji? Byłoby to odcięcie od naszych korzeni, wartości, także od testamentu Jana Pawła II. Natomiast korzyści polityczne płynące z tego typu postawy są bardzo niepewne. Uważam, że to moralnie błędna droga, politycznie rujnująca nasz wizerunek. Myślę, że większość Prawa i Sprawiedliwości myśli podobnie.
Czy w nowym rozdaniu politycznym orzeczenia wydane przez Trybunał Konstytucyjny zarówno w 1997, jak i w 2020 roku możemy traktować jako niezagrożone zdobycze cywilizacji życia w Polsce? Słyszymy bowiem z ust przedstawicieli zbyt wielu stron politycznego sporu rozmaite koncepcje na obejście w tym zakresie polskiej Konstytucji.
Nie można unieważnić lub zignorować Konstytucji RP oraz wspomnianych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli ktoś chciałby ograniczyć prawo do życia dzieci nienarodzonych musiałby zmienić Konstytucję, a to jest trudne, bo oznacza konieczność uzyskania 2/3 głosów w Sejmie.
Oczywiście pojawiają się też różne pomysły, jak złamać czy obejść Konstytucję. To prawny nihilizm. Będziemy się tym staraniom z całą mocą przeciwstawiać. Jeśli chodzi o ustawę, mam nadzieję, że nie znajdzie się tego rodzaju większość w tym parlamencie. A nawet gdyby się ona znalazła, mam nadzieję, że prezydent Andrzej Duda zawetuje takie niekonstytucyjne rozwiązania. Gdyby jednak nawet prezydent się nie zdecydował albo gdyby w 2025 r. odszedł ze stanowiska, pozostaje Trybunał Konstytucyjny, który już raz w 1997 roku zapobiegł ograniczeniu prawa do życia i legalizacji aborcji na życzenie. Jedno jest jednak pewne: potrzebne jest także zaangażowanie społeczne i nowy ruch pro-life, szerzej patrzący na sprawy ochrony życia. Same staranie o uszczelnienie przepisów aborcyjnych, choć ważne, są już daleko niewystarczające. Wszyscy, którym ta sprawa leży na sercu powinni zostawić zaszłości i partykularyzmy, więcej działać razem.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
