Fronda.pl: Zgodnie z przewidywaniami, przemówienie Joe Bidena nie wywróciło sytuacji politycznej do góry nogami. Czy jednak sam fakt potwierdzenia zobowiązań sojuszniczych NATO i zapowiedź obrony wszystkich jego członków są w obecnej sytuacji wartościowa gwarancją?

Dr Witold Sokała (ekspert w zakresie polityki bezpieczeństwa europejskiego oraz walki informacyjnej i studiów strategicznych)Gwarancją dla nas, a także dla innych państw regionu, nie jest to co amerykańscy politycy mówią, ale to co robią. I przede wszystkim – rozpoznanie obiektywnych interesów Stanów Zjednoczonych. A pod tym względem jest więcej, niż dobrze. Amerykanie ewidentnie grają na wypchnięcie ze wschodniej Europy resztek wpływów rosyjskich, i na stworzenie tutaj silnego bloku swoich sojuszników, poważnie wspieranych stałą obecnością wojskową USA. Pewnie też obecnością wywiadowczą, a mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości także ekonomiczną i technologiczną. Oby! Bo to są najlepsze i najbardziej wartościowe gwarancje, że zaoceaniczne mocarstwo będzie bronić tego regionu ze wszystkich sił. Nie dlatego, że nas kocha, ale dlatego, że chroni w ten sposób także swoje własne interesy.

W przemówieniu Bidena elementy metafizyczne dominowały nad konkretami. Może jest tak, że oficjalnie przemówienie to niejako deklaracja programowa amerykańskiego prezydenta, zaś konkrety omawiane są dyskretnie pomiędzy głowami państw?

Tak często bywa. I, mam nadzieję, było także tym razem – bo racja stanu Polski, USA, a także Ukrainy tego wymaga. Ale jest też inny aspekt. Ten demonstracyjny brak konkretów w oficjalnym przemówieniu Bidena, plus nieobecność prezydenta USA podczas wystąpienia jego polskiego odpowiednika, plus równie demonstracyjne spotkania z liderami opozycji – czyli de facto lekkie upokarzanie obozu rządzącego – to sygnały, że amerykański gość postanowił po pierwsze odpłacić za wcześniejsze despekty, które spotykały go ze strony polityków Prawa i Sprawiedliwości, a po drugie, że nie chciał stać się elementem przedwyborczej gry partyjnej w Polsce.

Wcale mu się zresztą nie dziwię, bo interesy regionalne USA w tej części Europy są niezależne od tego, kto aktualnie rządzi w Warszawie. Elementarny profesjonalizm nakazuje więc nie stawiać wszystkiego na jednego konia. Amerykańska dyplomacja bardzo dobrze to rozumie. Nasza – mam nadzieję – zrozumiała już także, po przykrych wpadkach. A amerykańskich partnerów pewnie teraz interesuje, czy Donald Tusk – mówiąc żartobliwie – stracił już niemiecki akcent w swojej angielszczyźnie. I w razie czego są gotowi zorganizować mu pilne korepetycje. Nie mam wątpliwości, że uczeń będzie chętny, bo nie ma realnej alternatywy.

Joe Biden wprost poruszył temat destabilizacji Mołdawii. Czy to wyraźne ostrzeżenie dla Rosji, że kolejna rewolucja z wykorzystaniem „zielonych ludzików” nie będzie tolerowana?

Tak. Sądzę, że i te słowa, i sama obecność mołdawskiej prezydent Mai Sandu były nieprzypadkowe – jej kraj był ostatnio adresatem ostrych gróźb i prowokacji ze strony Rosji, więc Amerykanie postanowili działać prewencyjnie. To kwestia ich wiarygodności na wschodniej flance NATO, bo chodzi przecież także o bezpieczeństwo sąsiedniej Rumunii. Mołdawia zaś w bardzo trudnych warunkach ekonomicznych i politycznych przeprowadza radykalne reformy, mające przybliżyć jej członkostwo w zachodnich strukturach integracyjnych. Joe Biden sprytnie wykorzystał okazję, by prozachodnie nastroje mołdawskiego społeczeństwa wzmocnić. A Putinowi pokazał, że jest czujny także na tym odcinku. Jeśli Rosjanie nie odczytają tego ostrzeżenia, i jednak spróbują czegoś w Mołdawii, będzie to znaczyło, że ich liderzy już całkiem stracili kontakt z rzeczywistością.

Putin jeszcze kilka lat temu był przekonany, że USA nie są zainteresowane wojną w Europie. Tymczasem Biden poprzez swoją niezapowiedzianą wizytę w Kijowie rzucił Putinowi otwarte wyzwanie. Co to oznacza dla rozwoju konfliktu na Ukrainie?

Prostą rzecz – to, że Amerykanie zamierzają zadbać, by Ukraina tę wojnę wygrała, a Rosja przegrała, i to boleśnie. A jeśli mają wolę, to znajdą i narzędzia. Biden w Kijowie potwierdził, że Ukrainę uważa za część Zachodu, w sensie strategicznym. Odesłał więc w diabły marzenia niektórych polityków europejskich o powrocie do przedwojennych relacji z Rosją. I oczywiście marzenia Rosjan o tym, że w końcu zmęczą Ukraińców i ich zachodnich sojuszników, przeczekają kryzys i postawią na swoim. Szanse na taki scenariusz zjechały w okolice zera.

Przed Ukraińcami, rzecz jasna, jeszcze dużo cierpień i wyrzeczeń. Ale myślę, ze wizyta Bidena i jej symboliczna wymowa dodała im otuchy.

Czy ta niespodziewana wizyta to duże zaskoczenie po stronie rosyjskiej? Czy ta wizyta zamyka usta wszystkim tym, którzy otwarcie podważali zdolność Bidena do sprawowania realnego przywództwa w USA i na świecie?

Przede wszystkim ta wizyta spowodowała wściekłość władców Kremla, z przyczyn wyłożonych przed chwilą. Ale to wściekłość bezsilna, mogą teraz próbować poprawiać sobie humory coraz bardziej kretyńskimi przemówieniami, jak ostatni występ Putina, ale to działa na krótką metę. Wiedzą, że przegrywają swe najważniejsze starcie, i że kwestią czasu jest, aż jakaś konkurencyjna ekipa wysadzi ich z siodeł. Ewentualnie, że umierając będą oglądać rozpad Rosji zamiast jej imperialnej chwały. I że mają to wszystko na własne życzenie. Jakoś mi ich nie żal, nie ukrywam.
Co zaś do samego Bidena – nie ukrywam, że nie jest z mojej politycznej bajki, że w polityce wewnętrznej straszliwie błądzi, i że gdybym był amerykańskim wyborcą, to z pewnością bym na niego nie głosował. Ale muszę mu oddać, że w polityce międzynarodowej zdaje egzamin. Dekady doświadczeń na najwyższych szczeblach, świetne rozumienie balansu między dyplomacją a siłą, dobry dobór ekipy współpracowników i doradców – to są jego atuty. Kto chce, niech się natrząsa z jego wieku i ze skłonności do nagłych drzemek, ale liczni młodsi o połowę i bardziej sprawni politycy mogą mu co najwyżej buty czyścić. To jest po prostu klasa sama w sobie.

Rosjanie na ogół dobrze rozumieją taką demonstrację siły. Czy zrozumieją ją i tym razem?

Teoretycznie – powinni. Ale od roku bardzo powątpiewam w intelektualne kwalifikacje Putina i jego otoczenia. Zrobili najgorsze, co może się przytrafić przywódcom państwowym, to znaczy uwierzyli we własne kłamstwa i własną propagandę. Czy ponoszone przez ostatni rok klęski zdołały ich otrzeźwić? Nie wiem, sygnały są sprzeczne. Jeśli tak, i jeśli prawidłowo odczytali sygnał wysłany przez Bidena, powinni teraz zwolnić tempo akcji militarnych i zacząć na serio poszukiwać pola kompromisu, po raz pierwszy od początku inwazji. Ale równie dobrze reakcją może być próba eskalacji. Samobójcza w skutkach.

USA zadały Rosji w ostatnich dniach jeszcze jeden poważny cios, jakim były rozmowy azersko-armeńskie pod auspicjami USA i bez udziału Rosji. Czy to kolejny klocek domina, jakim jest rozpad rosyjskiej strefy wpływów, a w konsekwencji potencjalny rozpad Federacji Rosyjskiej?

To, że sekretarz stanu USA Antony Blinken zdołał podczas monachijskiej konferencji bezpieczeństwa posadzić przy wspólnym stole liderów walczących państw kaukaskich, czyli Ilhama Alijewa i Nikola Paszyniana, to jest gigantyczny sukces amerykańskiej dyplomacji. Niezależnie od tego, że obaj wciąż rozmawiają też z Rosją, Stany pokazały, że również chcą i potrafią odgrywać sprawczą rolę na Kaukazie. To będzie miało długofalowe skutki polityczne, bo zostało odnotowane także przez Turków i, jak sadzę, Iran, czyli innych ważnych aktorów w tym regionie. Moskwa natomiast, wbrew swoim całkiem niedawnym ambicjom, i tutaj spada do drugiej ligi – bo zarówno Armenia, jak i Azerbejdżan coraz częściej oskarżają ją o złą wolę lub bezradność.

Tymczasem w kolejce czeka Kaukaz północny, a przede wszystkim azjatycki interior, gdzie nowy bój o wpływy stoczą pewnie USA i Chiny, z pominięciem Rosjan. No i Białoruś, gdzie też szykuje się nam nowa próba sił pomiędzy rosyjską satrapią, cwanym, ale coraz bardziej marionetkowym Łukaszenką, i wspieranym przez Zachód społeczeństwem obywatelskim. Jeśli na tych frontach Kreml poniesie kolejne porażki, implozja Federacji Rosyjskiej stanie się wysoce prawdopodobna. O ile wcześniej nie spowodują jej spodziewane klęski militarne w Ukrainie, w połączeniu ze spadającym poziomem życia w samej Rosji.

Rozmawiał: Grzegorz Grzesik